• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 Dalej »
[19.07.1972] Laurent & Philip | La di die

[19.07.1972] Laurent & Philip | La di die
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#1
27.09.2023, 00:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2023, 09:37 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Philip Nott - osiągnięcie Piszę, więc jestem

la da di oh la di da
gonna be a superstar
be the boy you used to know
playin on the radio
la da di oh la di die
loving me is suicide
i’m a dreamer, i’m on fire
la da di run for your life


Nie wszystkie wątki w historii były proste do rozpisania. Nie wszystkie były łatwe do akceptacji. O jeszcze innych nie mogłeś zapomnieć. Historia zataczała szerokie koła i czasami lubiła wracać do punktów wyjścia. Mijał czas, mijały dni, tygodnie i lata, a ty w końcu odkrywałeś, że znajdowałeś się dokładnie w tym samym punkcie, w którym już kiedyś byłeś. Nic dwa razy nie mogło zdarzyć się tak samo, więc odkrywasz, że po prostu zmieniłeś się ty, zmieniło się trochę to miejsce, zmieniły się warunki. Napiera na ciebie mimo to nieznośne de ja vu. Laurent miał to de ja vu, kiedy z samego ranka pojawił się na tym niewielkim, uroczym ryneczku, spoglądając na rozpoczynający się z wolna ruch. On - potencjalnie anonimowy w tłumie, choć zdarzyłyby się pewnie osoby, które pewnie skojarzyłyby go z imienia i nazwiska. Tak zapytane i wyłapane, pojedynczo... a może nie? Może naprawdę był tu całkowicie anonimowy? To całkiem zabawne, że człowiek najbardziej samotny mógł czuć się właśnie w tłumie. Ale będąc wśród tylu ludzi już doświadczał tego dziwnego i nieprzyjemnego poczucia bycia obserwowanym. Już właziło mu to pod skórę, dręczyło, drapało ramiona. Ale te wszystkie wrażenia jakoś rozpływały się w codzienności. Dziękował Bogu za to, że miał wokół siebie ludzi, którzy byli w stanie go udźwignąć. Którzy mu pomagali. Pojedyncze siwe włosy zdobiły już platynowe włosy, blizny zbierały się na jego ciele jak kolejne klątwy wszystkich nieprzygód, które zaczęły szarpać jego życiem. Albo to on nim zaczął szarpać? Fatum. Florence napisała, że ma wrażenie, że widzi nad nim jakieś fatum, albo raczej - że ma takie wrażenie. Czy to się miało skończyć tragicznie? Bohater wyklęty, wyniesiony na drzwiach? Nie miał drastycznych wizji, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo jakoś bez problemu mógł sobie wyobrazić swoje martwe ciało. I ta wizja wcale nie była przerażająca, przynajmniej nie w tej chwili. Pewnie dlatego, że świeciło słońce, ogrzewało jego bladą skórę i zmęczoną twarz wszystkimi przeżyciami, kiedy on ciągle biegał jak szalony i ciągle do przodu, do przodu, do przodu... nie wiedział nawet, kiedy zasypia i kiedy się budzi. Chwile takie, jak ta, dziwnie bezbronne, były takimi, na jakie nie można było sobie pozwolić w obliczu tych wszystkich szaleństw, jakie się tutaj działy. I jednocześnie to była ta wrażliwość, którą czuł, że mógł mieć. Właśnie przy tej osobie, która obiecała mu to spotkanie.

Czyli kim właściwie? Przyjacielem? Znajomym? Już na pewno nie kochankiem? Przechodził wielokrotnie ze statusu kochanków do przyjaźni, ale to była jakaś wyższa szkoła... jazdy. Umysł Laurenta nie gnał przed siebie jak szalony. Był wręcz ślamazarny, ale przy tym tak przyjemnie spokojny, że mógłby się zanurzyć w tej chwili na całą wieczność. Stojąc przy tej niezapalonej teraz latarence, bo czemu ktoś miałby ją zapalać o takiej godzinie?, miał wrażenie, że czas był więcej niż jednostką względną. Był jednostką, która nie obejmowała jego osoby schowanej pod wskazówką zegara. Wskazówka się przesuwała, a on całkowicie bezwiednie razem z nią. A mimo to lekko odetchnął i wyciągnął z kieszeni spodni zegarek, żeby spojrzeć, która jest godzina. Jeszcze nie taka, żeby ruszać dalej. Może powinien? Może nie powinni się w ogóle spotykać, to była jakaś głupota z jego strony. Ze strony Philipa tym bardziej. Tak, wystarczyło tylko delikatnie dotknąć strunę, która echem poniosła się po jego ciele, żeby ze stanu przyjemnego otępienia, jakby ciągle nie do końca się obudził, wpaść na fale niosącą ze sobą zwyczajny smutek. Obejmujący serce tak samo, jak obejmuje się kochankę - czule i z westchnieniem na ustach. Schował zegarek i podniósł wzrok. Niestety świat nie miał dla niego dobrych wiadomości - Philip Nott pojawił się, całkiem przypadkiem, na Alei Horyzontalnej. Laurent mimo wszystko uśmiechnął się na jego widok nie wiedząc, czy bardziej jest mu smutno, czy w zasadzie jednak cieszy się, że go widzi. Mógł sobie wmawiać (i jemu też), że nie wiedział, co się dzieje, ale wiedział. Tylko nie wolno było o tym głośno mówić ani myśleć.

- To całkiem dziwne spotykać się na śniadaniu, tak po prostu, po tylu latach znajomości. - Po tylu latach wymykania się po nocach, nim wstawał świt i utrzymywania owszem, pozytywnych stosunków, ale wcale nie "bliższych" w oczach całego świata. - Miło cię widzieć. Prezentujesz się tak samo zjawiskowo, jak zwykle. - Biorąc pod uwagę przyzwyczajenia Philipa Laurent również zadbał o to, żeby odpowiednio się ubrać - w elegancką, letnią biel z dodatkiem złotej biżuterii. Proponując Nottowi śniadanie zabrałby go pewnie na jakieś zadupie, do zacisza. Znając Philipa ten pewnie zabierze go do jakiejś restauracji, gdzie srogo przepłacało się za to, co się miało zjeść. Choć też smakowało to odpowiednio dobrze i wyglądało jeszcze lepiej. - Czy zostanę porwany do najdroższej restauracji po tej stronie Tamizy? - Zażartował.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#2
27.09.2023, 13:15  ✶  

Końcem czerwca Philip starał się zamknąć jeden rozdział swojego życia, w pierwszym tygodniu lipca kolejny i to była jedna z trudniejszych decyzji, jakie przyszło mu podjąć w swoim życiu. Powracało to do niego niczym deja vu. W tamtym momencie, zgodnie z myślą, że powinien otworzyć się na nowe doświadczenia, przy jednoczesnym lubieniu Laurenta, własnemu przyzwyczajeniu, wydawała się trudna i słuszna... z powyższych względów tak samo trudna, jak i błędna. Było to tak pełne sprzeczności, jakby to nie mogło być dla odmiany proste. Dobrze wiedział, dlaczego postąpił tak a nie inaczej. Całkowite odcięcie się wydawało się wręcz niemożliwe. Gdy zakończył swój związek z Lorettą, przyszło mu tak łatwo jak żegna się kochankę po wspólnie spędzonej nocy.

Wciąż znajdował się w przełomowym momencie swojego życia, na progu tych wszystkich zmian a jednak powracał do tego, co było. Zapisane na pergaminie słowa stanowiły zaledwie wstęp do rozmowy, którą mieli odbyć tego dnia. Nie wiedział, co być mogło, co znowu zostanie zburzone i co z tego powstanie. Mogło to pomóc ułożyć na nowo te cegiełki albo mogło się okazać, że ruszenie ich sprawi, że zawali się cała konstrukcja. Niczym domek z kart. Decydując się na to spotkanie miał się tego dowiedzieć i określić, kim dla niego ma być Laurent. Przyjacielem, znajomym a może znów kochankiem. Łączący ich do niedawna układ był bardzo dla nich korzystny. Nie zawsze dawało się wrócić do tego, co było. Nie zawsze powinno się wracać. Philip bardzo rzadko robił to, co powinien był uczynić. Za to często wykazywał się głupotą.

Jego pojawienie się na Alei Horyzontalnej przypieczętowało to, że nie było już odwrotu. Laurent mógł jeszcze spróbować ucieczki z wykorzystaniem teleportacji i zaszyć się w samym sercu New Forest. Najpewniej na tej samej plaży. Roztaczana przez niego aura niezachwianej pewności siebie jak na razie ukrywała przed światem wszystkie jego obawy. Przede wszystkim dotyczące rozmowy, którą mieli odbyć i jej przebiegu. Nie chciał odbywać jej w miejscu publicznym, tylko jak najbardziej prywatnym. Niosło to za sobą pewien komfort. Wówczas miałby pewność, że w pobliżu nie ma żadnego gumowego ucha. Sam uśmiechnął się na widok Laurenta, którego dobrze było zobaczyć. Przyglądał mu się badawczo. Wydawał mu się być bledszy, niż ostatnio. Wyglądał też na bardziej zmęczonego, niż ostatnio. Rzucało się to w oczy, dlatego to było niepokojące. Przebijająca się siwizna stanowiła najmniejszy problem, choć była równie dostrzegalna.

— Powiedziałbym, że bardziej zaskakujące. Mógłbyś do tego przywyknąć. Często jadam na mieście. — Postanowił wyrazić swoje zdanie w kwestii spotykania się podczas posiłku. Na to dawniej nie było miejsca w ich relacji. Teraz temu również sprzyjała pora dnia, w której przyszło się im spotkać. Tak działał ten świat, że nie wszystko powinno zostać wystawione na widok publiczny. Nie wyniknęłoby z tego nic dobrego. Oprócz wyczynów na boisku Quidditcha, słynie ze swoich licznych romansów z kobietami. Swoje zainteresowanie mężczyznami starał się ukrywać.

— Ciebie również dobrze widzieć. Ty również. Jednocześnie sprawiasz wrażenie bardziej zmęczonego i bledszego, niż ostatnio. To się rzuca w oczy. — Nie była to żadna tajemnica, że przywiązywał dużą wagę do wyglądu zewnętrznego. Jak Cię widzą, tak Cię piszą. Była jednak ósma rano. Dzień zaczynał od wyprowadzenia swoich psidwaków na poranny spacer, ćwiczeń fizycznych i prysznica. Po nim założył białą koszulę i zestawiając ją z jasnoszarą marynarką oraz spodniami. Komplement mile połechtał jego ego, sle też miał podstawy aby się zrewanżować. Nie musiał kłamać, jednak trudno było mu zachować dla siebie swoje spostrzeżenia.

— Skąd wiedziałeś? — Zapytał z rozbawieniem w głosie. Tam, gdzie zwykle jadał śniadania, było drogo, ale one były warte swojej ceny. Ta w jego przypadku nie grała roli.

— Chodźmy. Potrzebuję kawy. — Powoli ruszył przed siebie, dostosowując swoje tempo kroków do Laurenta. Nie musieli się spieszyć. Po drodze mogli też porozmawiać.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#3
27.09.2023, 17:31  ✶  

Czy synonimem na słowo "dziwne" było słowo "zaskakujące"? To pytanie przetoczyło się przez jego głowę, ale nie ujrzało światła dziennego. Chyba że tylko przez jego morskie oczęta. Nie, to nie był synonim. Słowo "dziwne" w dzisiejszych czasach miało zbyt wiele negatywnego wydźwięku. Kiedy jesteś dziwny, nie wpasowujący się w otoczenie, przechodzisz przez ostracyzm społeczeństwa. Stanowisz margines, więc niekoniecznie wszędzie pasujesz. To negatyw, a przynajmniej coś, co jest chociaż trochę tym negatywem zabarwione. Słowo "zaskakujące" brzmiało już wyjątkowo dobrze. Jak niespodzianka, której się nie spodziewałeś, a którą otrzymałeś. Ta pozytywna, taki prezent, jakiego chciałeś, albo nie zdawałeś sobie sprawy z tego, że go potrzebowałeś, ale dotarło to do ciebie, kiedy już się pojawił. Laurent nie potrafił powiedzieć, żeby skłaniał się ku słowu "zaskakujące" w tym wypadku. A przynajmniej nie w świetle ostatnich wydarzeń i bardzo długiego milczenia z obu stron, ponieważ pan i władca Philip sobie tak zażyczył, a Laurent był... może na tyle głupi, żeby być wyrozumiały i taki... akceptujący. Florence pewnie zdzieliłaby go po głowie, nie dosłownie, perswadując mu, żeby bardziej martwił się sobą, a nie kimś takim jak Philip Nott. A to "kimś takim" znaczyło właściwie jakim..?

- Mógłbym? - Słowo-klucz, czy może bez pomyślunku palnięte zdanie przez Philipa. Ale to nie było jego standardowe przedstawienie faktu, tak jak zawsze lubił o wszystkim i wszędzie decydować. Nie, to był akt niedokonany. Mógłbyś - możesz, ale nie musisz. Jak otwarte zaproszenie, tak subtelne, że Laurentowi ciężko było uwierzyć, że było celowym zabiegiem. Prędzej uwierzyłby, że było rzeczywiście przelaniem myśli - że Philip by chciał, ale jednocześnie wcale nie chciał do niczego zmuszać czy stawiać zbyt dużego kroku na tej linie, na której balansowali. Co byłoby bardzo roztropne z jego strony. - To jakiegoś rodzaju zaproszenie, niespełnione marzenie, czy zupełnie przypadkowo dobrane słowo? - Zapytał w tonacji nienachalnego, niemal leniwego żartu, ale był ciekaw tej odpowiedzi. Choć to prawda, tutaj zamierzał ważyć słowa. W miejscu, które było w pełni publiczne, gdzie jednak obecność Notta już nie była tak anonimowa, jak jego własna osoba, gdzie niejeden mógł się obejrzeć i potem z byle słowa zrobić niepotrzebną i niechcianą nikomu plotę. W końcu Laurent też nie słynął z dobrej reputacji względem spędzania czasu z paniami. Jego była tylko bardziej negatywnie zabarwiona niż ta Philipa.

- Ponieważ tym razem się nie postarałem z zaklęciami transmutującymi. - Uświadomił go w swoim pięknym kłamstwie, jednym z wielu, jakie tworzył wokół siebie. - Mam się poprawić? - Zapytał całkowicie poważnie. Ale to też była odpowiedź, jaka miała znaczenie. W zasadzie to Philip miał może nawet pecha, że polubił kogoś, kto z paru słów i spojrzeń wyciągał więcej, niż większość rozmówców chciała przekazać. Kto badał, analizował i sprawdzał. I podpuszczał. Czasem masochistycznie, żeby się przekonać, że miał rację. Że dobrze trafił. Choć w większości nie prowadził rozmów po to, żeby udowodnić sobie swoją rację. - Dziękuję za komplement. Spodziewałem się, że zabierzesz mnie w jakieś szalone miejsce, nie ośmieliłbym się odstawać. - O, to akurat fakt, zresztą Laurent lubił się dobrze ubierać i lubił luksusy, żeby nie było wątpliwości. W końcu w nich dorastał i nigdy sobie nie wyobrażał, żeby miał żyć pod ustalonymi przez Prewettów normami. Przechylił głowę i spojrzał na Philipa z rozbawieniem i takim "proszę cię..." malującym się na twarzy, kiedy zapytał go, skąd wiedział. Ruszył obok niego, niekoniecznie się śpiesząc. - Ja również. O której... - Jego zdanie zostało przerwane przez mężczyznę w średnim wieku z parudniowym zarostem, w okularach, o mocnej szczęce, który na szyi miał zawieszony aparat, a w dłoni zeszyt. Rumiane policzki mogły świadczyć albo o doświadczeniu wysiłku fizycznego, albo o ekscytacji. Jedno z dwóch. Zmęczony się nie wydawał.

- Dzień dobry..! Dzień dobry, przepraszam... przepraszam panów. - Zatrzymał się, bo do nich wręcz podtruchtał. Poprawił ruchem dłoni ułożone włosy i wyciągnął zaraz dłoń najpierw do Notta, potem do Laurenta. - Andrew Bagshot, bardzo mi miło. Czy mógłbym zająć chwilkę na wywiad?

- Och, to chyba nie będzie problem... - Spojrzał na Philipa sądząc, że to o niego chodzi. Wręcz nie przyjmując innej opcji do głowy. Nawet zrobił krok w bok, żeby nie przeszkadzać... ale dziennikarz zwrócił się do niego.

- Bardzo się cieszę, próbowałem pana złapać, panie Prewett, już od miesiąca. - Zadowolił się dziennikarz. A Laurent zrobił na niego duże oczy i zaraz z zaskoczeniem przeniósł wzrok na Notta, potem znowu na Bagshota.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#4
27.09.2023, 22:05  ✶  

Philip bardzo doceniał cechującą Laurenta wyrozumiałość, zwłaszcza kiedy to wszystko sam musiał rozwiązać na własną rękę. Nie zmieniało to faktu, że nie powinien się tak odcinać. Nie zawsze to, czego chciał, było dla niego i dla osób z jego otoczenia właściwe. Określenie tego, co było właściwe, czego potrzebował, wydawało się trudne.

— Mógłbyś. — Powtórzył w odpowiedzi na to pytanie. Nie stało za tym dokonywanie wnikliwej analizy każdego wypowiedzianego słowa i kontekstu swojej wypowiedzi. Decydowanie o tym, co będzie w danym momencie przychodziło mu nadal z łatwością, nawet jeśli jego wola nie miała takiej mocy sprawczej, jakby sobie tego momentami życzył. Postępując w ten sposób starał się nadal kierować tym, aby powstrzymać się od wykonania śmiałego wbiegnięcia na tę linę i bolesnego upadku.

— Skłaniam się ku zaproszeniu. — Przed chwilą nie miał czego analizować, teraz już tak. Zaprosił go przecież na śniadanie do swojej ulubionej restauracji i mógł to zrobić kolejnym razem, zwłaszcza jeśli zdałoby to egzamin. Może wtedy to Laurent zaprosiłby go do swojej ulubionej restauracji, niezależnie od tego jak bardzo ona byłaby prestiżowa lub wręcz przeciwnie, reprezentowałaby sobie poziom kuchni podawanej w Dziurawym Kotle. Znacznie niżej są tylko dania podawane na Nokturnie, na który się nie zapuszczał. W kategoriach niespełnionego marzenia można by rozpatrywać ich śniadania spożywane po wspólnie spędzonej nocy, co w trakcie trwania ich związku nie miało miejsca.

— Moim zdaniem potrzebujesz roku snu, nie jakiś tam zaklęć transmutacyjnych. — Zdobyte przez lata doświadczenie pozwalało mu sądzić, że sen stanowił najlepsze lekarstwo na zmęczenie, zaraz obok odpoczynku. Zaklęcia tego rodzaju przydawały się jak miało się za sobą wyczerpujący mecz, suto zakrapianą imprezę, sesję zdjęciową albo wywiad zaraz po i powrót do domu. Trzeba było jakoś wyglądać a w takiej sytuacji trudno o należyty wypoczynek. Śniadanie mistrzów i dzbanek kawy pozwalały przetrwać mu taki trudny poranek. — Nie. — Odparł przecząco na pytanie, czy Laurent ma się poprawić. Pewnie trochę by to trwało i w tym czasie to mógłby udać się do restauracji, zjeść śniadanie, wrócić po niego i wstąpić do tego lokalu na dodatkową kawę i jakieś ciasto.

— To bardzo dobrze o Tobie świadczy, chociaż nikt by Cię stamtąd nie wyrzucił. — Zapewnił go z lekkim uśmiechem. Tam, gdzie planował dzisiaj zjeść śniadanie w jego towarzystwie, często pojawiały się osoby z pierwszych stron gazet i dlatego odpowiedni ubiór sprawiał, że Laurent nie będzie ściągać na siebie ich ukradkowych spojrzeń. Oby jego ulubiony stolik był wolny o tej porze dnia. Roześmiał się, dostrzegając to rozbawienie u swojego towarzysza i tę minę, najwyraźniej wskazującą na jego przewidywalność. O której...? Philip bardzo chętnie usłyszałby to, co blondyn ma mu do powiedzenia. To będzie musiało poczekać, bo zostali zaczepieni przez dziennikarza.

— Dzień dobry panu. — Przywitał tego mężczyznę uściskiem dłoni. Postanowił zapamiętać jego personalia, na wypadek gdyby musiał dać popalić kolejnemu wścibskiemu dziennikarzowi.

— Oczywiście, jak najbardziej. — Spojrzał to na pana Bagshota, to na towarzyszącemu mu Laurenta. Nie powinno nikogo dziwić, że on również był przekonany, że to chodzi o niego. Laurent nie był osobą medialną. Zamrugał powiekami w wyrazie potężnego zaskoczenia, gdy okazało się, że chodzi o Laurenta. Mogła za tym stać jakaś ciekawa historia, o której nie wiedział.

— Jakie jest pana stanowisko w sprawie dokonanego podczas Beltane zamachu i przeprowadzonej tuż po nim akcji ratunkowej? Co pan sądzi o tych utrudnieniach w teleportacji i ich wpływie na działania służb ratunkowych i wolontariuszy? — Zadający pierwsze pytania Laurentowi otworzył właśnie swój zeszyt z zamiarem notowania wypowiedzi tego czarodzieja.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#5
28.09.2023, 09:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2023, 21:11 przez Laurent Prewett.)  

Wiedział doskonale, że Philip nie analizuje wszystkich swoich słów i w żadnym wypadku nie oczekiwał, żeby zaczął tak robić. Wtedy to... przestałby być Philip. Laurent uwielbiał jego prostoduszność, szczerość, to, że nie bał się stanowczo wypowiadać swojego zdania. Lubił też w nim tę względną prostotę. Nie mylić z byciem prostakiem - bo bycie człowiekiem prostym nie oznaczało niczego złego. Względnie, ponieważ pokazał, że potrafią w nim zachodzić zawirowania sprawiające, że sięgał naprawdę głęboko do ludzkiej natury i zaglądać pod powierzchnię - nie tylko swoją własną. To spotkanie było wynikiem bardzo prostego zabiegu ze strony Laurenta, standardowej manipulacji, jakiej Philip był poddawany - sam nie chciał go zaprosić, chciał, żeby Philip to zrobił. Więc stworzył mu okazję i chciał, żeby ten ją wykorzystał. Wyszło to... pośrednio i jednocześnie całkiem zadowalająco. Nie chciał mieszać w głowie temu człowiekowi, ale nie potrafił się powstrzymać. Nie potrafił samemu sobie odmówić pomimo tego, że czuł, że to zupełnie niewłaściwe. Że powinien się trzymać naprawdę z daleka od blondyna nie dla swojego, ale głównie dla jego własnego dobra. Nie po raz pierwszy czuł zawirowania swojego serca, ale po raz pierwszy było to takie intensywne, że nie potrafił przeciąć tej linii. Ale z nikim nie spędził takiej ilości czasu.

Chciał zapytać, czy w takim razie miał się zamienić w Śpiącą Królewnę, chciał kontynuować tę rozmowę w ciągu dalszym, by płynnie przechodziła na inne tematy, czy koniecznie na te ciężkie? W zasadzie... to niekoniecznie. Nie potrzebował teraz ciężaru dodatkowego na ramionach, właściwie to chciał spędzić czas przyjemnie. Chyba jednak w tej niepewności ciężko było mówić o tak radosnym i beztroskim czasie, jaki spędzali kiedyś. W tym "zdrowym układzie". No... dla nich był zdrowy. Skoro dostawali od siebie dokładnie to, czego potrzebowali. Tym nie mniej i to nie miało mieć znaczenia na ten moment. Wszystkie oczekiwania, albo wrażenia na dzisiejszy dzień, miały zostać przecięte przez pojawienie się dziennikarza. I to takiego, który nie zainteresuje się Philipem, tylko samym Laurentem. I nie to, żeby Laurent nigdy nie udzielił wywiadu czy dwóch, żeby nie rozmawiał z dziennikarzami - czasami czegoś potrzebował, choć zazwyczaj były to raczej czysto przyrodnicze zagadnienia dotyczące magicznych stworzeń, takie do konkretnych czasopism tematycznych, a nie do Proroka, jak mignął swoją wizytówką zresztą mężczyzna. Najwyraźniej Philip był w takim samym szoku, jak i on. Choć... Philip miał prawo nie wiedzieć, że to zastępstwo roku snu Laurent poświęcał na robienie rzeczy całkowicie szalonych.

- Jakie można mieć stanowisko wobec wprowadzonego tam terroru przez groźnych czarnoksiężników? Nadal przeżywam żałobę za zmarłych i poszkodowanych podczas Beltane. Przyznaję, że szybka reakcja Ministerstwa na miejscu wydarzenia i dobrze zorganizowana pomoc pomogła niejednemu życiu. Cieszę się, że mogłem w tym uczestniczyć. - Zdziwienie nadal w nim trwało, ale blondyn potrzebował naprawdę silnego bodźca, żeby go zacięło, zatkało i zaczął mówić nieskładnie, albo przestawał się odzywać wcale. Różnica była jeszcze taka, że tutaj musiał się wysilić, żeby po pierwsze - nie palnąć głupstwa, po drugie - nie zacząć się jąkać. Wiadomo, jak to piśmaki - gotowe są do skupienia się na rzeczy trywialnej tylko po to, żeby zrobić jakieś przedstawienie. Fakt pochodzenia z Proroka uspakajał. - Jestem specjalistą w dziedzinie magicznych stworzeń, nie translokacji czy czarnej magii. Niestety nie mogę odpowiedzieć na pana pytanie. - Nie to, że nie chciał. Nie zamierzał dawać pożywki przez pierdzielnięcie "bo mi się wydaje". To znaczy - mógł, ale to w swojej dziedzinie, gdzie rzeczywiście mogło mu się coś wydawać. Tutaj? Podejrzewał. Podejrzewał, że miało to coś wspólnego z tym rozdarciem dwóch rzeczywistości, przemknięciem Limbo do naszego świata. Tyle.

Dziennikarz pokiwał głową i zaczął notować. Jego ręka błyskawicznie przesuwała się po kartkach, notując zapewne słowa-klucze, albo fragmenty wypowiedzi.

- Co w takim razie powie pan o widmach z Kniei Godryka, które pojawiły się po Beltane?

- To wiecznie nienasycone głodem istoty podobne do dementorów, które stwarzają prawdziwe niebezpieczeństwo dla ludzi. Potrafią zabić. Skutecznie odpędza je Patronus... który prawnie jest zabroniony. Dlatego tak ważne jest, aby aurorzy i brygadziści mogli obywateli (i siebie) przed nimi bronić. Przy spotkaniu z nimi należy uciekać. Jak najszybciej. - Mógł się wypowiadać już szerzej na ich temat, ale nie zamierzał, dopóki wszystko nie zostanie potwierdzone w samym Ministerstwie. Natomiast też nie omieszkał, skoro już ten wywiad był prowadzony, wspomnieć o samej próbie wprowadzenia zmian w ten świat. Laurent spojrzał na Philipa i posłał mu trochę zdziwiony wzrok, a trochę... zmęczony. Sfrustrowany nieco wręcz. Generalnie widać było po nim, że niekoniecznie ma na to tu i teraz ochotę i że gdyby miał wybrać sen albo wywiad - wybrałby jednak sen. Zamknął oczy na kilka chwil, obracając głowę znów do dziennikarza.

- Długo pan zna pana Prewetta? - Zwrócił się tutaj dziennikarz do Notta. - Pomagali panowie razem na Beltane? - Ponieważ z tego, co sam dziennikarz wiedział, Nott również na polanie był, by wspierać potrzebujących. Zresztą akurat słynął z tego, że udzielał się we wszelkich charytatywnych akcjach.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#6
28.09.2023, 18:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2023, 18:04 przez Philip Nott.)  

Po raz kolejny wpadł w pułapkę zastawioną przez Laurenta. Manipulacja przypominała lepką pajęczą nić, z której bardzo trudno było się uwolnić i to właśnie go spotykało w tym momencie. Wszystko to było okropnie zagmatwane, starał się jednak myśleć, że ma to pod względną kontrolą. To było jedynie złudzenie. Wszystko to pogłębiało jego zagubienie. Nie wyzbył się tego, co łączyło go z Laurentem.

Nie było to pozbawione znaczenia i bardzo dobrze wspominał każdą wspólnie spędzoną chwilę, co wpływało w dużej mierze na jego pragnienie do powrotu do tego, co było. Nie wydawało mu się to rozsądne. Oznaczałoby to powrót do tego jakże satysfakcjonującego ich układu na starych zasadach. On bardzo dobrze wiedział, jak bardzo trudna jest zmiana własnych przyzwyczajeń i wyzbycie się złych nawyków. Tak samo jak zignorowanie własnych potrzeb i oczekiwań względem relacji z drugim człowiekiem.

Cała sytuacja stanowiła dla niego pewien ewenement, co wynikało z tego, że po raz pierwszy jakikolwiek dziennikarz nie był zainteresowany przeprowadzeniem z nim wywiadu. Za tym mogło kryć się coś więcej. Przez długi czas nie utrzymywali ze sobą kontaktu, a gdy to robili to również nie dzielili się tym, co działo się w ich życiach. Nie wiedział zatem, co towarzyszący mu mężczyzna robił w wolnym czasie i prawdopodobnie się nie dowie. Pewnych rzeczy również nie chciał się dowiedzieć.

Przysłuchując się wymianie zdań między dziennikarzem a Laurentem, rozważał czy sam powinien dodać coś od siebie do jego wypowiedzi. Mógłby spróbować nawet przejąć ten wywiad, skupić na sobie uwagę tego dziennikarza, jednak Laurent jak dotąd całkiem dobrze sobie radził z udzielaniem odpowiedzi na pytania zadane mu przez Bagshota. Wymienił z nim jednak porozumiewawcze spojrzenie, jakby chcąc zapytać czy ma może nie tyle przejąć ten wywiad, co po prostu spróbować spławić tego reportera. Decyzja należała do niego.

— Zechce Pan skomentować wypowiedzi pracowników Ministerstwa odnośnie sytuacji podczas Beltane? O ile czytał Pan ten artykuł — Dziennikarz zdecydował się przerwać pisanie po to aby zadać Laurentowi kolejne pytanie odnośnie zamachu podczas Beltane. Nawiązywał do artykułu zawierającego wypowiedzi pracowników najważniejszej instytucji w świecie brytyjskich czarodziejów.

— Całkiem długo. — Niespodziewanie dziennikarz zadał mu pytanie odnośnie długości jego znajomości z Laurentem. Udzielenie na nie odpowiedzi wymagało odpowiedniego dobrania słów, tak aby jego wypowiedź była jednoznaczna. On bardzo dobrze wiedział, że dziennikarze zawsze węszą za tanią sensacją niczym niuchacz za złotem. Odpowiedział nad wyraz uprzejmie, z delikatnym uśmiechem i jednocześnie bez wdawania się w szczegóły. — Jako wolontariusz pomagałem przeczesywać las w poszukiwaniu ofiar, razem z towarzyszącym mi Aurorem. — Odpowiedział na kolejne pytanie tego mężczyzny, nie zdradzając tożsamości towarzyszącej mu Lucy Longbottom. Postanowił również pominąć niewygodny dla siebie fakt, że przeraził się na widok wiszącej na drzewie maski i szaty, myśląc że to Śmierciożerca oraz to, że zapragnął przez to opuścić ten las.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#7
29.09.2023, 11:37  ✶  

Philip nie był ostatnią ofiarą i nie był nawet pierwszą tego czaru. Były osoby, które mówiły, że Laurent jest jak klątwa. Przychodzi w chwili twojej słabości, wpełza pod skórę, jakby wgryzał się w nią jadem, żeby nie pozwolić o sobie zapomnieć, żeby skraść zamiast krwi, jak rasowy wampir, to kilka kropel emocji, a potem powiedzieć, że niestety - nic z tego nie będzie. Świętość była tutaj naprawdę niewidzialnym czynnikiem, bo nie było w tych czynach, w tych aktach, niczego świętego. Laurent nie był aniołem. Był Jutrzenką, Gwiazdą Poranną, Niosącym Światło - może kiedyś posiadał białe skrzydła, ale dawno pogubił do nich swoje pióra. Większość ludzi powiedziałaby, że to przecież nie była żadna manipulacja, kiedy obie strony tego chciały i każdy wiedział, na co się pisze. W końcu Laurent dla nikogo nie chciał źle i miał naprawdę dobre, wielkie serce. Z niektórymi starał się wręcz postępować jak z porcelaną, by z innymi obejść się zbyt szorstko. Jak z Atreusem na przykład, czego naprawdę żałował. Trudno, stało się. Teraz trzeba było starać się załatać błędy i splamione rany. W ich wypadku również coś wymagało łatania i poprawy.

- Czy jestem osobą uważającą się za znawcę pracy brygadzistów i aurorów, żeby komentować ten artykuł? Nie. Czy go czytałem? Owszem. - Można by odnieść wrażenie, że Laurent robił to dziesiątki razy - dawał się łapać dziennikarzom, żeby ci mogli go zagadać o kilka rzeczy, zanim pójdzie dalej, na docelowe śniadanie. Ale to było tylko wrażenie, bo taka sytuacja rzeczywiście nigdy mu się nie przytrafiła. Nad niespodziankami społecznymi potrafił złapać kontrolę. Gorzej było z tym wszystkim, co działo się podczas fizycznych aktów przemocy. - Przeciwko polityce strachu należy walczyć. Nie mam żadnych powodów, żeby wątpić w pracę brygadzistów i aurorów, którzy robić wszystko, co w ich mocy, aby przeciwdziałać tej polityce. Jak mówiłem - ważne jest uzbrojenie ich w narzędzia do tej obrony. Chyba możemy się zgodzić, że zakaz używania białej magii, takiej jak patronus, jest jak zabronienie ramieniem prawa do wykonywania ich podstawowych obowiązków. - Ach, to już dla własnej wygody poruszył, chwycił za okazję, skoro już została przed nim namalowana. Żalem byłoby tego nie zrobić.

- Więc nie pracowali panowie razem? - Mężczyzna notował dzielnie każde kolejne słowa. Laurent był ciekaw, czy mężczyzna miał już gotowe pytania, czy może po prostu całkowitym przypadkiem faktycznie na nich trafił, wyłapał szansę na artykuł i dlatego ich zagaił. Gdyby chciał się wcześniej umówić na reportaż to w obecnej sytuacji Laurent by mu nie odmówił. Jak dotąd zresztą to były przysyłane prośby i spotkania umówione odpowiednio wcześniej... ach, zresztą - trudno. Ciągle trudno mu było przyswoić, że to się dzieje i ma miejsce. Lekko, minimalnie wręcz pokręcił w stronę Philipa głową dając znać, że nie ma potrzeby, bo zobaczył jego dość wymowny wzrok, pytający.

- Nie. - Jeśli tutaj chciał pismak zwęszyć jakąś rewelację to niestety nie miał na to szansy. Musieli się gdzieś z Philipem minąć, co też nie było dla niego wielkim zaskoczeniem - sporo kursował tamtego dnia.

- Wracając do tematu widm i nawiązując do wydarzeń na Beltane - czy tajemnicze widma mają coś wspólnego ze Śmierciożercami? - Podniósł oczy zza okularów na Laurenta... a Laurent od razu nie odpowiedział. Spoglądał uważnie na mężczyznę przed sobą, przez moment ważąc odpowiedź na swoich ustach. Tak jak ciągle starał się tutaj balansować słowem i nie wypowiadać się nadmiernie skrajnie (a względem Śmierciożerców naprawdę chciał), tak i należało uważać, co do informacji publicznej się podaje.

- Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. - Bo nie był. To znaczy - miał (mieli) pewne przypuszczenia. Andrew nieznacznie przymrużył swoje oczy, przypatrując się mimice twarzy... i znów zanurkował szybko do notowania. A widząc to Laurent zdecydował się coś dodać, żeby pokierować trochę myślami dziennikarza. Ukierunkować je w bardziej dogodnym dla siebie samego kierunku. - Mamy do czynienia z nowym gatunkiem i nie wiemy jeszcze, co dokładnie je sprowadziło do Kniei. - Bagshot otworzył na moment szerzej oczy, zaciekawiony ewidentnie, nie przerywając pisania. - A teraz pan wybaczy, ale jestem umówiony. - Uśmiechnął się do mężczyzny przyjaźnie, choć był to uśmiech udawany. Ale tego nie sposób było stwierdzić.

- Dziękuję... ach, mógłby jeszcze zdjęcie? - Laurent skinął głową i pozwolił mężczyźnie na poczynienie fotografii.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#8
29.09.2023, 18:30  ✶  

Przysłuchujący się w dalszym ciągu tej wymianie zdań Philip wsunął dłonie do kieszeni spodni. Może powinien się cieszyć z tego, że nie musiał zabierać głosu w sprawach dotyczących obecnej sytuacji politycznej. Tego rodzaju wywiady wymagały poczynienia odpowiednich przygotowań. On wolał mieć to zaplanowane, mieć nieco wcześniej wgląd w te wszystkie pytania. Bo kiedy było się osobą publiczną, tak szeroko rozpoznawalną jak on, to należało starannie dobierać słowa podczas komentowania tego typu spraw. Jak wiadomo, miał tendencje do mówienia tego, co myśli bez poddawania tego wnikliwiej analizie. Ona w takich sytuacjach była wskazana. Z drugiej strony omijała go właśnie okazja do wystąpienia publicznie, a to było coś, co wprost uwielbiał. Któżby nie chciał pławić się w świetle reflektorów, błysku fleszy, rozpoznawalności? Nawet, jak ceną za to była prywatność. Podzielał w wielu kwestiach zdanie towarzyszącego mu mężczyzny.

— Jeśli Ministerstwo Magii pozwoliłoby Aurorom i Brygadzistom na posługiwanie się tego rodzaju białą magią to mogłoby dochodzić do licznych nadużyć. Nie budzi to Pana obaw? — Dziennikarz zadając to pytanie poruszył całkiem ciekawy aspekt tej całej sprawy. Z pewnością Ministerstwo musiałoby sporządzić wyraźne wytyczne dla przedstawicieli władz i jednocześnie weryfikować każdy taki przypadek użycia tego rodzaju magii. Wydawało się to być skutecznym kontrargumentem.

W sprawie ich udziału w działaniach ratowniczych nie miał nic do dodania. Nie zamierzał dać temu dziennikarzowi szansy do stworzenia jakiejkolwiek sensacji z ich udziałem. Skinął jedynie głową w stronę Laurenta, który nie potrzebował jego pomocy w tym momencie. Dalsza rozmowa o tych widmach wywołała u niego stosowne zaniepokojenie, tym bardziej, że zdał sobie sprawę z tego, że Laurent miał z nimi styczność i musiał je jakoś badać. A skoro te istoty są podobne dementorom to od razu zakwalifikował je jako bardzo niebezpieczne. Dementorów postrzegał za najstraszniejsze istoty, jakie chodziły po tym świecie. On również uśmiechnął się do tego dziennikarza, czyniąc w to wyćwiczony do perfekcji sposób.

— Na mnie też już pora. — Stwierdził jedynie. Nie zamierzał poinformować tego dziennikarza, że są umówieni na śniadanie. Oczywiście, nie był zaskoczony tym, że pismak chciał zrobić Laurentowi zdjęcie. Porządny artykuł powinien zostać nim opatrzony.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#9
29.09.2023, 19:26  ✶  

Nie chciał dla Philipa w tej sytuacji źle, to nie tak, że chciał mu odmawiać uwagi dziennikarza, skądże znowu. Czego nie chciał jednak bardziej to ewentualnego zamieszania płynącego z tego, że Philip by się wtrącił, zaraz byłyby pytania do nich obu, albo w ogóle... gdzie by z tym poszli i gdzie dotarli? Nie, niech już zostanie to Beltane, niech zostaną te widma... trzymajmy się tego. Szczególnie, kiedy czas był zbyt cenny, żeby... co w sumie? Tracić go dla nieznajomych dziennikarzy? Może. A może to była możliwość poznania kogoś, z kim potem można było współpracować. Ciężko powiedzieć, Laurent niekoniecznie szukał posłuchu wśród czarodziei. Głównie przez to, że miał zbyt wiele do ukrycia. Z drugiej strony sytuacja wydawała się teraz bardzo płynna i bardzo skora do zmiany. Do przechylania się w kierunku oczywistego wyboru, żeby pokazywać się przed kamerami, w kadrach aparatów ze swoim firmowym uśmiechem numer pięć na ustach. Spoglądał trochę kontrolnie w kierunku Philipa, żeby się upewnić, że nie jest zły, poirytowany, że nie traci swojej cierpliwości. Gotów był zareagować w każdym momencie - być wręcz delikatnie niegrzecznym, żeby nie psuć nastroju Notta. Albo właśnie oddać mu całego dziennikarza i... może wrócić do domu na śniadanie, a może wpaść na kawę do swojej ulubionej kawiarenki na alei horyzontalnej? Philip wydawał się tutaj mieć jednak anielskie pokłady tejże cierpliwości. Nie wydawał się poirytowany. Czekał. Czekał.

- Jak można nadużywać białą magię, która ma chronić życie drugiego człowieka? Jak mówiłem - aurorzy oraz brygadziści nie dali mi żadnych powodów, aby w nich wątpić oraz ich przeszkolenie. Za to prawo zabraniające im chronić moich bliskich daje mi wiele wątpliwości. Dziękuję za wywiad. - Na tym zamierzał skończyć. Oczywiście przemalował - bo to wcale nie tak, że nie da się "nadużyć" tego rodzaju magii. Dlatego była zakazana - bo była niebezpieczna. Laurent poświęcił studiowaniu jej naprawdę wiele czasu swojego życia. Głównie po to, żeby pojąć naturę duchów, dementorów, czy tworów czarnomagicznych. Żeby wiedzieć, jak bronić siebie i wszystko, co kochał. Ostatecznie ta wiedza na nic się nie przydała w życiu codziennym. Przerażało za to, że były osoby, które po ten rodzaj magii chętnie sięgały.

Laurent mógłby zostać modelem. Przyciągałby z całą pewnością wiele uwagi, wiele spojrzeń. Wiedział, jak ustawić się przed człowiekiem - i wiedział również, jak ustawić się przed aparatem, traktując go dokładnie tak samo jak ludzkie oczy. Nawet spojrzał na słońce, jakby chciał się upewnić, że pada z odpowiedniej strony, nawet się przesunął, lekko obrócił. Ponoć piękno było rzeczą absolutnie względną, ale niektóre rzeczy na tym świecie po prostu zachwycały. Tak jak zachwycali niektórzy ludzie, nawet jeśli nie byli "w twoim typie". Ranking Czarownicy to ostatnio świetnie pokazał. Aparat mrugnął, Laurent pożegnał się z mężczyzną, uścisnął mu dłoń w podziękowaniu, którą on sam wyciągnął, również za poświęcony czas dziękując. Tak samo skierował się do Philipa, zanim z błyszczącymi oczami zatonął w swoich notatkach, uśmiechając się pod nosem. I prawie wpadł w jakiegoś przechodnia, ale tego już Laurent nie widział. Odetchnął ze znużeniem, uśmiech spłynął z jego twarzy jakby nigdy go nie było, kiedy tylko nie miał pismaka na widoku. Mógł te uśmiechy przywoływać na zawołanie chyba w każdej chwili. Przynajmniej takiej, w której świat i rzeczywistość nie płonęły.

- Przepraszam cię za to, Philipie. Nie spodziewałem się, że dziennikarze teraz zaczną zagadywać moją osobę na ulicy. - Ruszył w kierunku wskazanym przez Philipa - zbliżali się do restauracji, do której Nott chciał ich zaprowadzić.


Koniec sesji


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (3597), Philip Nott (1983)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa