20.07.2023, 10:14 ✶
- Większość aurorów i Brygadzistów jest w Kniei, odsypia albo próbuje namierzyć śmierciożerców – powiedziała cicho Brenna, walcząc z odruchem spuszczenia oczu niby skarcony psiak. Bo owszem, gdyby poświęciła na to wszystkie siły, znalazłaby człowieka, który towarzyszył Longbottomowi poprzedniego wieczora. Tyle że na Polanie i Ministerstwie trwał chaos, a ona cały wczorajszy dzień spędziła w lesie i na Polanie, by potem przespać się parę godzin i wrócić nad nią rankiem. Teraz, gdy stała przed Danielle, to wcale nie wydawało się dobrym usprawiedliwieniem.
Gdyby to było tak proste, że aurorzy nie uciekają z posterunku, że nie popełniają błędów. Ale i oni byli ludźmi, a to, co działo się wczoraj, mogło odebrać ducha. Brenna nie skomentowała więc, obserwując tylko Danielle, przepełniona poczuciem beznadziei. Wyrzuty sumienia prześladowały i ją, każdy popełniony błąd – podczas Beltane i wcześniej – uwierał teraz, i szeptał, że może jeśli starała się bardziej on by żył. Jeśli postarałaby się bardziej, żyłby chłopiec z lasu.
Jeśli postarałaby się bardziej…
Pozwoliła, by dłoń kuzynki wymknęła się z jej uścisku, nie próbowała zatrzymać kobiety ani niczego mówić. Danielle miała prawo do takiej reakcji. Ba. Miała prawo do każdej reakcji. Brenna przymknęła tylko powieki i stała tak przez chwilę, a pulsujący ból głowy, który prześladował ją od jakiegoś czasu, nasilał się.
– Zamknę gabinet – powiedziała w końcu martwym głosem, po czym ruszyła do wyjścia. Poczekała aż Mavelle wyjdzie i zatrzasnęła drzwi zaklęciem, alohomorą pewnie by się go dało otworzyć, ale ot by ktoś nie wpakował się tu przypadkiem. A potem po prostu poszła w pobliże sali Idy. Nie zamierzała wchodzić do środka ani ścigać Danielle.
Jedynie trzymać się w pobliżu. Gdyby ktoś postanowił, że powinna spróbować z widmowidzeniem, by sprawdzić, jak rzucono klątwę albo gdyby Dani uznała jednak, że jest potrzebna. Zwłaszcza, że wypadało spytać, czy chce powiedzieć Lucy sama, czy mają to zrobić one.
Gdyby to było tak proste, że aurorzy nie uciekają z posterunku, że nie popełniają błędów. Ale i oni byli ludźmi, a to, co działo się wczoraj, mogło odebrać ducha. Brenna nie skomentowała więc, obserwując tylko Danielle, przepełniona poczuciem beznadziei. Wyrzuty sumienia prześladowały i ją, każdy popełniony błąd – podczas Beltane i wcześniej – uwierał teraz, i szeptał, że może jeśli starała się bardziej on by żył. Jeśli postarałaby się bardziej, żyłby chłopiec z lasu.
Jeśli postarałaby się bardziej…
Pozwoliła, by dłoń kuzynki wymknęła się z jej uścisku, nie próbowała zatrzymać kobiety ani niczego mówić. Danielle miała prawo do takiej reakcji. Ba. Miała prawo do każdej reakcji. Brenna przymknęła tylko powieki i stała tak przez chwilę, a pulsujący ból głowy, który prześladował ją od jakiegoś czasu, nasilał się.
– Zamknę gabinet – powiedziała w końcu martwym głosem, po czym ruszyła do wyjścia. Poczekała aż Mavelle wyjdzie i zatrzasnęła drzwi zaklęciem, alohomorą pewnie by się go dało otworzyć, ale ot by ktoś nie wpakował się tu przypadkiem. A potem po prostu poszła w pobliże sali Idy. Nie zamierzała wchodzić do środka ani ścigać Danielle.
Jedynie trzymać się w pobliżu. Gdyby ktoś postanowił, że powinna spróbować z widmowidzeniem, by sprawdzić, jak rzucono klątwę albo gdyby Dani uznała jednak, że jest potrzebna. Zwłaszcza, że wypadało spytać, czy chce powiedzieć Lucy sama, czy mają to zrobić one.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.