Załatwienie "Głębiny"
Beltane zaskoczyło wszystkich w tym roku tak bardzo jak premia za nadgodziny, których się nie zrobiło. Nie był to jednak sukces kapłanek, które starały się zrobić wszystko aby święto wypadło jak najlepiej. Nic z tych rzeczy. Tegoroczne wydarzenie miało gościa specjalnego - Czarnego Pana wraz z całą swoją małpią zgrają. Niestety przed początkiem maja doszło do pewnych wydarzeń, a wręcz komplikacji zawodowych Stanleya Borgina. Dostarczenie głowy Greybacka pod same drzwi Harper Moody nie należało do rzeczy, które się robiło aby awansować w szeregach Ministerstwa. Należało zacząć szukać jakiegoś alternatywnego zawodu...
W ten czy inny sposób, Stanley zawędrował na teren Podziemnych Ścieżek, gdzie miał się spotkać z niejakim Markiem. Nie wiedział na ile to było prawdziwe imię, a na ile jakiś pseudonim, wszak teraz mało kto z nich nie korzystał. Ważne było to, że ten miał na zbyciu pewien lokal, który nie wypadał cenowo aż tak źle. Z drugiej strony ciężko to było nazwać lokalem, a raczej ruderą do remontu czy po prostu "magazynem" - bo nawet to było przerostem formy nad treścią w tym wypadku. Prawdę mówiąc to można by to lokum zająć nawet siłą ale rodziło to pewnego rodzaju komplikacje, które mogły przerodzić się małą wojnę domową, a Borgin chciał tego uniknąć z początku.
- Miejsce z dużym potencjałem ale trochę zaniedbane... - przyznał dotychczasowy właściciel, stając obok Borgina - Stan techniczny nie jest najgorszy. Zresztą... Jakie miejsce taki stan. Jak szukasz czegoś pięknego to polecam Pokątną, a nie Ścieżki - dodał z parsknięciem śmiechu, a Andrew tylko na niego spojrzał i pokiwał głową na zgodę.
Stanley rozglądał się po zakurzonych ścianach, pełnych pająków i Merlin jeden wie czego jeszcze. Sprzedawca nie kłamał - tutaj były potrzebne prawdziwe rewolucje Magdy Gessler albo Kasi Dowbor. Zdawał sobie jednak sprawę z jednego - wszystko jest możliwe jeżeli tylko bardzo się chce. Tutaj to zedrzemy, ścian zostawimy jak są, wszak mają taki klimat... kiwał głową na zgodę kiedy zaciągał się papierosem. W jego głowie kreowała już się pewna wizja tego miejsca.
- Nie, nie. To jest właśnie to czego szukałem. Nory, dosłownie... Nory - upewnił Marka, częstując go papierosem, ponieważ widział ten nikotynowy głód w jego oczach - Możesz mi powiedzieć coś więcej o tym miejscu? Opisać? Jakieś plany, szkice rozkładu? - zapytał, ruszając w głąb miejscówki, wolną ręką zbierając pajęczyny, które starał się torować drogę. Na całe szczęście te nie były jakimś wielkim przeciwnikiem i nie stanowiło problemu ani większej przeszkody.
- Ciężko o jakieś rysunki. Nic nie ma. Tutaj jest główna sala tak jak widzisz, a na zapleczu jakaś kuchnia, biuro i kilka innych pomieszczeń... Wiesz na jakieś magazyny czy co tam będziesz potrzebował - odparł od niechcenia. Z Marka nie był najlepszy agent nieruchomości - jego tłumaczenia pozostawiały wiele do życzenia i jeszcze więcej do poprawy - Mniej więcej to wszystko jest umeblowane. Kiedyś był tutaj bar ale sprzątnęli Josepha i nie było komu tego przejąć... No i tak sobie stało z rok czy dwa nie używane... Już sam nawet nie wiem - wzruszył ramionami. Nikt mu nie płacił za pilnowanie dat, a jedynie za pozbycie się tej ruiny.
- Rozumiem - rzekł krótko. Wielka szkoda, że nic takiego nie było, ponieważ stanowiło to pewien problem ale na pewno nie taki, którego nie dało by się jakoś obejść czy przeskoczyć - Nikt do tej pory nie był zainteresowany kupnem tego miejsca? - dopytał, wchodząc do biura. Te również było w stanie średnim ale nie spodziewał się niczego innego - Przytulnie tu... - dodarł sarkastycznie kiedy dostrzegł ślady krwi na jednej ze ścian.
- Nikt nie chciał. W sumie to zapomniałem o istnieniu tego miejsca do czasu aż się nie odezwałeś... - przyznał zatrzymując się w wejściu - No cóż... Powiedzmy, że Joseph był trochę nerwowym mężczyznom i nie traktował swoich wspólnik zbyt dobrze... A zniknięcie Josepha to sprawka jego koleszków ale nic ode mnie nie wiesz - wytłumaczył, zaciągając się po chwili papierosem - Spuszczę Ci lekko z ceny za te ściany i stan techniczny... Ale kurwa nie dużo, abyś sobie nie myślał - pogroził palcem Stanleyowi, co Borgin skwitował tylko uśmiechem. Podszedł do Marka, a następnie poklepał go po plecach - Teraz to mówisz z sensem... I jak człowiek. Sprawdźmy kuchnię - minął go w drzwiach i udał się do pomieszczenia na przeciwko.
Kuchnia jak to kuchnia - nic szczególnego, a już na pewno nie w takim stanie w jakim była. Prawdę mówiąc było to najzwyklejsze pomieszczenie tego typu z tą różnicą, że znajdowała się tam nieduża kadź do warzenia piwa - Można jakiegoś mamrota nawet robić... No, no. Coraz bardziej mi się tutaj podoba - przyznał, otwierając losowe szafki, a jedna z nich się nawet urwała. Stanley spojrzał na Marka jakby chciał zapytać - ucinamy z ceny?, na co ten pokiwał przecząco - Nie rób jaj z pogrzebu. Za to nic nie ugrasz - stwierdził machając na niego ręką. Gdyby tylko się wystarczająco uparł, mógłby tutaj ścinać z ceny za wszystko, ponieważ nic nie było tak jak w ogłoszeniu... No ale cóż. Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma... A też nie można nie wiadomo czego się spodziewać po podziemiach Nokturnu.
- Zerknijmy jeszcze tylko na te magazyny i zaraz Ci przekażę odpowiednią sumką - wytłumaczył, gasząc papierosa w jednym ze zlewów. Borgin wiedział, że do prowadzenia wszelakiej działalności potrzebne było dużo miejsca na składowanie towaru... albo ludzi, którzy mogli z nimi zadrzeć. Jednak ta wiedza brygadzisty była do czegoś przydatna - człowiek mógł się czegoś dowiedzieć. Rzeczy, które kiedyś uznałby za nudne czy niepotrzebne, teraz w końcu się przydały. Szok. Niedowierzanie - Naprawdę gościu? Chcesz rozglądać się po magazynie? Przecież to jest kurwa magazyn jak magazyn, nic szczególnego. Cztery ściany, kilka metrów wysokości, smród i miejscami grzyb... To nie jest zakład piękności - Mark się zirytował i chyba coraz bardziej miał dość Borgina ale musiał wytrzymać, ponieważ chciał się pozbyć tego miejsca za wszelką cenę aby znowu o nim nie zapomnieć - Nie gorączkuj się już tak bo się jeszcze rozmyślę i kupię coś od konkurencji - uśmiechnął się do niego pod nosem i ruszył pewnym krokiem do miejsca, które chciał właśnie sprawdzić.
Miejsce do przechowywania towarów było dokładnie takie jak się spodziewał i opisywał to pan Nerwus. Po względnych oględzinach, Stanley stwierdził, że jest tu wystarczająco dużo miejsca na wszystko. Jakby się uparł to mógłby nawet przerobić część na coś bardziej użytkowego - jakiś pokój czy coś w ten deseń. Na razie nie planował nic tutaj kombinować, wszak nie potrzebował tyle zagospodarowanego miejsca - Ile tu trzeba wyłożyć na remont tego wszystkiego? - zapytał retorycznie drugiego mężczyzny, a ten spojrzał na Borgina jakby spadł z choinki - Czy ja ci wyglądam kurwa na budowlańca albo kogoś od wyceny? Już mnie wkurwiasz gościu. Bierzesz to czy nie bierzesz? - wpienił się, aż zaczęło mu pulsować jakaś żyłka na skroni. Co by nie mówić to Mark bardzo szybko się denerwował i wszystko wskazywało, że może skończyć jak Joseph.
- Spokojnie. Sprawdzam tylko na ile znasz swój produkt i właśnie dowiedziałem się jak bardzo go nie znasz - posłał mu zawiadiacki uśmiech - Zbij mi o 15% to wezmę go od ręki... - rzekł wyciągając dłoń do Marka. Według Stanleya to było uczciwe biorąc pod uwagę całokształt tego miejsca. Dużo pracy i wysiłku należało włożyć, aby to miejsce doprowadzić do ładu i składu.
- Chyba cię Merlin opuścił. 5 to maksimum... 7.5 może ale to i tak z mojej dobrej woli - zarzekał się, biorąc się rękami i nogami aby zbić o cokolwiek więcej. Dla niego liczył się każdy galeon, a nawet jego najmniejszy skrawek.
- Daj 10. Spotkamy się w połowie i wszyscy będą szczęśliwi i zadowoleni. Ty pozbędziesz się problemu, a ja go zyskam i będę mieć swój lokal - przekręcił głowę na bok, oczekując na decyzję Neruwsa. Trwało to kilkanaście długich sekund, aż ten się namyślił ale w końcu uścisnął mu dłoń i kiwnął głową na zgodę. Umowa została zawarta - Chodź do głównej izby, spiszemy ten protokół wykupu, chociaż tutaj i tak jest on raczej po chuju... - przyznał, wiedząc że tutaj potrzebna jest twarda ręka aby się utrzymać. Borgin liczył na pomoc Rookwooda w tej kwestii - ten miał przecież pary za dziesięciu w tych swoich kocich łapkach.
Panowie powrócili do głównej sali gdzie mieli za moment podpisać akt przejęcia. Mark przetarł jeden z blatów i wyciągnął wcześniej przygotowaną kartkę papieru, która miała być dokumentem. Stanley zamieścił swój podpis, a Mark swój - No i pięknie. Proszę, to Twoje - rzekł, wręczając Nerwusowi pieniądze - A to masz a fatygę - dodał, podając mu kilka monet górką za wszystkie problemy jakie mu tutaj urządził.
- To żegnam. Powodzenia bo tyle zostaje mi życzyć - dodał od siebie, zostawiając klucze na blacie i ruszył do wyjścia, zostawiając Borgina samego w tym przybytku. Dużo rzeczy było do ogarnięcia. Stanley nie chciał pokazywać Saurielowi takiej rudery, a prawdziwy lokal, który był już gotowy do działania i pracy. Na całe szczęście przetarcie kurzy, wymycie wszystkiego czy dostawienie lub przestawienie kilku rzeczy wystarczyło na sam początek. Z biegiem czasu miał oczywiście zamiar to trochę rozwinąć czy zainwestować więcej pieniędzy, a już na pewno wtedy kiedy będzie musiał się tutaj przenieść na stałe.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972