• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back...

Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back...
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#11
05.12.2023, 23:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.12.2023, 23:20 przez Murtagh Macmillan.)  
Świadoma niecierpliwości z jaką czekacie na ciąg dalszy, autorka pozwoliła sobie na dość obszerną dygresję. Enjoy!

Późnosierpniowe słońce prześwitywało przez ciemnozielone zasłony, zasunięte aby jak najdłużej ochronić mieszkającego w pokoju chłopaka, przed nieubłaganymi zakusami rozgrzanej kuli gazowej. Przez większość lata Anglia była dość chłodna, ale właśnie pod koniec wakacji słońce postanowiło dać do palnika i skąpać cały świat w ponad trzydziestostopniowych upałach. Murtagh nie spał więc już od dłuższego czasu, ubrany jedynie w bieliznę i do połowy zamotany w cienką pościel. Śniła mu się kobieta, pokój i śnieg i we śnie czuł ogromne pragnienie, którego w żaden sposób nie mógł zaspokoić. To samo pragnienie obudziło go, ale jeszcze przez dłuższą chwilę nie opuszczał łóżka. Wiedział, że kiedy tylko wyjdzie z pokoju, wciągnie go zwyczajowy gwar domostwa, a on cenił sobie ciszę. Potrzebował ciszy. Tylko wtedy tak naprawdę mógł poczuć natchnienie Weny.

- Wstawaj śpiochu! Idziemy na Pokątną! - dobiegł go podekscytowany pisk siostry, która na chwilę wsadziła głowę do jego pokoju. Wstał więc, nie omieszkując okraszyć tej czynności cierpiętniczym jęknięciem. Jak gdyby sam akt pionizacji odebrał mu wszelkie siły życiowe i sprawił, że najchętniej spowrotem położyłby się do łóżka. Przecierając kark podszedł do stołu na którym stał wazon z zimną wodą i miednica. Nalał nieco wody do naczynia, nabrał jej w dłonie i ochlapał twarz, przy okazji zlizując krople z ust.

Spojrzał na swoje odbicie w ozdobnym lustrze, przyglądając się jasno-srebrzystym oczom, lekkiemu młodzieńczemu zarostowi i strąkom brązowych włosów, opadającym na twarz i kark. Powinien je przyciąć, ale przez ostatnich kilka miesięcy pozwolił im odrosnąć, eksperymentując ze swoim wyglądem, jak każdy porządny, niepewny swojej wartości nastolatek. Miał już szesnaście lat i niedługo miał wrócić do szkoły magii i czarodziejstwa, ale póki co cieszył się z zasłużonych letnich wakacji.


Na Pokątej umówiony był z najlepszym przyjacielem i kolegą, który znajdował się na tym samym roku, choć w innym domu szkolnym. Murtagh czuł do Alexandra Mulcibera większą sympatię, niż do własnej siostry i uważał go praktycznie za brata. No, jeśli można było mieć o własnym bracie opinię, że był nieziemsko seksowny i nie bez przyczyny miał wzięcie u płci przeciwnej w szkole. Murtagh przy tajemniczym, krukonie-wróżbicie był tylko kolejnym smutnawym ślizgonem, o ognistym temperamencie. Nie wiedział, jak to się stało, że Diana Burke w ogóle się nim zainteresowała tuż przed wakacjami. Przez wakacje wymieniali się listami, ale Murtagh nie był jeszcze pewien czy tak naprawdę się w niej zakochał. Nigdy nie miał dziewczyny, więc nie miał też porównania.

Tego dnia obaj chłopcy zrobili swoje zakupy szkolne na Pokątnej i w końcu usiedli przy lodach u Floriana Fortescue, żeby poczynić plany na nadchodzący rok szkolny. To właśnie wtedy Murtagh wydusił z siebie, że chyba zacznie się umawiać z Dianą Burke.
- Acha, uważaj na pierwszej randce. Lepiej weź koszulę na zmianę. - odpowiedział na to Mulciber, zupełnie niewzruszony. Czasami jego dar prekognicji był zbawieniem, ale czasem bywał też dla Macmillana niebywale irytujący. Po takim wyznaniu, liczył na trochę inne słowa z ust przyjaciela.
- Dzięki... Chyba. A ty? Masz jakąś na oku? - zapytał, bo nie chciał być jedynym, który tak się wyzewnętrznia.
- Ambrosia McKinnon, już od jakiegoś czasu. - odpowiedział Mulciber, z szelmowskim uśmieszkiem. No tak, jemu było dużo łatwiej ukryć swoje życie miłosne przed przyjacielem.
- Hej, to super! Słuchaj, obiecuję, nie ważne jaką będziesz miał dziewczynę, zawsze będę ci skrzydłowym. - zwierzył się Macmillan, smakując na języku lody pistacjowe, z pewną doniosłością.
- I wice wersa, chłopie. I wice wersa.


Palce, którymi go dotykała, chociaż ledwie ich opuszki stykały się z jego skórą, płonęły żywym ogniem. Posyłały przez jego ciało impulsy elektryczne, rozbudzając w nim uczucia o tyle dobrze znane, ile niezbadane w zderzeniu z jej osobą. Nie odsunął się, wdychając cierpki zapach wina z jej ust, pozwalając jej eksplorować, badać, być na nim, wiedząc, że ten dotyk zapamięta do końca życia. Pokaż mi. Och, jak bardzo tego pragnął. Złapał ją za nadgarstek ruchem nagłym i agresywnym, w niczym nieprzypominającym jej kobiecej zwiewności i miękkości. Trzymał tak jej dłoń przez sekundę, dwie, trzy. W jego umyśle, pragnienie walczyło z rozsądkiem. Tak łatwo byłoby jej dłoń skierować niżej, pokazać jej jak bardzo pragnął jej, jej zdumienia, zachwytu i rozkoszy. Tak łatwo byłoby... Powoli uniósł dłoń do swoich ust, rozchylił wargi i dotknął nimi opuszków jej palca wskazującego i środkowego, ścierając jej palcami resztki smaku whiskey ze swoich ust, a pozostawiając zamiast tego Ją. W końcu zacisnął zęby na palcu wskazującym, szczypiąc go na tyle mocno, żeby pozostał na nim niewielki ślad, dwa równiutkie wgłębienia obok siebie, ale nie tak mocno, żeby przebić skórę. W końcu ją puścił, wypuszczając jednocześnie długo wstrzymywane powietrze z płuc i wsłuchał się w jej odpowiedź.

Jej słowa nie miały dla niego żadnego sensu. Jeśli Alex ją krzywdził, jeśli ją zostawiał, to dlaczego pozwalała mu wracać, niczym kundlowi z podkulonym ogonem, który spierniczył z domu w pogoni za kurami sąsiada? Zasługiwała przecież na więcej. O wiele więcej, niż ćpun, alkoholik i morderca, którym był jego przyjaciel. A może tylko nie chciał nadać jej słowom sensu, bo tak było mu w tym momencie wygodniej? Przecież sam kochał Alexandra, na tyle, że w walce zapewne rzuciłby się przed niego gdyby miał oberwać śmiercionośną klątwą. Byli nierozłączni w szkole i chociaż potem obu ich pochłonęły życia, to Mulciber był stałym i częstym gościem w domu Murtagha. W domu, nie tym mieszkaniu, które służyło mu tylko do interesów i uciech cielesnych.

Pytanie Loretty zakuło go, będąc celną ripostą na jego własne pytanie sprzed chwili. Skąd wiedziała, o Dianie? Czy kobiety znały się na tyle dobrze, że Burke... Nie, Mulciber wyjawiła Loretcie swój romans z dziedzicem Macmillanów? A może to Alex jej się wygadał? Murtagh w sumie nie miałby mu za złe. Diana nie była jakimś sekretem, chociaż w słowniku konwersacyjnym mężczyzny stanowiła raczej temat tabu. Przez chwilę myślał nad odpowiedzią. Jego uczucia do niej były bardzo skomplikowane i rozrzucone po całej skali, niczym wyspy na morzu jego emocji.

Kochał ją. Nienawidził jej. Chciał ją rozszarpać na strzępy i utulić w uścisku ramion. Dla niej mógłby zrezygnować ze wszystkiego, gdyby go tylko poprosiła. Tylko, że ona udawała, że go nie zna. Jak gdyby to wszystko co ich łączyło włożyła do szufladki i wyrzuciła do niej klucz gdzieś daleko za siebie. Nie mógł odpowiedzieć, nie dlatego że nie chciał, ale dlatego, że sam nie potrafił ująć tych wszystkich uczuć w słowa.

Wolnymi, precyzyjnymi ruchami poluzował pętlę krawatu i zsunął go z szyi. Potem nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł i zwrócił się do Loretty.
- Chcesz, żebym ci pokazał. Odwróć się tyłem i złóż dłonie za plecami. - powiedział - polecił jej - głosem niskim i wibrującym.

Jeśli spełniła jego polecenie, wprawnymi ruchami, widocznie wyćwiczonymi już wielokrotnie, wsunął pętlę krawata na jej przeguby, zacieśniając ją i obwiązując na tyle mocno, żeby kobieta nie mogła się w żaden sposób oswobodzić i czuła wpijający się w skórę jedwab szarej tkaniny a jednocześnie na tyle lekko, że miała zapewniony dopływ krwi do dłoni i palców, więc wiązanie nie wyrządziłoby jej trwałej krzywdy.

- Nie martw się, jeśli oddasz pytanie, pomogę ci zdjąć ubranie. - wyszeptał do jej ucha, otulając jej kark i szyję ciepłem oddechu, a nos racząc zapachem whiskey i wody kolońskiej. Następnie odsunął się nieco i usiadł na poprzednim miejscu, podziwiając swoje dzieło. Nie miał w głowie przygotowanego żadnego pytania, bo dotykanie jej i nie rzucenie na włochaty dywan, nie zmięcie jej sukni, nie starcie szminki z twarzy pocałunkiem, wymagało od niego każdej krzty samokontroli jaką posiadał.
- Gdzie chciałabyś, żebym cię dotykał? - chciał, żeby mu to powiedziała, żeby sama przyznała, że pragnie go równie mocno jak on jej. Nie wiedział, czy byłby w stanie spojrzeć sobie jutro w twarz w lustrze, gdyby tego wieczoru posunął się za daleko. Ale nie mógł zaprzeczyć, że coś do niej czuł. I nie było to tylko pożądanie, to uczucie sięgało dużo głębiej, do samego dna jego duszy.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#12
06.12.2023, 00:36  ✶  

– Twoja miłość czyni mnie szaloną – wyszeptała kiedyś w usta Alexandra, gdy otulała ich miękka pościel, nosząca zapach jej perfum, jego wody kolońskiej i czegoś niewybadanego; uśmiech topniał na wargach jak marcowy śnieg, pozwalając głowom przebiśniegów przebić się ponad masyw chłodu.

Nigdy przecież nie liczyła dni, które spędzili razem; a już w szczególności pijanych nocy, w których zlizywał z jej nagiej skóry ognistą, toczącą się kroplami gdzieś wzdłuż klatki piersiowej aż do pępka. Nie potrafiła sformułować własnego chichotu, który łaskotkami wyduszał z jej zaklętych płuc i westchnień, gdy dotykał ją tak, jak tylko on potrafił. Nieprzebrnięte masywy ich relacji stanowiły o nieustannym poznawaniu się na płaszczyznach rozległych i nieodgadnionych – znali się przez tę mnogość lat, a jednak wciąż odkrywali się na nowo. Zapewne dlatego, opatulona w masyw pościeli, układała policzek na jego barku, odpalając kolejnego papierosa, którego oczko zabłysło jak gwiazdy na nieboskłonie skutym zimnem.

Jej ciało, cieplejsze niż skuwający chłodem mróz, dłonią wędrowało wzdłuż klatki piersiowej – tak, jakby poznawała je na nowo; tak, jakby nigdy nie brał jej w posiadanie gwałtownie. Umknęła tej linii ich fizyczności, odsuwając się niejasno, aby sięgnąć do popielniczki, pozwolić popiołowi opaść z tej jednej, jedynej gwiazdy śmierci. Blade, niewielkie piersi wyswobodziły się z ciężaru kołdry, a ona przekazała papierosa, którego napoczęła, w usta Alexandra.

Pocałunek nosił na sobie znamiona dymu papierosowego, który po chwili rozmył eter pomiędzy nimi, gdy ujęła jego podbródek w dłonie. Leniwe poranki, zastające wstęgami słońca ich nieśpiących, gdy blade niebo zstępowało na tron nocy, rozjaśniając nieboskłon mleczną barwą w rytm westchnięć uchodzących z jej spętanych obietnicą warg. Uśmiech rozciągający się całunem po ustach czynił mgliście w roziskrzonych oczach, a jego dotyk – absurdalnie delikatny w kontrze do całości Alexandra – czynił w umyśle pijanie i niespokojnie. Zupełnie jakby nie potrafiła się mu oprzeć; zupełnie, jakby był tą przeklętą obietnicą.

– Powiedz, że mnie kochasz – rzekła w pewnym momencie, naga, o aureoli ciemnych włosów układającej się nimbem na poduszce i dłoni unoszonej ku sufitowi, zupełnie jakby chciała złapać sam nieboskłon za kark i uchylić jego rąbka Mulciberowi. Bo w gruncie rzeczy tak było; chciała napełnić gazowaną wodą jezioro, tylko po to, aby z nim w nim popływać; chciała zerwać rozłożyste gałęzie drzew, oplecione listowiem jak wata cukrowa, tylko po to, aby mu je wręczyć.

Jej pijane przemyślenia zawierały w sobie zawsze pewną nutę rzewności; to wtedy na ogół zapominała pieczęć jego słów, aksamit myśli i półmisek uczuć, które go niej żywił. Potrzebowała jego zapewnień gorliwie i nieprzejednanie; niezależnie od tego, czy miał niebawem uciec z jej rąk i nie dawać znaku życia przez mnogość dni, czy miał z nią zostać i karmić ją atencją, którą żywiła się od zawsze. Zawsze był „tak o”, bez gorliwych wyznań i pięknych słów – chciała jednak, obsesyjnie chciała, aby ją kochał; chciała być dla niego pierwszą i ostatnią miłością; chciała, aby otulał ją ramionami i szeptał obietnice prosto w usta.

– Zmuś mnie, Lorie – odparł tylko tym swoim przeklętym tonem, który wyzierał z jej klatki piersiowej ostatnie tchnienie.

Ogniki w jej bezdennie głębokiej, brązowej toni tęczówek zatańczyły; jakby niepisana agresja zagościła gdzieś na dnie umysłu – wydała zamiast tego z siebie przeklęte westchnięcie, opadając ponownie na poduszkę, przysłaniając oczy dłonią. Klatka piersiowa falowała pod ciężarem niewypowiedzianego: chciała być dla niego jedyną, być początkiem i końcem, być jego obsesją. Nigdy tak gęsto nie zabiegała o żadnego mężczyznę, on jednak, ściągając przyrzeczeniem ciężar z jej warg, nie był byle jakim mężczyzną.

– Twoja miłość czyni mnie szaloną – rzekła ponownie, wzrokiem bacznie powracając do jego zaklętego w namyśle oblicza.

Leniwe poranki zastawały ich każdorazowo zamkniętych w okowach własnych obezwładniających pragnień i obietnic; tych niewypowiedzianych, bezsłownych, jak i przemyślanych i wyartykułowanych. Podniosła się z łóżka, narzucając na ramiona jego koszulę i na palcach, widząc, jak oddaje się powoli w słodkie ramiona snu, ruszyła do łazienki umyć zęby – wychyliła się jedynie zza ściany, mając usta pełne piany, widząc, że on się podniósł, spokojnie spoczywając na krawędzi łóżka.

– To moja koszula? – zabrzmiał pytaniem.

– Czy to problem? – odbiła piłeczkę i splunęła na jego klatkę piersiową pastą do zębów.

Lepki poranek każdorazowo niósł na swoich barkach kłótnie mniejsze i większe; ona jednak, przekonana o jego oddaniu, przyjmowała wszystkie siarczyste słowa, dłonie zaciśnięte na jej nadgarstkach tudzież oplatające łabędzią szyję, bez nadmiaru chmur burzowych nad głową. Tak długo, jak ją kochał, tak długo, jak do niej wracał – nie potrafiła skutecznie usunąć go z kanwy swojego życia. Zamiast tego, raczyła się jego powrotami, gdy opatulał jej łydki ramionami, oświadczając się po raz kolejny, czy po prostu – powracając do jej chuderlawych rąk z prośbą zamierającą na ustach.

Ich relacja, burzliwa i nieodpowiednia; okrutna i idylliczna zarazem, ubierająca w piękne słowa to wszystko, czego oczekiwali od siebie nawzajem i od życia – trwała nieprzerwanie, lepiąc się jak guma do żucia; nie potrafili na jej rozciągłości odwrócić się od siebie bezceremonialnie, a jej łzy i jego krzyk jedynie podsycały całokształt emocji, które do siebie żywili gorliwie i gorączkowo.

Prawdopodobnie dlatego, niepomna jego gniewu, wybuchła perłami śmiechu, które prędko rozbiły się o panele melodyjnym dźwiękiem. Zniknęła za rogiem łazienki i dopiero w lustrze dojrzała, iż poszedł za nią – nienawidziła, gdy przesączony gniewem do cna okazywał jej czułość, teraz jednak, w tej jednej milionowej wszechświata, zapadła się bez reszty, pozwalając opleść się ramionami w pasie.

Odwróciła się do niego, zarzucając mu ręce na ramiona, splatając dłonie za jego karkiem – w całym tym absurdzie i abstrakcji, potrzebowała jego bliskości i dopiero gdy ich usta złączyły się w żarliwym pocałunku, dopiero gdy zawisła na nim, oplatając nogami w biodrach, poczuła się właściwie i adekwatnie. Dopiero wtedy poczuła, że kocha go w całej rozciągłości i małości zarazem; że nie chce wypuścić go z ramion równie gorliwie, jak tymi samymi ramionami wzruszała na jego kolejne odejście.

– Chyba właśnie cię zmusiłam – podsumowała, odsuwając się od niego na centymetry, pozwalając tej lichej przestrzeni zaistnieć i wybrzmieć.

Nigdy tak mocno go nie pragnęła, jak wtedy, kiedy nie był jej. Nigdy tak żarliwie go nie całowała, jak wtedy, gdy miał odejść. Nigdy nie chciała go tak bardzo mieć na własność, jak gdy zatapiał palce w jej miękkich udach i sunął dłońmi po żebrach.


***

Jej dłonie, błądzące po jego klatce piersiowej, zupełnie jakby były zbłąkane przez los i niewymowne słowa, sunęły po ciele, odnajdując właściwe sobie miejsce przylegania. Gdy złapał ją agresywnie za nadgarstek, uśmiech wypłowiał na jej obliczu, przekazując dyrygenturę żywemu zaciekawieniu, które rozgościło się swobodnie na obliczu. Uwielbiała, gdy Alexander to robił; gdy zaciskał silnym uchwytem palce na jej nadgarstkach, gdy zmuszał ją tym, co zmuszeniem nie było – oddawała mu się za każdym razem żarliwie i ilekroć cios opadał na jej drżące ciało – czuła się aż nazbyt dobrze. Tym razem drgnęła w niej podobna struna, przekazując pałeczkę ciężkiemu oddechowi, gdy przygryzała dolną wargę, przekrzywiając głowę w akcie żywego zaciekawienia.

I trwała tak, w niemym bezruchu, gdy nacisnął zębami na opuszki jej palców. Wpatrywała się urzeczona, zgoła jak dziecko przy szybie cukierni, z ciekawością przebijającą się przez masyw myśli, tak jakby chciała odgadnąć wszystkie jego motywacje i krążące jak bezlitosne kruki przemyślenia. Nic nie frapowało jej tak silnie, jak jego umysł i to, jak mogła wpłynąć na jego poły – jednak gdy puścił jej dłoń, oddając ją w wiekuiste władanie, wsunęła ten sam palec do ust, oblizując go. Było w tym coś bezczelnie bezpruderyjnego, butnego i aroganckiego, a jednocześnie niebywale nęcącego i zionącego dojmującym pragnieniem. Pewne faktory były niezachwiane – niebanalna w swojej uległości, nie była bierna; była sukubem, który pozwalał na rozmiękanie dotyku, pozostawała jednak wciąż demonem.

Obserwowała jak zaklęta, urzeczona nieomal, gdy ściągał z szyi krawat, co nasłało na jej umysł nawałnicę myśli: czy faktycznie był wciąż zakochany w Dianie?; czy żywił do niej coś poza nienawiścią?; a może nie umiał odpowiedzieć pod wpływem pożądania?; może nie chciał wspominać swojej byłej, gdy właśnie był półnagi przed inną kobietą?; może po prostu wiedział, jak zakazanym owocem jest kobieta jego najlepszego przyjaciela?; czy ona była w ogóle kobietą Alexandra?; czy mogła nazwać się nią?

– Zmuś mnie – rzekła tak, jak Alexander gdy spytała go o wyznanie miłosne. Nie bez przyczyny zarzuciła tymi słowami, a ich źródło pozostawało we względnej świadomości Loretty, jakkolwiek o szumiącym umyśle i ekscytacji potrafiła myśleć trzeźwo.

Westchnięcie spoczęło na jej wargach miękko, gdy związał jej nadgarstki krawatem; w istocie, jego obecność czyniła miałko w myślach i fatalistycznie nęcąco – nie przyznałaby jednak tego przed sobą, myśli zaklinając w osobę Alexandra, której nie potrafiła wyprać z płótna myśli. Obróciła się jednak przodem do Murtagha, ogniskując spojrzenie w jego nieprzebrniętych oczach, skupiając rozlane mleko przemyśleń na jego osobie; zakazane smakowało najpyszniej, a Macmillan należał do tych zabronionych owoców, po które nie powinna sięgać nigdy, a w których zatapiała zęby aż nazbyt często.

Nie posiadała w końcu zbytku moralności, nie przejmowała się prawie niczym – ignorancko beztroska – tak, jakby jutro miało nie istnieć; tak, jakby ich czyny były właściwe, tymczasem od właściwości umykające pod wieloma niepisanymi, ludzkimi zasadami.

– To wbrew zasadom gry, mój miły – odparła lekko, wzburzając na wargach filuterny uśmiech, tak jakby ich gra nosiła w tym momencie najlżejsze znamiona istotności. Zaczepność charakteru nie pozwalała jej jednak uciąć potoku sytuacyjnego prostym tak, weź mnie. Zamiast tego, pochyliła się ku niemu ponownie, tym razem z dłońmi ściśniętymi w okowach krawatu, pozwalając kosmykom czerni włosów rozlać się po policzkach, zatańczyć zwiewnie między westchnięciami ogarniającymi z wolna umysł.

– Pokaż mi. Pokaż, gdzie chciałbyś mnie dotykać – rzekła, opierając się swobodnie o jeden z foteli stojących przy dywanie.

W swojej sytuacji patowym mogłaby określić to, że nie miała jak napić się wina, a schło jej w ustach równie prędko, co serce wybijało niespokojny rytm. W gruncie rzeczy przecież, nie robiła nic złego – tak starała się oszukać ochłapy swojej moralności – nie miała wszak pewności, ile kobiet Alexander bałamucił gdy go nie było; a nawet i wtedy, kiedy był. Nigdy nie ślubowali sobie wyłączności i niejakiego monopolu na dotyk i ciężki oddech moszczący się w zgięciu szyi; nigdy nie powiedzieli wprost, niezachwianie, że są w związku.

Zaczepne spojrzenie zostało okraszone trzepotem welonu czarnych rzęs – wyglądała rozbrajająco niewinnie jak na kobietę demoniczną, za którą można było ją śmiało uważać. W końcu kryła pod tymi wszystkimi kuluarami zwiewnych sukienek, obcasów i dziewczęcych, świeżych uśmiechów, istną bestię, która tylko czyhała, oblizując kły.

– Masz na to pozwolenie bóstw – szkoda tylko, że Alex urwie ci jaja – dodała cieniem gdzieś w umyśle, wspominając te same bóstwa, którym miała ślubować wierność i uczciwość małżeńską za półtora miesiąca z Alexandrem, o kroplach ciemnej krwi kapiących na posadzkę cygańskiej przyczepy i rozgwieżdżonym niebie, pod którego osłoną powiedziała sakramentalne tak.

Modliła się w gruncie rzeczy, aby te same bóstwa ocaliły ją spod pręgierzy niemoralnych czynów, których przecież słodycz była tak miła i tak łatwo się udzielała. Prowokacyjna w całej swojej okazałości, łamała niepisane zasady wszechświata i własną czystość zapisaną gdzieś na dnie mrugających gwiazd; absolutna degrengolada jej wartości moralnych następowała właśnie teraz, osnuwając mętną mgłą jej ludzką twarz; tę, która nie kusiła mężczyzn nieustannie i tę, która zawierała w sobie ostatnie nuty niewinności i dziecięcości, które, w jej mniemaniu, przynosiły osobowości niejaką chlubę.

Teraz jednak była po prostu rozpustnicą, w której harpie szpony napatoczył się Murtagh; daleka od wyśrubowanych niewinnością panien, zamknęła się w alkowie własnego zepsucia. I choć naturalnie pogodna i zalotna, czarująca i radosna, nigdy nie przewidziała, że tak głęboko zatopi się w rzeczach powszechnie niewłaściwych – a niewłaściwym był niewątpliwie przyjaciel zakochanego w niej mężczyzny: szeptał jej wszak lepkie słowa poświadczające o miłości, gdy usiłował się jej oświadczyć po raz kolejny. Alexander wiedział, iż Loretta wzorem cnót nigdy nie była, nie mógł jednak przewidzieć absolutnego absurdu wynikającego z sytuacji, w której miała się zbliżyć do Macmillana.

A jednak gdzieś na samym dnie, gdzieś pośród gałęzi magnolii i deszczy majowych, chciała pozwolić sobie na ten owoc zakazany; czekała więc na jego ruch żarliwie i wypełniona mnogimi emocjami, aby ostatecznie spuentować całość prowokacyjnym spojrzeniem, posłanym spod odrobinę mrużonych ocząt – potrafiła grać w tę zawiłą grę z równą wprawą, co dzierżyć pędzel nad płótnem, a każdy jej gest był niebywale wyważony w swojej okazałości.

Nie liczyło się nic, jedynie ich przerywane oddechy.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#13
15.12.2023, 23:20  ✶  

Kiedy był mały i chorował, matka podawała mu czasem lekarstwo. Było tak gorzkie, że próby przyjęcia go kończyły się torsjami i wymiotami, więc rodzicielka wymyśliła aby znienawidzone krople kryć w łyżce miodu. Na początku zdało to egzamin, ale prawda była taka, że gorycz lekarstwa zatruwała miód i rozpływała się obrzydliwą mieszanką po gardle. To był właśnie ten moment, kiedy Murtagh znienawidził smak miodu, bo od tego czasu nawet w czystym żółtym miodzie czuł gorzki posmak leku z dzieciństwa.

Teraz miał wrażenie, jakby ten sam lek, ta sama gorycz zakradła się cicho do jego gardła. Wypełniała je jadem i uniemożliwiała swobodne przełknięcie śliny, tak że męzczyzna musiał sięgnąć po butelkę whiskey i upić z niej dwa łyki aby pozbyć się natrętnego uczucia. Alkohol skutecznie rozpędził kłębiące się w jego głowie wątpliwości i myśli o tym, że kobieta która właśnie się przed nim znajdowała, której ciało tak dobrze widział spod sukienki, której nadgarstki ozdabiał jego krawat, była jednocześnie kobietą jego najlepszego przyjaciela. Wiedział, że to co zrobi za chwilę - to co oboje zrobią - odznaczy się blizną na jego relacji z Alexandrem nawet jeśli ten nigdy się o dzisiejszej nocy nie dowie. Murtagh nie będzie potrafił już nigdy być w nim w stu procentach szczery i będzie musiał udawać, tak jak robiłto przed całą resztą świata przez całe swoje życie. Wiedział, że bez problemu okłamie Alexandra, jeśli taka potrzeba zajdzie i napawało go to jeszcze większym obrzydzeniem dla samego siebie.

- Skoro tak ładnie prosisz... - szepnął jej do ucha, po tym jak już ją związał. Przez dłuższą chwilę przyglądali się sobie nawzajem - dwie komety, odległe od siebie a jednak złapane we wspólną orbitę, choćby tylko na tych kilka ulotnych chwil. Nie przypominała w niczym Diany, nie była tak delikatna, urocza, ulotna - miękkie kształty jej ciała konrastowały z ostrością jej charakteru i nieugiętością jej myśli. W dodatku wiedział, że potrafiła być brutalna i okrutna - świadomość, że to dla niego miękła i wygładzała swoje krawędzie, aby pozwolić mu się zniewolić, napawała go ekscytacją, podnieceniem i... szacunkiem.

- Och, źle mnie zrozumiałaś. Oferowałem tylko pomoc, gdybyś postanowiła zdjąć kolejną część garderoby, zamiast odpowiedzi na moje pytanie. - odarł, z uśmiechem, który sprawiał że jego twarz z zastygłej, okrutnej maski zamieniała się w oblicze lekko poznaczone pierwszymi zmarszczkami, ale bliskie i ciepłe.

Kiedy Loretta zbliżyła się, znów zmniejszając dzielący ich dystans, poczuł kolejny napływ gorąca, żądzy i pragnienia. Nie wiedział ile takich fal będzie jeszcze w stanie przetrwać, zanim jego wszelkie bariery samokontroli runą jak domek z kart. Przyglądał się jej włosom, myśląc o ile lepiej wyglądałyby z jego dłonią wplecioną pomiędzy nie, bladość jego skóry kontrastująca z jedwabistą czernią. Widział, że dziewczyna stara się zachować tą samą stoickość i odwagę, które cechowały ją jeszcze przed chwilą. Jednak czy to przez wypite już wino, czy też może przez brak jego kolejnych dostaw, musiała oprzeć się o fotel po tym jak praktycznie poprosiła go aby ją dotykał. Nie poprosiła... pomyślał, poprawiając się Rozkazała. Loretta Lestrange nie prosi. Choć musiał przyznać, że jej rządanie brzmiało jak słowa kogoś, żądającego łyka wody w upalny dzień - desperacja pobrzmiewająca w jej głosie dawała mu znać, że pragnęła tego. I właśnie dlatego nie zamierzał spełnić jej rządania. Odruchowo przesunął dłonią po bladej bliźnie ciągnącej się przez jego klatkę piersiową i sięgnął po jej wino.

- I chyba właśnie to uczyniłaś, bo to raczej nie była odpowiedź na pytanie, które zadałem. - zauważył, wciąż nieco rozbawiony, ze wzrokiem utkwionym w niej, niczym drapieżnik, który dostrzegł, że jego ofiara zbliża się do zastawionej wcześniej pułapki. - Wiem, że możesz zdjąć dowolne ubranie, ale jeśli zdecydujesz się uwolnić swoją istotę z tej wspaniale niepotrzebnej sukni, chętnie dam ci się napić. - dodał, po czym napił się nieco wina z jej butelki, na tyle niedbale, że trunek zaczerwienił mu usta. Potem odstawił butelkę i wstał, ciekawy czy Loretta zgodzi się na jego propozycję i czy będzie chciała wykaraskać się z sukni na siedząco, czy spróbuje wstać podobnie jak on.

- Oczywiście, chętnie pomogę ci rozpiąć zamek. I wysłucham twojego pytania. - dodał, tonem niemal rycerskim, choć w sytuacji w której się znajdowali, nic rycerskiego nie było. Wiedział, że praktycznie podpisuje na siebie wyrok. Wiedział, że kiedy zobaczy jej nuda veritas, wycofanie się stanie się niemożliwe i cokolwiek się pomiędzy nimi wydarzy, odmieni go na zawsze. Pewna jego część skomlała przerażona by tego nie robił, by obrócił to wszystko w żart, póki jeszcze mógł i szedł na kolanach do Mulcibera przepraszać go, że tak ośmieszył jego kobietę. Whiskey i pożądanie wrzuciły tą część do głębokiej, ciemnej dziury na dnie jego umysłu, gdzie siedziało już - odziane w łachmany i głodujące od lat - sumienie.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#14
02.01.2024, 18:50  ✶  

Prawdopodobnie to dawno zatracony kręgosłup moralny – połamany w drobny mak, rzucony jak te wszystkie dziecięce aberracje przeszłości – oraz wyzwolenie samej siebie spod patriarchalnych paradygmatów, ciążących nad łabędzią szyją, nad czym pracowała przez rozciągłość wiosen – tych, podczas których przebiśniegi przebijały się przez masyw topniejącego zwolna śniegu – nad swoją niezależnością, zakrawającą o butną arogancję, jednak taka przecież była, czyż nie? Uwięziona w okowach własnej patetycznej potrzeby emancypacji; gdzieś pośród dusznych oddechów i wirowania ponad skłębionymi chmurami, jak te mary, których potrzeby ograniczały się do wdychania powietrza wraz z marzeniami snutymi ku gwiazdom. Była przecież absurdalnie okrutna i groteskowo rzeczywista, tak jakby oksymorony zasklepiały się jedynie w jej drobnej posturze swoim gęstym jestestwem. Może gdyby była odrobinę mniej, najogólniej, stanowiłaby dominantę wszechświata, a jej wypaczony obraz i postrzeganie nie zahaczałoby o skrajną egzaltację.

Wyzwanie rysujące się na dnie tęczówek – niedbałe, skrzące się miliardem gwiazd w ciemnej, zacienionej otchłani otulanej przez gęsty welon czarnych rzęs – wprawiło ją w stan niebywałej ekscytacji i choć do ekscytacji była skłonna (czy w końcu ktoś widział kiedykolwiek Lorettę skutą w marmur?), tak tym razem ta urosła do rozmiarów obsesji. Poczuła, jak serce przyspiesza swego tempa, a przez jego gwałtowność, nagle poczuła, iż ma przed sobą wszystko. Każdy urywany oddech, każdy miałki pył zrodzony ze szklistych marzeń, wszystkie te żmije krążące pod miękką ściółką, na której stawiała niejednokroć swe chyże kroki.

Nikt przecież nie widział jej zawstydzonej tudzież oblanej czerwienią rumieńca; nikt, poza Alexandrem, gdy będąc nastolatką zawrócił jej w głowie niepoprawnie. Z wiekiem uczyła się opanowania i zachowywania gorliwych uczuć we wnętrzu – w opozycji do pąsu, który dreptał gdzieś po policzkach, niewydatnie jednak i absolutnie urokliwie. Loretta prawdopodobnie posiadała solidnie zaburzone postrzeganie zdrowych relacji i ta piękna, bajkowa przemoc łącząca ją z Alexem nęciła tym silniej, że gdy ją posiadał, czuła się czyjaś.

Wszak dotychczasowo czuła się sama sobie, a osiemnasta wiosna, w której przysięgła mu, że kiedyś będzie jego żoną, nagle nabierała wydatności. Zamiast tego, wracała do niego wciąż na nowo, a on wciąż na nowo ją pozostawił na londyńskim bruku z tymi wszystkimi marami. Smakował różnie – czasami słodko, czasami jak gorzała, nie miało to absolutnie żadnego znaczenia tak długo, jak te usta były jego.

Dlaczego zakochała się akurat w nim?; dlaczego spośród miliardów gwiazd, ukochała sobie akurat tę supernową, która miała rozbić się w miałki pył o oblicze ziemskie? Liczyli się tylko oni, nawet gdy dążyli do czystej i prostej zagłady.

– Ja nie proszę – rzekła miękko, przybierając na usta urokliwy uśmiech trzpiotki, która ledwo wyrosła z kokard spinających nienagannie włosy. – Ja żądam – uzupełniła, pochylając się ku niemu na powrót.

Był inny niż Alexander, jednak nie w sposób zły tudzież wybrakowany. Prawdopodobnie wynikało to z tego, że Alex ją miał, a dla Murtagha była wciąż niedostępnym, niezbadanym akwenem. Nie posiadał śmiałości, z którą palce zaciskały się na jej nadgarstkach silnie, zostawiając bladawe siniaki; nie posiadał tej butności, która pozwalałaby mu na żarliwe scałowanie bladości z linii obojczyków; nie był na tyle arogancki, aby wydobyć z jej warg krzyk, gdy zaciskały się na jej biodrach ręce.

Nie było to jednak w żaden sposób złe, czy wybrakowane. Było po prostu odmienne.

Przez moment zastanawiała się, wzrok ogniskując w jego osobie tak, jakby dostrzegła coś zupełnie dalekiego i innego, ale bliskiego i tożsamego zarazem. Usta zadrżały, formując się w urokliwy, filuterny uśmiech, gdy zasugerował pozbycie się jej odzienia, nie byłaby jednak sobą, gdyby nie przeciągnęła sytuacji odrobinę, skraplając ją rosą gry i niepewności. Lubiła w końcu pogrywać; lubiła patrzeć, jak płoną.

Tym razem zmrużyła jedynie oczy.

– Pomóż mi ją ściągnąć – rzekła, odsuwając się ku niemu plecami, aby rozpiął zamek.

Gdy materiał się zsuwał, odkrywając początkowo ramiona i obojczyki, aby następnie pozostawić pod woalką negliżu piersi i wystające, wydatne żebra. Znalazła się przed nim nieomal naga, jedynie z dolną częścią bielizny zakrywającej drogę podboju i groteskowo wyglądającą, jedną pończochą trzymaną przez pas umiejscowiony na biodrach. Klatka piersiowa falowała pod ciężkim oddechem i choć pora była na wskroś zimowa – czuła niejasny gorąc bijący od alkoholu; bijący także od niego.

Nigdy nie wstydziła się nagości.

– Czy ty mnie pożądasz? – spytała niewinnie. – Wiem, że tak. Chcę to po prostu usłyszeć – dodała, pochylając się bliżej ku niemu – na tyle, że ich oddechy mogły się zmieszać w ognistym pasodoble, a wargi musnąć na drobną chwilę – nieznaczną i badawczą – nim, odsunęła się na te pokalane centymetry, których dystansu żadne z nich nie chciało.

Lubiła w końcu pogrywać.

– To moje pytanie – wyklarowała, pozbywając się tymi słowy ostatnimi ochłapami sumienia czy poczucia sprawiedliwej praworządności.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#15
03.01.2024, 12:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.01.2024, 12:13 przez Murtagh Macmillan.)  

"Miłość" nie była słowem, które gościło w słowniku jego życia. Serce złamane przed wieloma latami zrosło się tkanką bliznowatą, która nie dopuszczała do siebie takiego nonsensu. Kochać mogły dziewczynki puchate kotki. Kochać mogły matki swoje dzieci. Kochać mogli mężczyźni swoje pieniądze i swoje ego. On nie kochał, on odczuwał perwersyjną przyjemność z posiadania. Być może podświadomie czuł, że Loretta chciała być posiadaną i właśnie dlatego tak jej pożądał. Z nią nie musiał obawiać się o przywiązanie, randki, pocałunki i wicie domowego gniazda. Był twardo przekonany, że dziewczyna - choć młoda i zdecydowanie w odpowiednim wieku - również miała zamążpójście na zupełnym czarnym końcu listy planów. Jeśli nie wykreślone czerwonym atramentem. A jej on again, off again związek z jego przyjacielem tylko jego zdaniem to udowadniał, jako że Mulciber też zdecydowanie nie był typem, który dałby się okiełznać świętym węzłem.

Czy jednak fakt, że nie byli małżeństwem a ich związek należał do tych burzliwych, w jakikolwiek sposób usprawiedliwiał płótno jej ciała obnażone przed nim i jego pragnienie malowania na nim pędzlem rozkoszy? Czy Alexander Mulciber zrozumiałby jego tłumaczenie, że przecież panna Lestrange nie nosiła na palcu jego obrączki więc najwyraźniej nie była jego na własność? Murtagh wiedział, że nie.

W tym momencie nie miało to dla niego żadnego znaczenia.

Potwór o gorącym cielsku i czarnych oczach, który obudził się w nim jak tylko Loretta przekroczyła próg, teraz syczał i wił się w jego głowie. Zrób to, dotknij jej, posiądź ją, zniszcz ją i zbuduj na nowo. Pokaż jej swoje prawdziwe oblicze a ona da ci obejrzeć swoje. I niech wszystkie piekła pochłoną pieprzonego Alexandra Mulcibera. Czy on w ogóle jest twoim przyjacielem? Czy pomógł ci odzyskać Dianę? Czy raczej brał wszystko co chciał, nic nie dając w zamian? Czy on w ogóle byłby w stanie zaspokoić taką kobietę jak Loretta? Jeśli tak na to spojrzeć, to tak naprawdę wyświadczasz mu przysługę.

Jego puls przyśpieszył, podobnie jak jej, kiedy odpinał zamek odsłaniając kotarę sukni ze sztuki jej nagiego ciała. Chłonął każdą jego krzywiznę, niczym artysta wpatrujący się w kanwę zagruntowanego płótna - oczyma wyobraźni widząc już gotowe dzieło.
- Zgubienie w obsesyjnej agonii, twa pierwotna pasja gorejącej dzikości. Szalejąca pożoga pożera twą godność, by wstyd do snu utulić.* - wyszeptał w jej kark wiersz, który nagle sobie przypomniał. Kiedy suknia opadła na ziemię, jej obnażona osoba targnęła nim całym w sposób jakiego jeszcze nie doświadczył, pomimo swojego względnie dużego doświadczenia w sprawach intymnych. Kiedy więc się odwróciła z powrotem w jego stronę, nie mógł się powstrzymać i jego wzrok prześlizgnął się głodnie po jej sylwetce od wydatnych obojczyków, rzucających cienie na niewielkie dołki, przez wyraźne, kształtne piersi, płaski brzuch i pępek aż po wyraźnie zarysowaną linię pasa i bielizny. Był pewny, że go uderzy. Miał na to nadzieję, bo może to by go powstrzymało. Choć po prawdzie magmy, która kotłowała się tuż pod powierzchnią jego skóry, nie ochłodziłby nawet chłód dziewiątego kręgu piekieł.

Gdyby to samo pytanie zadała jeszcze godzinę temu, zaprzeczyłby z równą łatwością z jaką kłamał każdego dnia swojego życia w pracy. "Wybaczy panienka, ale to dość niedorzeczne, choć wiem, że zapewne by panience schlebiło." Teraz stali przed sobą obnażeni nie tylko na ciele ale i umyśle. W tej mikroskopijnej odległości, która ich dzieliła nie było już miejsca na żadne kłamstwa. Tak, zdawało mu się jednak zbyt trywialną i bladą odpowiedzią, niezdolną ująć głębokości jego pragnienia. Zamiast tego pochylił się więc nad nią, ujął jej brodę dłonią i przytrzymał - delikatnie, ale pewnie, tak żeby nie mogła się w ostatniej chwili odsunąć. A potem ją pocałował. Przez pierwszą sekundę dotyk jej warg go poraził, tak że jego własne ruchy zdały się powolne i delikatne, zaraz potem tama pękła i zaczął ją całować gwałtowniej i zachłanniej, drugą dłoń opierając na jej nagich plecach i przyciągając bliżej tak aby mogła poczuć dokładnie jak bardzo jej pożądał. Mimo swojej nagłości i stanowczości, choć miał ją posiąść, to czuł jak ona wchodzi w posiadanie jego. Chciał jej, nie tylko w jej ciele ale i w umyśle. Chciał jej bliskości, pragnął jej obecności i czuł jak blizna w jego sercu zasklepia się częściowo.

Kiedy w końcu po długiej chwili odsunął swoje usta od jej, uśmiechnął się lubieżnie.
- Jeśli to pozostawiło jakieś wątpliwości co do mojej odpowiedzi, to tak... Pożądam cię i chcę uczynić swoją od chwili kiedy zobaczyłem jak torturujesz po raz pierwszy. Nigdy wcześniej nie czułem, że chętnie zamieniłbym się miejscem z obiektem czyichś tortur, ale dla ciebie... Torturujesz mnie w każdej sekundzie, kiedy widzę cię koło Niego, znęcasz się nade mną i niszczysz mnie a ja chcę tylko więcej. - ostatnie słowo wypowiedział ochrypłym szeptem.
- Wolisz zadawać ból, czy go czuć? - zapytał, chociaż miał wrażenie że ich mała "gra" nie była już istotna. To było już chyba jedyne, co powstrzymywało go przed porwaniem jej w objęcia i zabraniem do sypialni. Pytanie. Odpowiedź. Pytanie. Odpowiedź. Zasady gry, utrzymujące ich wspólne szaleństwo w ryzach.


Dopiero wtedy uświadomił sobie, że upuścił na ziemię trzymaną w ręce butelkę z winem, której zawartość powoli wypływała, plamiąc jasny dywan burgundowym kleksem. Podniósł ją, oceniając że w środku została mniej niż jedna trzecia zawartości. Spojrzał pytająco na Lorettę a potem na butelkę, nie będąc pewny czy miała ochotę jeszcze się napić.


Odkryj wiadomość pozafabularną
* Cytat z "The agony of Lust" Chinedu Dike


“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#16
03.01.2024, 22:47  ✶  

Miłość, podobnie jak wazon, raz rozbita – nie dawała się poskładać w pierwotną całość; a miłość jej i Alexa drżała na cokole, trącana przez wiatry burzowe i oślepiające wręcz słoty. Nigdy nie traktowali jej należycie; nigdy nie pielęgnowali jej z gorliwością i przede wszystkim – nigdy nie spodziewali się, że zastanie ich w progu ot tak, jakby przyszła z mlekiem, po które wyszła przed latami, trzaskając drzwiami. Bo w jej sercu miłość urosła do rangi gargantuicznej i choć wciąż ją zostawiał, czynił w jej głowie niespokojnie i niepokornie, przyjmowała go zawsze – w szczególności, gdy klękał przed nią na drżących pijanie nogach, chybocząc się w progu, błagając o wieczyste wybaczenie. A słabość do niego była tak silna – jak przemoc, czy pocałunki znaczące obojczyki puchem przekwitłych mleczy, przeklętych dmuchawców, jak dalekich od gwałtowności, w której ją posiadał każdorazowo – że stanowiła chyże podwoje jej raptownego uzależnienia.

Mulciber był najpiękniejszym narkotykiem i kochała go bardziej niż sweterki z monogramami i papierosy tlące się żarzącymi oczkami; bardziej niż orkiestry wiosenne i snobistyczny akcent; bardziej niż cokolwiek namacalnego, a także pozostającego w groteskowej sferze domyśleń, szybującego gdzieś pomiędzy ulotnym a nierzeczywistym. Jej miłość jednak, daleka była do opiewanych arii i szekspirowskich kantyczek; nie była poprawna i nie była krystaliczna.

Ona jednak, tak przegnita do cna, nigdy nie szukała lśniącego obojętnością kryształu. A on ulokował swoje uczucia w niej – skutej własną pogodną arogancją, gwałtownej i nieobliczalnej, doświadczonej życiowo, a zarazem niedorosłej.

Dlaczego miałabyś go nie zamknąć we własnej kryształowej szkatułce, zrodzonej z absurdu i pożądania? Dlaczego stał tak blisko, że podskórnie chciałaś go dotykać, drapać i znaczyć bladawymi półksiężycami wbitych w miękką tkankę paznokci? Dlaczego jego wargi z każdym słowem skłaniają cię do nieprawidłowości i przebicia się przez cienki masyw konwenansów? Dlaczego tętnisz emocjami zakazanymi? Dlaczego…

Ach, to wszystko przez te przeklęte oczy.

Alexander zawsze mówił, że razem są silni; że z niezawodnym oparciem drugiego – są w stanie przebić się przez każdy skłębiony masyw trudności. Możliwe, że dlatego pokochała go tak głęboko i nieodwołalnie, a jej obsesyjna potrzeba posiadania uiszczała się w tym, że trzymała go blisko za krawat – na tyle luźno, aby nie odebrać mu tchnienia z piersi i na tyle silnie, że nie mógłby uniknąć śladów jej krwistej szminki na swoich spętanych obietnicą wargach. Wszechświat od zawsze dyktował im warunki spowite przez ciemność i okrucieństwo, a oni sami – krążąc po wzajemnych orbitach, oddawali się po raz kolejny uciesze.

Po raz kolejny zaciskał palce na jej wystających z chuderlawej postury biodrach; po raz kolejny scałowywał z szyi babie lato; po raz kolejny zaciskał dłonie na jej nadgarstkach tak silnie, że kolejnego dnia obserwowała na przegubach niewydatne siniaki; po raz kolejny zlizywał krople wina spomiędzy piersi i patrzył na nią tym mętnym wzrokiem, który wprawiał jej serce w trzepot, a dreszczem przebiegając po linii kręgosłupa.

Teraz byłaś tak blisko niego; nie był on Alexandrem, jednak co było zdrożnego w twojej grze?; Alex ponownie pozostawił cię samą sobie na ognisku chłodnej, sylwestrowej nocy pośród londyńskich kamienic. Rewanż jest dobrym słowem, ale to zemsta smakuje najlepiej.

Pocałunek opadł na jej usta miękko; jakby chciała zatrzymać pierwsze odczucie przy sercu, a ich miękkość zapisać nieodwołalnie na kanwie wspomnień, pośród kalejdoskopu emocji, wyznaczanego przez konstelacje, które tej zimowej nocy wyjątkowo silnie wybrzmiały na nieboskłonie, migając swymi światłymi oczami. Wszystko sprowadzało się do niewłaściwego, a forteca zbudowana wokół jej cielesności rozpadła się jak domino, gdy docisnął ją do siebie gwałtownym ruchem.

Smakował winem i spalonymi obietnicami.

Dopiero, gdy się odsunął, poczuła, jak dotkliwy był jego brak; zdecydowanie dotkliwszy niż nagły paroksyzm bliskości. Ugięła jednak wargi urągliwie – tak, jakby w jej oczach nie migotały właśnie miliony gwiazd, szybując w ciemnej toni tęczówek – zapewne, gdyby nie miała dłoni skutych materiałem krawatu, nie pozwoliłaby mu się odsunąć.

– Jesteś brudny od mojej szminki – rzekła jedynie.

Spojrzała na niego tak, jak nigdy wcześniej; coś w jej wnętrzu skłębiło się gwałtownie, a słowa wzbierające w krtani jak piana morska, urosły do miary ogromu. Pierś zafalowała silniej pod wpływem gwałtownych haustów powietrza, tak jakby jego duszna obecność odejmowała jej tlen.

– Och, to trudne pytanie. Nie umiem udzielić jednoznacznej odpowiedzi – odparła. – Pas, zatem – dodała po chwili, z cichym kliknięciem uwalniając drugą pończochę z podtrzymującego je pasa.

I już nieomal zupełnie naga, z dolną częścią bielizny jedynie, nachyliła się ku niemu konspiracyjnie – zupełnie, jakby chciała zadać pytanie wagi ogromnej, a ich osoby otaczałby sowity tłum; byli jednak tylko oni i wybijający godziny zegar – ich samotność i duszne towarzystwo jednocześnie; ich ogołocenie z emocji i cała plejada uczuć gwieździstych, lokujących się gdzieś na rozlanej czerni nieba.

– Powiedz mi, Murtaghu – zaczęła. – Jestem dla ciebie jednonocną przygodą, czy wiążesz ze mną emocje? – dokończyła, przechylając nieznacznie głowę; tak, że krótkie loki zatańczyły wokół drobnej buzi.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#17
19.02.2024, 11:32  ✶  

Kiedy Murtagh był młodszy, któregoś dnia zupełnie przypadkiem zawędrował do mugolskiego kościoła, akurat w czasie trwania mszy świętej. Stanął przy wejściu - anonimowa twarz w tłumie elegancko ubranych kobiet i mężczyzn, o różnym stanie majętności - i obserwował ludzi, słuchając jednocześnie przemowy kapłana. Przypowieść, którą opowiadał mówiła o świątyni - o tym, że jej budowa zajęła ponad czterdzieści lat a prorok Jezus oznajmił, że wzniesie ją ponownie w trzy dni, jeśli zostanie zburzona. Ludzie dziwili się mu jak to możliwe, ale on mówił o świątyni swojego ciała, nie o fizycznej budowli. Wychodząc uznał, że życie mugoli jest naprawdę ogromną katorgą, jeśli muszą wymyślać takie opowieści aby sobie z nim poradzić.


Kiedy Loretta stała przed nim teraz, zupełnie niemal naga, ta sytuacja powróciła do jego myśli. Nigdy wcześniej nie zrozumiał aluzji, jakoby ciało mogło stanowić jakąkolwiek świątynię - dla niego był to zlepek komórek, przedmiot do zaspokajania potrzeb. Patrząc na nią po raz pierwszy zrozumiał, że właściwe ciało mogło stanowić świątynię uczuć i stanowić ołtarz dla wiary w splot ludzkich dusz. Jego pierś unosiła się szybko i nierówno, a oczy owładnięte były podnieceniem ale też jakimś głębszym uczuciem. Jego serce, poranione i obrośnięte tkanką bliznowatą, nie potrafiło mu powiedzieć co to było za uczucie i jak powinien je nazwać, ani tym bardziej wyrazić tak by ona zrozumiała. Nie mogę... Nie powinienem... Myślał słabo. Musisz, to jedyna właściwa rzecz, jaką zrobisz w swoim życiu. Choćby cię to miało zabić. Musisz pokazać jej co czujesz, a jaką decyzję ona podejmie, to pokaże czas. Odpowiadał mu wąż, opleciony wygodnie w jego umyśle.


Zdjął spodnie dwoma ruchami - nie było to trudne po tym jak już dawno pozbył się paska. Nie był w stanie się odezwać, wiedząc że jeśli coś teraz powie, to na pewno nie będą to słowa odpowiednie do powagi sytuacji. Zamiast tego pochylił się nad nią, prawą dłonią oplatając jej spętane ramiona a lewą wsuwając pod kolana - każdy dotyk jej nagiej skóry czując jak impuls elektryczny. Uniósł Lorettę w ramionach z łatwością, przyciskając ją do swojej nagiej klatki piersiowej i idąc w stronę sypialni. W duchu miał nadzieję, wręcz błagał by go zatrzymała, by powiedziała "nie", by zaczęła kopać i krzyczeć, bo tylko to byłoby go w stanie w tym momencie powstrzymać. Każdy krok wydawał mu się trwać wieczność i choć zwykle kiedy zabierał kobietę do sypialni wiedział dokładnie czego chce, czego wymaga od wspólnie spędzonego tam czasu, to teraz nie miał pojęcia jak będą wyglądały następne sekundy a co dopiero minuty.

Kiedy ułożył ją na łóżku, rozwiązał krawat z jej dłoni. Chciał by mogła go dotykać, by mogła go odepchnąć. Chciał by to co miało się wydarzyć między nimi było doświadczeniem, które będą dzielić na równi. Ucałował ją znów, tym razem za cel obierając sobie jej prawy obojczyk. Potem złożył pocałunek nieco niżej. I jeszcze niżej, zsuwając usta na środek, pomiędzy jej piersi.
- Każ. Mi. Przestać. - mówił, pomiędzy pocałunkami. - Każ. Mi. Odejść. - kontynuował, składając teraz pocałunki na jej brzuchu, klękając przed nią na dywanie. - Loretto...? - wyszeptał, niedokończone pytanie zawieszając w przestrzeni pomiędzy nimi, niczym błaganie. Sam jednak nie wiedział o co błaga - żeby go powstrzymała, czy żeby oddała mu się do końca. Samo wypowiedzenie jej imienia było jednak tego warte. Uwielbiał jego smak na swoich spierzchniętych pragnieniem ustach.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Loretta Lestrange (6022), Murtagh Macmillan (6332)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa