• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6
[07.04.72, dom Longbottomów, świt] Dziwne przypadki panien z rodu Longbottom

[07.04.72, dom Longbottomów, świt] Dziwne przypadki panien z rodu Longbottom
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#1
16.04.2023, 18:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2024, 15:12 przez Mirabella Plunkett.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka

Odkryj wiadomość pozafabularną
NIE ZAMYKAJ OCZU II

Przez cały dzień czułeś na sobie czyjeś spojrzenie. Nieprzyjemne uczucie towarzyszyło ci od rana, odkąd zwróciłeś uwagę na dziwaczny cień gdzieś w okolicy swojego miejsca zamieszkania... Za każdym razem, kiedy odwracałeś głowę, nie widziałeś za sobą nic niepokojącego. Kiedy wreszcie wróciłeś do domu i położyłeś się spać, śniło ci się, że ktoś stoi nad twoim łóżkiem. Wysoki, chudy mężczyzna w mugolskim stroju, ze strzelbą myśliwską, uśmiechnął się do ciebie i powiedział: „pozbyłem się go, na jakiś czas da ci spokój...”. Kiedy się obudziłeś, jedno z okien było otwarte, chociaż byłeś pewien, że je zamykałeś.

– Mav! Wstawaj, potrzebuję cię.
Głos Brenny, budzący Mavelle w tej porze tuż przed świtem, gdy słońce dopiero malowało niebo na wschodzie pierwszą szarością, nie był niczym nowym. Brenna czasem wpadała tak do kuzynki do jej dormitorium w Hogwarcie, by koniecznie coś pokazać Mavelle, wybrać się skoro świt do Hogsmeade albo wymknąć gdzieś nocą. Nawet potem bywało, że albo Mavelle nocowała w posiadłości, albo Brenna u Mavelle, i przy takich okazjach nie raz, nie dwa, okazywało się, że Brenna ma Plany – na przykład na wspólne szukanie skrzatów na wrzosowiskach, a te pojawiały się głównie o wschodzie i zachodzie albo włóczęgi po mugolskim Londynie.
Ale tym razem w głosie Brenny słychać było zaniepokojenie.
Wczoraj miała nieodparte wrażenie, że ktoś za nią chodzi. Obserwuje. Zwalała to wprawdzie na karb swojej paranoi, zresztą w pędzie, gdy czekało tysiąc i jeden spraw, nie miała czasu przejąć się tym bardziej niż na tyle, by nieco bardziej uważać, częściej oglądać się za siebie i stale trzymać różdżkę pod ręką. W domu, w warowni Longbottomów, Brenna zawsze czuła się bezpiecznie i prawie o tym zapomniała…
…i może dlatego była tak zaniepokojona.
Przedziwny sen, który miała, zdawał się aż nazbyt realny. Sny Brenny nie zawsze były tylko snami, ale tym razem nie wyglądało to na wspomnienie przodka czy kogoś, kto mieszkał w tym domu. Mężczyzna w mugolskim ubraniu. Zająłem się nim… nim, czyli kim? I to otwarte okno, kiedy, do cholery, była całkowicie pewna, że je zamknęła.
Czy ktoś zdołał pokonać zabezpieczenia domu Longbottomów? Przedostać się przez nie? Czy był to tylko dziwny sen? Czy nie mogli się czuć bezpiecznie nawet tutaj, w miejscu zwanym nie bez powodu warownią? Jak niektóre rody czystej krwi miały muzea, inne oceania albo wspaniałe ogrody, tak oni mieli ogromny budynek, chroniony najpotężniejszymi zaklęciami, jakie wynaleźli czarodzieje…
Tamten cień, który zobaczyła...
Czy ten cień był czymś więcej?
To dlatego Brenna poderwała się z łóżka i wpadła do pokoju kuzynki. Wciąż ubrana w swój nocny strój, wypłowiałą, czerwoną bluzę oraz spodnie od piżamy, rozczochrana bardziej niż zwykle, ze śladem na policzku od poduszki.
– Musisz obwąchać mój pokój – zażądała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Było to z pewnością niegrzeczne i prawdopodobnie ktoś obcy mógłby się oburzyć. Ale cóż, w tej rodzinie ludzie już dość spokojnie przyjmowali, kiedy jakiś krewny (tudzież przyjaciel) wpadał do ich pokoju (albo słał sowę czy patonusa) domagając się pomocy w sprawie klątw, złamań, śledztw, napadów i tak dalej, i tak dalej. Brenna w podobnych sytuacjach po prostu stawała i szła sprawdzić, co się dzieje. I jakoś odruchowo wobec Mavelle postąpiła tak, jak zwykle ludzie wobec niej. Ewentualnie zaniepokojona i zaspana nie wpadła nawet na to, jak absurdalnie brzmią jej stwierdzenia. – A potem powinnyśmy narysować portret pamięciowy – oświadczyła.
Normalnie w kłopotach zwróciłaby się pewnie do brata. Ale Mavelle miała w tej chwili nad Erikiem dwie przewagi. Po pierwsze, słynny nos Bonesów. Brenna była pewna, że wychwyci obcy zapach w jej pokoju i jeżeli to nie był tylko sen, ona będzie mogła o tym powiedzieć. Po drugie, robiła w Departamencie portrety pamięciowe, dzięki temu, że była niezła w rysunku.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#2
16.04.2023, 23:53  ✶  
- Gałgan, miej litość... – wymamrotała Mavelle, jedynie obracając się z boku na bok i tym samym całkowicie ignorując powrót Longbottomówny do dawnych nawyków. Widocznie tej nocy spało się jej wyjątkowo dobrze, bowiem Bones zazwyczaj cechowała się dość lekkim snem i przeważnie naprawdę niewiele było potrzeba, żeby zrywała się na równe nogi, do tego z różdżką w dłoni. Tak. Pilnowała, żeby ta zawsze była pod ręką, zwłaszcza w ostatnich czasach – mimo że posiadłość Longbottomów z tymi wszystkimi zabezpieczeniami przypominała bardziej warownię niż „tylko” posiadłość.
   I chyba nie było co się dziwić, że odruchowo pomyślała, iż to pies ją budził – zwłaszcza że przecież nie raz i nie dwa sypiał w nogach jej łóżka, a dość naturalną koleją rzeczy czworonóg potrafił budzić o dość wczesnych godzinach. Wcześniejszych niż te, o których zazwyczaj wstawała. Poranna przebieżka dla utrzymania formy sama się przecież nie zrobi!
  Ale zaraz. Psy nie mówiły. A już na pewno nie Gałgan. Brakowało też mokrego nosa, języka i trącania łapą, ewentualnie uwalenia się na niej całym cielskiem, które to bynajmniej nie ważyło tyle co piórko. Zaś głos…
  - Bren? – zabrzmiała już przytomniej, wyrywając się w końcu ze snu, unosząc się na łokciu, aczkolwiek jej wygląd zupełnie nie kojarzył się z przytomnością – każdy jeden włos w inną stronę zdawał się przeczyć temu, że zazwyczaj nie nosiła na łepetynie najprawdziwszej strzechy i tym samym nie straszyła wszystkich dookoła swoją fryzurą. Również i samo spojrzenie pozostawało jeszcze zamglone, nieostre. – Czekaj, co, obwąchać? Portret pamięciowy? Ktoś był u ciebie? – z każdym kolejnym słowem coraz bardziej przytomniała. Na tyle, że już całkiem się poderwała, łapiąc za różdżkę.
  Niedopuszczalne.
  Niedopuszczalne, żeby ktokolwiek wkradł się do ich domostwa (o ile rzeczywiście się wkradł, wszak nie znała żadnych szczegółów poza koniecznością użycia nosa i sporządzenia portretu) – co bardzo podważało nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale i stawiało pod znakiem zapytania bezpieczeństwo tych wszystkich lokatorów, którzy tutaj znaleźli swoje schronienie.
  - Już ja mu pokażę – sapnęła, nie zawracając sobie głowy założeniem kapci. Swoim wyglądem zresztą też nie. W odróżnieniu od Brenny, Bones nie gustowała w piżamach, a przynajmniej nie od paru dobrych lat. Miała na sobie koszulę i to nawet nie damską – męską, zdecydowanie przydużą jak na nią, czym sobie oczywiście nie zawracała głowy. Wszak nie paradowała tak po ulicy, a jedynie w domowym zaciszu.
  Nie zastanawiała się, tym bardziej że nie miała daleko – po prostu ruszyła w stronę drzwi, z zamiarem wparowania do pokoju kuzynki, wpadłszy najwyraźniej w wybitnie bojowy nastrój. Tak, wywąchać, wytropić, dopaść. Niczym pies myśliwski.
  Chyba że zapach się urwie, to już gorzej.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#3
17.04.2023, 00:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.04.2023, 11:10 przez Brenna Longbottom.)  
– Nie wiem – wyznała Brenna, cofając się. Ona sama także miała różdżkę w ręku. O niczym to właściwie nie świadczyło, bo poruszała się z nią nawet w domu (nigdy nie wiedziała, kiedy przyjdzie nagłe wezwanie z pracy, prawda?), ale owszem, złapała za nią, ledwo przebudziła się ze snu i zauważyła otwarte okno. W głosie panny Longbottom pobrzmiewało napięcie. – To zabrzmi głupio, ale wczoraj… gdy wyszłam z domu rano zobaczyłam jakiś cień. A później ciągle zdawało mi się, że ktoś za mną idzie – zrelacjonowała, ruszając za Mavelle pośpiesznie. Też nie przejmowała się swoim wyglądem. W domu wprawdzie mieszkali nie tylko członkowie rodziny, ale pewnie nawet najnowszy lokator czyli Charlie przywykł już do tego, że tutejsi mieszkańcy niezbyt się krępują. Właściwie to i on sam zupełnie się nie krępował.
Sypialnia Brenny była dość sporym pomieszczeniem. Jak w większości pokoi stały tu meble doskonałej jaskości i w doskonałym stanie, ale nie nowe – służyły wcześniej innym pokoleniom. Wspaniałe, duże, drewniane łóżko, również drewniana szafa, zdobiona, zabytkowa skrzynia, mogąca służyć też za siedzisko. Wielki regał, zastawiony książkami i komiksami, i mugolskimi, i czarodziejskimi. Wygodny fotel pod otwartym oknem, biurko, jak zwykle zasłane papierami. Ze ściany nad nim ze zdjęć spoglądali przyjaciele i rodzina: było tam zdjęcie małej Brenny trzymającej za rękę małego Erika, zdjęcie rodzeństwa z dziadkiem i rodzicami, fotografia, na której Brenna, Erik i Mavelle, dorośli już, walczyli na śnieżki. Takie, na którym nastoletnia Brenna huśtała na huśtawce w sadzie Danielle, i takie, przedstawiające ją i jej kolegów oraz koleżanki z rocznika w szkole – wszystkich w mundurkach różnych Domów (i na tym zdjęciu ustawiała ich obok siebie Brenna…). Nie zabrakło także zdjęcia z Norą i Mabel, a nawet takiego, gdzie w zatłoczonej kuchni znajdowali się wszyscy Crawleyowie.
– Nikogo nie przyłapałam, a w domu… nawet o tym nie myślałam – dodała Brenna, kiedy weszły do jej pokoju. Mavelle mogła domyśleć się dlaczego. To była warownia. Jak ktoś mógłby się tutaj dostać? – A potem miałam wyjątkowo realne sny. Śnił mi się mężczyzna. Powiedział, że zajął się „nim” i że ten „on” nie będzie już mnie niepokoił…
Brzmiało to głupio. Brenna doskonale o tym wiedziała. Ale nawet jeżeli nie była skłonna do panikowania, uważała, że strzeżonego Dumbledore strzeże. Gdyby chodziło tylko o nią, mogłaby sprawę zbagatelizować, jeżeli jednak posiadłość przestała być bezpieczna, to było coś, co dotknęłoby wszystkich mieszkańców. Zwłaszcza Rookwooda oraz Crawleyów.
Brenna musiała być tym mocno wstrząśnięta, bo w takich chwilach, gdy uznawała, że sprawa jest poważna, porzucała kwiecisty styl wypowiedzi na rzecz dość rzeczowego przekazywania informacji. Tak było i teraz.
– Nie otwierałam wczoraj okna. Było za chłodno. A jednak, kiedy się obudziłam, było otwarte na oścież – wyjaśniła cicho, wskazując na faktycznie otwarte okno. Do pokoju Brenny wpadał przez nie wiatr. – Rzuciłam Appare Vestigium. I nie rozumiem rezultatów – wyznała, wskazując na parapet. – Jest… jakby lekki ślad jakiejś magii, ale inny niż jakikolwiek, jaki widziałam. Jeśli był tutaj jakiś człowiek, to bez wątpienia oklumenta. Bo jego śladów nie mogłam wyłapać.
Chyba że źle rzuciła zaklęcie, ale pył wyglądał „normalnie”.
Nos Mavelle z kolei mógł wychwycić… jakby ślad obcego zapachu, ledwo jednak wyczuwalnego, niemożliwego do rozpoznania.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#4
17.04.2023, 23:36  ✶  
Nie wiedziała – ale jednak coś zdecydowanie nie było w porządku, skoro kuzynka przybiegła do niej o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Na tyle wczesnej, że nawet Gałganowi jeszcze nie przyszło na myśl, żeby trącać i zachęcać do co najmniej wypuszczenia z domu – jeśli już koniecznie nie miałoby być mowy o spacerze (swoją drogą: to wcale nie tak, że psisko nie spało w nogach łóżka. Wcale. Tylko początkowo nawet nie drgnęło – nie licząc może ogona - podnosząc łeb dopiero wtedy, gdy Mavelle zerwała się na równe nogi).
  - A ten cień to miał jakiś konkretny kształt? – spytała, marszcząc brwi. Choć tak po prawdzie, cień sam w sobie nie do końca musiał o czymś świadczyć. Bo równie dobrze mogło to być zwierzę (bądź nie – nie wiedziała jeszcze, co Brenna widziała) czy też najzwyklejsze w świecie przywidzenie. Bo niestety, ludzkie zmysły nie należały do doskonałych, choć może raczej należałoby stwierdzić: to umysł nie był czymś doskonałym. Zbyt łatwo było dać się zwieść pozorom, wyobrażając sobie coś, czego tak naprawdę nie było – co czasem niemożliwie frustrowało. Niemniej, pewnych ograniczeń na dłuższą metę nie dało się przeskoczyć.
  Do pokoju Brenny wkroczyła właściwie w pełnej gotowości do tego, by miotnąć zaklęciem z miejsca w „dowcipnisia”, jeśli jednak jeszcze znajdowałby się w pomieszczeniu – o ile właściwie takowy dowcipniś rzeczywiście istniał, bowiem była to rzecz dość względna, jak szło wywnioskować ze słów kuzynki. Nikogo nie przyłapała – czyli albo doskonale umiał się kryć, albo też wpadała w na tyle wielką paranoję, że widziała coś, czego nie było. Na tę drugą opcję nieszczególnie stawiała,a wierząc jednak w rozsądek Brenny – o ile w ogóle coś takiego istniało, biorąc pod uwagę, jak szalone pomysły miewała kobieta. Aż dziw, że w ogóle przetrwały Hogwart, z tym całym wymykaniem się o nieodpowiednich godzinach i do jeszcze bardziej nieodpowiednich miejsc!
  Nie rozglądała się po pokoju, a przynajmniej nie z pomocą wzroku – pomijając już pierwsze spostrzeżenie, że ewidentnie nie znajdował się tu ktoś niepożądany, zaczęła intensywnie węszyć, słuchając przy tym, co Longbottom miała do powiedzenia. Czym chyba wprawiła Gałgana w konsternację – bowiem psisko nie omieszkało koniec końców podążyć za kobietami i klapnąć teraz w progu, obserwując, co się tu najlepszego wyrabia. W każdym razie, psie zdziwienie nie było czymś, na co Mavelle by teraz zważała; w końcu musiała ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, czy faktycznie istniały powody do niepokoju…
  - Jesteś pewna, że porządnie je zamykałaś? – spytała, zerkając przelotnie na Brennę. Niby oczywista oczywistość, niemniej czasem należało zadać wręcz idiotycznie proste pytania, bo jednak czasem się okazywało, iż nie pomyślano o czymś wręcz podstawowym. Najciemniej pod latarnią czy jakoś tak.
  Nie czekała na potwierdzenie bądź zaprzeczenie, po prostu skierowała się w stronę nieszczęsnego okna, nie zważając na to, iż męska koszula nieszczególnie chroniła przed chłodem – dość szybko pojawiła się gęsia skórka, aczkolwiek sama Bones wydawała się teraz nie czuć chłodu.
  Niuch. Niuch. Niuch.
  Znieruchomiała nagle, gdy – niestety! - jej nos wyłapał woń, której nie powinno tu być. Świece? Nie, nie przypominało to świec, choć z drugiej strony woń ta była już tak bardzo słabo wyczuwalna, że… nie, raczej nie. Może? Przez twarz kobiety przemknął cień sugerujący, iż nie jest dobrze.
  - Nie odprawiałaś tu ostatnio żadnych rytuałów, prawda? Żadnych świec o nowych zapachach? – spytała dla porządku, wyglądając przez okno. Cholera, cholera, cholera. Coś takiego to wręcz sytuacja kryzysowa, znak, że trzeba usiąść nad zabezpieczeniami i porządnie się im przyjrzeć. Nie mogło tak być! Dziś wizyta u Brenny – na szczęście niezakończona tragedią – a jutro…?
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#5
17.04.2023, 23:54  ✶  
- Sądziłam, że to przewidzenie, więc się nie przyjrzałam – mruknęła Brenna w odpowiedzi. – Głupie z mojej strony.
Przecież to mógł być cień kogoś, kogo spowijało zaklęcie kameleona. Teraz przychodziło jej do głowy przynajmniej kilka innych wyjaśnień, dla których cień mógł nie być tylko cieniem. I dla których od tej pory miała przyglądać się im dużo uważniej niż wcześniej.
Pokój był z pewnością pusty. Longbottom sprawdziła to dokładnie. Użyła czarów, ale też – choć brzmiało to głupio – nim poszła do kuzynki, zajrzała do szafy i pod łóżko.
Brenna nie była pewna, co przeraża ją bardziej. Myśl o tym, że ktoś spoza rodziny mógł być w jej sypialni, kiedy spała? O tym, że coś lub ktoś nawiedził jej sny? A może ze zaklęcia chroniące dom zostały naruszone - i wszyscy znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie?
Zaciskała palce na różdżce, bardzo mocno, aż pobielały jej knykcie. W końcu ruszyła do okna i je zamknęła, by do pomieszczenia nie wpadał chłodny wiatr. Zamknęła je, potem jeszcze raz otworzyła i znów zamknęła i lekko szarpnęła, demonstrując procedurę Mavelle.
- Żeby pozostało uchylone, musze się postarać. Nie ma szans, żeby otworzyło się tak po prostu – wymamrotała. Okna w ich posiadłości były równie dobrze zabezpieczone, jak cała reszta.
Brenna zwróciła spojrzenie na kuzynkę, gdy ta spytała o świece i rytuały. Znała ją na tyle dobrze, by wyłapać cień, który przeszedł przez twarz Bones. I już wiedziała: coś było nie tak. To nie paranoja, a przynajmniej nie tylko ona.
- Nie. Jeśli mam widmowidzieć, zwykle zamykam się na poddaszu. Żadnego nowego szamponu, żadnych nowych perfum ponad to, czego zwykle używam – powiedziała, rozglądając się po pokoju z nową czujnością. – Czujesz jakieś człowieka… czy tylko coś? – zapytała cicho, spoglądając znowu ku oknu.
Pierwszy raz w życiu nie czuła się bezpiecznie w tym domu. Ta myśl ją przerażała. Zjadała od środka. Za drzwiami posiadłości czekały straszne rzeczy: śmierciożercy, Voldemort, czarnoksiężnicy, ale też „zwykli” przestępcy. Ale tutaj była u siebie. W gronie rodziny, przyjaciół, chroniona przez najpotężniejsze istniejące zaklęcia.
I nagle ta złudna bańka spokoju pękła.
- Sądzisz, że powinnam powiedzieć dziadkowi? - spytała. Wahała się, czy wspomnieć o tym innym domownikom. Z jednej strony nie chciała wzbudzać paniki. Z drugiej, jeżeli faktycznie coś było na rzeczy, wszyscy powinni się mieć na baczności. Po chwili odrzuciła do tyłu rozczochrane włosy, a na jej twarzy pojawił się wyraz zdecydowania. – Powiem mu – postanowiła, nie czekając nawet na odpowiedź. Były rzeczy, którymi mogła zająć się sama, ale o czymś takim powinien wiedzieć. – Nie chcę straszyć reszty, ale myślę, że będzie dobrze, jeżeli przejdziemy się i sprawdzimy zaklęcia ochronne czy nic nie naruszono… a przez najbliższe parę dni będę rzucała dodatkowe czary każdego wieczora – zdecydowała. Choćby miała nie iść spać, nie mogła pozwolić, by coś naruszyło spokój reszty domowników nocą.
Brenna podeszła do szafki, wygrzebała z niej szatę i narzuciła ją na swój nocny strój, z komody wydobyła skarpetki, a potem ruszyła do drzwi, po drodze głaskając Gałgana.
- Weźmy pieski na spacer do sadu
– zaproponowała. Łatek pewnie był w salonie – nie spał dziś u niej, całe szczęście – a Ponuraka wywoła z pokoju brata. – Przy okazji rzucę parę zaklęć sprawdzających, ty powęszysz i upewnimy się, czy osłony nie wymagają jakiegoś wzmocnienia.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#6
18.04.2023, 23:31  ✶  
- Pewnie sama wyszłabym z podobnego założenia – przyznała cicho, próbując chyba w ten sposób pocieszyć Brennę – mocno pomijając fakt, że przecież czułe powonienie zapewne sporo by podpowiedziało. Cóż, o ile dobrze rozumiała, nieszczególnie istniały podstawy do podejrzewania, iż coś faktycznie było nie tak – a gdyby zaś przyglądać się dosłownie każdemu zauważonemu cieniowi… to zapewne nie robiłoby się praktycznie nic innego. W końcu świat był ich pełen i w zasadzie zawsze gdzieś ten cień będzie. Choćby nawet własny.
  W milczeniu odsunęła się, pozwalając kuzynce na demonstrację, jednocześnie obserwując działanie okna – jakkolwiek by nie patrzeć, może i mieszkały praktycznie drzwi w drzwi, to jednak nie oznaczało to, iż Mavelle dzień w dzień siedziała w pokoju Brenny i była doskonale świadoma stanu każdej rzeczy, jaka się tu znajdowała. Tak. Okna miały swoje zabezpieczenia, oczywiście, jak również i swoje humory – nie zawsze wszystko działało idealnie i a nuż akurat jeszcze skrzat czy inszy fachowiec nie zajął się felernością.
  Stąd też, dla porządku, po prostu musiała odhaczyć punkt z listy.
  Było źle. Jeszcze gorzej, gdy uzyskała potwierdzenie, iż Longbottom nie wprowadziła tu nowych zapachów – prowadziło to bowiem do bardzo niewesołych wniosków, których nawet nie musiała wypowiadać na głos. Obie doskonale wiedziały, jakich dokładnie kształtów właśnie nabierała cała ta sytuacja i nie było to zdecydowanie coś, co przynosiło szczęście. Raczej wręcz przeciwnie.
  Zadrżała, choć trudno powiedzieć, czy w końcu poczuła cały ten wpuszczany do tej pory chłód czy też zmroziła ją myśl, iż naprawdę musiało dojść do naruszenia zabezpieczeń posiadłości. Właściwie to pal licho ją samą – tyle że to miejsce stanowiło bezpieczną przystań dla innych.
  A przynajmniej tak do tej pory myślała.
  - Nie wiem – przyznała szczerze. Mogło to być naprawdę cokolwiek, ale jeśli skreślić wszelkie potencjalne „wewnętrzne” zapachy, to co pozostawało…? - Coś czuję, ale nie jestem w stanie tego rozpoznać. To jest tak słabe, że ledwo to wyłapuję – dodała dość chmurnie. Bo przez tę subtelność woni nie była w stanie powiedzieć nic, poza tym, iż zdecydowanie nie powinno jej tu być.
  A jednak była.
  - Dziadek musi wiedzieć – przytaknęła, popierając podjętą przez Brennę decyzję. Pozostali… cóż, obwieszczanie czegoś takiego wszem i wobec z pewnością wzbudziłoby popłoch. Zaś dopóki była szansa, że uda się rozwiązać problem relatywnie szybko…? Informowanie pozostałych mogło trochę poczekać. Trochę. Bo mimo wszystko, w grę wchodziło ich bezpieczeństwo, z którejkolwiek by strony nie spojrzeć.
  - Zdecydowanie musimy się przejść i posprawdzać – ponownie zgodziła się z kuzynką, zaciskając mocniej palce na różdżce. Przy okazji będzie mogła przewąchać teren wokół domostwa i sprawdzić, czy jeszcze gdzieś uda się wyłapać niewidzialne nici woni, której istnienie dopiero co stwierdziła. Co, kto, jak, dlaczego? Tyle pytań, żadnych odpowiedzi, jak na razie. Niby sen, a chyba jednak nie do końca sen, skoro coś z niego pozostało w rzeczywistości.
  Odetchnęła głęboko, przeczesując potargane włosy palcami. Cudownie zaczynał się dzień, nie ma co. I nawet już nie potrzebowała kawy, żeby funkcjonować.
  - Weźmiemy, ucieszą się. Tylko mi chwilę – rzuciła cicho, wymijając kuzynkę, żeby wparować do swojego pokoju; aż tak szaloną nie była, żeby o tej porze roku wychodzić na zewnątrz w takim negliżu. Przeziębienia zdecydowanie nie potrzebowała. Chwila naprawdę wystarczyła, bowiem nie zawracała sobie głowy przebieraniem się – wystarczyło tylko narzucić na siebie pierwsze, co wpadło w ręce i wypaść z powrotem na korytarz.
  Cokolwiek znajdą, wiedziała jedno: postara się za wszelką cenę wytropić delikwenta.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Brenna Longbottom (1679), Mavelle Bones (1567)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa