• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
[sierpień – grudzień 1970] Nastał czas ciemności

[sierpień – grudzień 1970] Nastał czas ciemności
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#1
03.01.2024, 07:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.09.2024, 14:51 przez Alexander Mulciber.)  
CZĘŚĆ I: przepowiednia
koniec sierpnia 1970, mieszkanie Alexandra przy Alei Horyzontalnej

Niektóre przepowiednie były ulotnym wrażeniem jedynie; subtelną wonią kadzidła, powiewem delikatnego wiatru na twarzy, promieniem słońca, które nieoczekiwanie wpada przez otwarte okno, rozświetlając cały pokój; czasem udawało mu się pozostać w pełni świadomym wypowiadanych słów, zachować z grubsza zborność ruchów – przypominało to nagły przypływ inspiracji, olśnienie, a choć jego oczy były wówczas nieobecne, zapatrzone w przestrzeń gdzieś poza światem doczesnym, miał świadomość upływu czasu, a kątem oka wciąż śledził, co się działo dookoła niego. Czasem to było jednak jak podróż do wymiaru psychodelicznej przyjemności, jak fala narkotycznego zapomnienia; wtedy wszystko dookoła działo się w zwolnionym tempie – ale w swoim stanie nie potrafił przejmować się tajemnicami czasoprzestrzeni, czy właściwie jakimikolwiek zewnętrznymi bodźcami – czuł się tak, jakby przeżywał najlepszy haj w swoim życiu: noddował, płynął gdzieś, hen daleko, dryfując pośród zalewających go fal percepcji; kiedy zaś budził się z tego słodkiego marazmu z uśmiechem czającym się na ustach, okazywało się, że nie minęło więcej niż kilka minut.

Niestety, najczęściej wyglądało to zgoła inaczej; najczęściej było to brzydkie. Wulgarne. Prymarne. Przyszłość rozpychała jego żyły, przepowiednie wynaczyniały się jak wybroczyny, a Mulciber czuł, jak coś innego przejmuje kontrolę nad jego ciałem.
Lata praktyki pozwalały mu tłumić te gwałtowne odruchy: zwykle po prostu siedział sztywno (albo leżał, kiedy tracił równowagę), każdy mięsień jego ciała w gotowości; makabryczny cień spowijał jego twarz, kiedy wypluwał straszliwym głosem profetyczne wersety przez zaciśnięte gardło, jakby z trudem powstrzymywał się od wrzasku… Ale nie teraz, nie kiedy pościł od prawie 48 godzin w zaciszu swojego mieszkania, razem z Dianą próbując wyrwać się ze szpon nałogu, który – przez te beztroskie letnie miesiące, niezliczone imprezy do białego rana i gorące popołudnia wypełnione nudą – zdołał porządnie nadszarpnąć ich zdrowiem i przesunąć granice od ćpania dla sportu, po ćpanie ciągiem.
Teraz był słaby, myślał tylko o następnej działce, a kiedy dodatkowo rysowała się przed nim perspektywa dwutygodniowego domowego detoksu, po prostu wiedział, że nie ma dodatkowej siły na walkę ze swoim darem. Może naprawdę był przeklęty, może odziedziczył tę klątwę po matce, i dlatego tak silnie przeżywał swoje widzenia?
Próbował powstrzymać targające nim torsje, wstrętny ból, który zmusił go do kulenia się na podłodze, i krzyku; gdyby nie to, że wyrzucał z siebie słowa przepowiedni, wyglądałby po prostu jakby miał potężny skręt po odstawieniu helupy.

Kiedy już się ocknął, Diana z jakiegoś powodu zaczęła na niego wrzeszczeć – więc on też zaczął wrzeszczeć na nią. Na szczęście, ściany jego mieszkania były wyciszone, bo iście dantejska to była scena, kiedy tak obrzucali się wyzwiskami, agresywnie wyrzucając sobie wszystkie możliwe przewiny, wyciągając na wierzch zadawnione pretensje, nieważne, czy prawdziwe, czy urojone, zdzierając gardła w bezmyślnych krzykach, bo oboje byli spanikowani – ona, bo myślała jeszcze przed chwilą, że dostał zapaści; on, bo Diana wpadła w dziwną histerię, z której nie mógł jej wyciągnąć – i może krzyczeliby tak dalej, ale nagle w mieszkaniu rozległ się dźwięk budzika, który świadczył o tym, że za piętnaście minut skończy się ich męka, będą mogli wziąć następną, znacznie już zredukowaną dawkę swoich ulubionych specyfików, i trochę ulżyć sobie w wypaczającym zdrowy rozsądek głodzie.

W milczeniu rozłożyli się w salonie, jak gdyby nigdy nic. Alex głośno wypuścił powietrze.

– Kurwa, Diana. Przepraszam. Nie chciałem cię wystraszyć – rzucił w końcu, siadając obok niej na rozłożonej kanapie, skąd przed chwilą zresztą wstał, by przynieść jej koc – chociaż ruch był ostatnim, na co miał ochotę, zwłaszcza, że wciąż czuł jak strasznie rwą go mięśnie, a skurcze bólu przesuwają się tuż pod jego skórą, niejako przytępione, jakby docierały do jego świadomości z pewnym opóźnieniem – Alex nie wiedział, czy kobieta drżała po ostatnim wstrząsie emocjonalnym, jaki jej zafundował, czy z zimna, bo sierpień chylił się ku końcowi, i wieczorne słońce, choć rozlewało się na niebie w feerię barw, tworząc piękne zachody, nie przygrzewało tak jak wcześniej, a syndrom odstawienny ich nie oszczędzał. On akurat przeżywał obrzydliwy napad gorąca, więc zmienił przy okazji przepoconą koszulkę na nową, i odsunął się w drugi kąt sofy, tak, by nie padały na niego promienie słońca chowającego się za horyzontem, ale Diana na przekór zaraz się przysunęła do niego z powrotem; jej skóra była jednak zimniejsza niż lód, więc nie mógł narzekać; przynajmniej zgrali swoje upośledzone systemy termoregulacyjne.

Poczuł też ulgę, że nie żywi do niego urazy. To nie był ich pierwszy detoks razem; to nie był nawet ich najgorszy detoks razem, bo gdyby nie to, że znowu wystraszył ją, że zgonuje, do tej pory wszystko szło całkiem gładko… Zamknął oczy, kiedy wracały do niego słowa przepowiedni, wypowiedzianej jeszcze kilka chwil temu. Słowa, słowa, słowa... Impregnowane mrokiem, przejmujące strachem; zupełnie nie pasowały do tej letniej aury, która wciąż było czuć w powietrzu.

– Nie pamiętam już wszystkiego, co mówiłeś; powtórz, proszę. – Jakaś dziwna nuta przebrzmiewała dalej w głosie Diany, więc bez zbędnych pytań uległ, i spełnił niecodzienną prośbę kobiety.

Powtarzał, dopóki nie nauczyła się tych słów na pamięć. On pamiętał wszystkie swoje prawdziwe przepowiednie; czaiły się zawsze gdzieś na końcu języka, spływały z jego ust tak gładko, jak z ust kapłanów spływały wyuczone formułki modlitw do Matki: bez chwili zawahania, z dziwną żarliwością, której nie potrafiła wypaczyć żadna nudna repetycja.

– …Nastał czas ciemności – dokończyła razem z nim.

Śmiali się, że przepowiadanie zaćmień słońca nie jest za szczególnie imponujące w obecnych czasach, tak jakby próbowali odciągnąć do siebie złowróżbne myśli, jakby chcieli zignorować fakt, że chwilę wcześniej recytowali raz za razem poetycki wyrok śmierci na dotychczasowy porządek rzeczy.

Może i byli nieco rozhisteryzowani, tak... Ale czy można ich winić?

W końcu mówili o niewinnie przelanej krwi; krwi, która była świętym krzyżmem znaczącym drogę potomków Slytherina; krwi równie brudnej, co sumienie mordercy, ale przecież idealnie nadającej się na ofiarę. Mówili o tym, że jeżeli raz usłyszy się śpiew tej krwi, tylko poddawszy się nurtowi przeznaczenia można zachować zmysły; że wiedza i szaleństwo to dwie strony tej samej monety, podrzuconej niefrasobliwie przez bogów: całe życie ludzkie zależne od wyniku jednego rzutu monetą. Wreszcie: kiedy obejrzysz się za siebie, pan tej straszliwej nocy, kruk obleczony w kir – mówiąc głosem tego, który egzystuje na granicy życia i śmierci – zakrzyknie: nastał czas ciemności.

– To, co mówiłeś o dziedzictwie Slytherina... Już to słyszałam. – Głos Diany był cichy, drżący, ale i dziwnie dobitny. Alexander poczuł, że jemu też zaczyna robić się zimno. Zacisnął powieki, mocno, jakby nie chciał patrzeć na to wszystko, jakby chciał oddalić od siebie cały ten moment, bo zdawało mu się, że wie, co za chwilę przyjdzie mu usłyszeć.

– Wydaje mi się, że ta przepowiednia jest o mnie, Alex.

– To przepowiednia wybiera człowieka – przyciągnął ją do siebie, by musnąć ustami jej czoło, nie bądź niemądra, Diano, chciał powiedzieć, pocieszyć ją, ale nie mógł – nie potrafił zmusić się do kłamstwa, nie przy niej, nie teraz – objął ją tylko ramieniem, kryjąc twarz w burzy blond włosów, które zawsze pachniały opium – nie człowiek przepowiednię.




CZĘŚĆ II: plan
listopad 1970, nudne arystokratyczne przyjęcie z okazji czyjejś rocznicy ślubu pod Londynem

Oboje nie potrafili zapomnieć o przepowiedni, czy raczej Przepowiedni, jak zaczęli ją nazywać podczas tych nagłych porywów szczerości, za pomocą których komunikowali sobie uczucia. Tak samo było też teraz: szykowali się na przyjęcie, a Alex właśnie miał iść na górę po krawat, bo został przed chwilą ofuknięty, że nie umie się elegancko ubrać, ale głos Diany zatrzymał go w miejscu; ich spojrzenia spotkały się, bo oboje patrzyli w to samo lustro.

– Brzmiałeś tak samo jak on.

On w ich rozmowach zawsze odnosiło się do jednej konkretnej osoby. On oznaczało zawsze Donalda Mulcibera, przeklętego brata Alexa, a męża Diany... Dlatego kiedy tylko dotarł do niego sens słów szwagierki, Alexander stanął w miejscu jak wryty – zupełnie zapominając, dokąd właśnie szedł, co zamierzał teraz robić – i tępo patrzył na lustrzaną Dianę nic nierozumiejącym wzrokiem. Czuł się nie tyle skonfundowany, co gorzej, zdradzony, jakby samo porównanie go do starszego brata było jakąś niewybaczalnego zbrodnią, fatalną abberacją. Ale ona tym razem nie miała na myśli Donalda Mulcibera.

Mówiła o Salazarze Slytherinie.

Alex nie rozumiał natury mrocznego dziedzictwa Diany, choć bardzo tego pragnął, jako naukowiec i badacz wszelkiego rodzaju przepowiedni. Diabelskie podszepty w jej głowie zdawały się nieco przypominać dar prekognicji; znamienity przodek niekiedy podsuwał jej dziwne, często niejasne wskazówki, próbując nakierowywać ją na drogę, która w jego mniemaniu miała przywrócić chwałę i świetność domowi Salazara, trochę jak natrętny anioł stróż; przynajmniej to wyciągnął ze skąpych relacji Diany, choć nie dopytywał zbyt mocno.

Wiedział tyle, że Slytherin najczęściej każe jej zabijać, co nieco działało jej na nerwy
, zwłaszcza, kiedy robiła manicure albo próbowała się zrelaksować w kąpieli z płatkami róży. Rozumiał to; to prawie jak wtedy, kiedy jakaś niejasna wizja rozpaczliwie tłukła mu się we łbie, a on zagryzał zęby, i próbował skupić się na pisaniu kolejnego rozdziału pracy badawczej, i cholera, nie mógł, dopóki nie pomedytował albo nie wziął czegoś na uspokojenie.
On, przyjemnie znieczulony, pisał dalej  ministerialne raporty, ona, lekko zaćpana, grzecznie powstrzymywała się od morderstw – gdyby ktoś ich zapytał, odpowiedzieliby, że na tym właśnie polega odpowiedzialność.

Pytała go, jak to jest, zabić. W końcu w chwili słabości, kompletnie zaćpany, powiedział jej, że udusił jakiegoś ćpuna dla działki heroiny w swoim najczarniejszym momencie, kiedy był w obcym mieście, kraju, sam, rozprowadził wszystkie pieniądze, i pierwszy raz w życiu czuł panikę, i głód, straszny głód. Spuścił oczy. Do tej pory miał nadzieję, że o tym zapomniała. Że to była jedna z wielu rzeczy, która umknęła jej, kiedy czyściła sobie pamięć, uzależniona od zaklęć wymazujących wspomnienia. Żałował, że się zwierzył ze swoich starych grzechów. Żałował, że wypowiedział tę cholerną przepowiednię w jej obecności, nie zaś w zaciszu swojej samotni. Żałował, że nie może uratować Diany przed nią samą, że jak zawsze jest tylko współtowarzyszem autodestrukcji. Ale przecież nie mógł jej odmówić prawdy.

– Ciężko to opisać – powiedział wreszcie, powoli, z rozmysłem, zapinając najwyższy guzik jej sukienki.

Nie był to jedyny raz, i wiedział, że ona jakimś cudem wie; jakby podświadomie wyczuwała, co w nim siedzi. Ale nie był gotowy, by o tym rozmawiać. Nie teraz.

– Jak to jest, słyszeć głos starego dziada w głowie? – zapytał zamiast tego, siląc się na żart.

Uśmiechnęła się promiennie w odpowiedzi.

– Ciężko to opisać.


---------------------------------------


Antonius Farrow przez wielu był postrzegany jako przyszły czarny koń w rywalizacji o stołek ministra magii, kiedy wszyscy dookoła szeptali, że Eugenia Jenkins niespecjalnie radzi sobie z rosnącymi napięciami społecznymi. Alex tylko przewracał oczami, kiedy widział kolejny artykuł ozdobiony jego twarzą, bo w jego mniemaniu Farrow był tylko kolejnym znudzonym celebrytą, który idąc w politykę, próbował sobie coś zrekompensować; a nie ubierał się nawet w połowie tak dobrze, jak taki Morpheus Longbottom, który ministrem mógł zostać, gdyby mu się chciało – w mniemaniu Alexa, nadawałby się, bo Mulciber, jak przystało na skończonego arystokratycznego snoba, szczerze szanował na tym ziemskim padole tylko posiadaczy trzeciego oka – a i Morpheus twarz do okładek Proroka miał doskonałą, nie musiał na siłę trzaskać sobie zdjęć z sierotami, mugolakami, wdowami, mugolakami, jakimś tałatajstwem z rynsztoków i mugolakami, jak to miał Farrow w zwyczaju!

Antonius Farrow nie był ideałem, ale trzeba przyznać, że był powszechnie lubiany i stosunkowo szanowany; był jednym z tych cholernie charyzmatycznych wizjonerów, którzy potrafią porwać tłumy, zarazić swoją energią, nawet mimo światopoglądowego populizmu. Wiedział, co zrobić, by ludzie go słuchali, i skrzętnie to wykorzystywał, głosząc hasła o równości, sprzeciwiając się rosnącym nastrojom antymugolskim, potępiając głośno tych, którzy używają mowy nienawiści wobec osób pochodzenia mugolskiego. Był odpowiedzialny za przepchnięcie kilku niewygodnych ustaw i projektów obywatelskich, które wspierały mugolaków. Ponadto, w bezpośrednim obejściu, sprawiał wrażenie naprawdę porządnego gościa, który ma serce we właściwym miejscu.

Polityk był czarodziejem półkrwi: po ojcu, dawno zubożałym magu czystej krwi, dostał nazwisko, po matce mugolaczce – fortunę, którą pomnożył ciężką pracą, i przez to aspirował do wyższych sfer. Niestety, nawet fortuna Farrowa nie potrafiła kupić mu klasy, co razem z Dianą stwierdzili, kiedy ten, podczas przyjęcia z okazji rocznicy ślubu wspólnych znajomych, Farrow wykorzystał spontanicznie zgromadzony wokół niego tłum, by wygłosić inspirujący wywód na temat czystości krwi, i bezsensowności targających społeczeństwem uprzedzeń. Różdżka sama wybiera godnego czarodzieja, nieważne, jakie jest jego pochodzenie. Tylu wielkich magów urodziło się w rodzinach od pokoleń pozbawionych daru, itp. itd.

Alex spojrzał na Dianę w tym samym momencie, kiedy Antonius Farrow zagrzmiał: w naszych żyłach nie płynie krew, tylko magia. Ktoś obok rozlał poncz, i podłoga spłynęła czerwienią, tak jak koszula Farrowa. Ten tylko śmiał się, i wzniósł toast. Alex mógł tylko patrzyć na krwistoczerwoną plamę na torsie mężczyzny, mieląc w głowie słowa przepowiedni. Jakieś niewypowiedziane porozumienie wytworzyło się w tej chwili między nim, a Dianą.


---------------------------------------


– Jak na kogoś, kto chce utrzymać obecne progi podatkowe, dużo mówi o równości... – zachichotała Diana, trochę za głośno, niż by to nakazywała ogłada, więc głowa Chestera Rookwooda, obok którego niby to przypadkiem przystanęli, mimowolnie obróciła się w ich stronę. Musiał słyszeć całą rozmowę.

– To dlatego, że nigdy nie będzie nam równy – odpowiedział Alex ze zwykłą sobie bezpośredniością, wcześniej zerknąwszy mimochodem, czy Farrow nie znajduje się w zasięgu ich głosów. – Żadne pieniądze nie zrekompensują mu tego, że jego matką jest mugolka. – Przewrócił oczami, i odwrócił się, by wziąć dla siebie i dla Diany kieliszek od jednego z przemykających między gośćmi kelnerów, i stanął twarzą w twarz z osobą, na której przyciągnięciu uwagi im najbardziej zależało.

– Co za miłe spotkanie – rzucił przyjaźnie w stronę Rookwooda. Kiedy wymienili grzeczności, Diana, jak zwykle nieoceniona w takich sprawach, przejęła na siebie ciężar konwersacji, z minką arcyniewinną, acz głosem podszytym jakąś złowieszczo wyzywającą nutą, spytała słodko Chestera:

– Podobało się panu to przemówienie?

I zachichotała.


---------------------------------------


Nawiązanie kontaktu z odpowiednimi ludźmi było proste: Duncan Mulciber całe życie utrzymywał bliskie stosunki z Chesterem Rookwoodem, który był częstym i chętnie podejmowanym gościem w rodzinnej posiadłości Mulciberow w Yorkshire. Oczywiście, na początku były to półsłówka, ostrożne rozmowy przy cygarze lub lampce wina, czysto światopoglądowe dyskusje o naturze magii, zachodzących zmianach w przekroju społeczeństwa; nic, co mogłoby otwarcie sugerować istnienie jakiegoś tajnego ugrupowania, któremu zależałoby na tym, by osoby takie jak Antonius Farrow zostały odsunięte z życia publicznego lub też, dosadniej rzecz ujmując, uciszone. Alex i Diana nie musieli niczego udawać: zwyczajnie folgowali swojemu zblazowaniu podczas tych niewinnych spotkań. Całe życie spędzili w końcu nurzając się w uciechach właściwych bogatym, dobrze urodzonym czarodziejom czystej krwi, i nie zamierzali z nich rezygnować. Choć tylko oni wiedzieli, jak bardzo ich zaangażowanie w sprawę opiera się na poczuciu misji, a jak bardzo na wewnętrznej potrzebie zaspokojenia tkwiącej w nich żądzy krwi, byli zaskakująco jednomyślni, kiedy oferowali pomoc w sprawie Farrowa, o którym znów było w mediach głośno, po tym jak zwołał nielegalny wiec polityczny przed domem brutalnie zamordowanego małżeństwa mugolaków, kolejnych ofiar ideologicznej wojny, ktorej symbolem stał się wiszący na niebie mroczny znak. Wiedzieli, że konieczny był dowód na ich lojalność, dowód oddania dla sprawy. Społeczeństwo też wydawało się coraz silniej podzielone, politycy przedstawiali skrajnie różne poglądy na eskalującą falę przemocy wobec osób niemagicznych i czarodziejów mugolskiego pochodzenia - od skrajnie konserwatywnych zwolenników czystości krwi po nowobogackich liberałów, takich jak Farrow, który dalej awansował w departamencie skarbu – zwykli ludzie woleli siedzieć cicho, choć szepty o tak zwanych śmierciożercach i Czarnym Panu stawały się coraz głośniejsze i zataczały coraz to szersze kręgi...


---------------------------------------


To, że Diana przez tyle lat zdołała utrzymać stałą pracę w Departamencie Skarbu mogło być zaskakujące dla większości ludzi, którzy ją znali, ale nie dla Alexa. Po tym jak godzinami ślęczała nad niezrozumiałymi dla obojga chemicznymi wykresikami i wreszcie odnalazła specjalistów, którzy potrafiliby oczyścić jej kokainę z fentanylu, był święcie przekonany, że przy odpowiedniej motywacji, jest gotowa na wszystko.

Farrowa znała całkiem dobrze, w końcu od lat pracowali w jednym departamencie, a jedno jej bardziej znaczące spojrzenie wystarczyło, by ten zwrócił na nią całą swoją uwagę, i zaprosił współpracownicę na kawę. To właśnie wtedy wesoła parka zderzyła się niby to przypadkiem z Alexem – który, biegnąc przez stołówkę, rzucił przepraszająco, że ma pilne wezwanie do biura – Diana zdołała wejść w posiadanie klucza do biurka Antoniusa. Szybko rozgryzła szyfr do osobistego sejfu mężczyzny, i, zostając w pracy po godzinach, wykradała zbyt skomplikowane dla Alexa księgi pełne wielkich liczb, dziwnych projektów i urzędniczego pierdolenia, dochodząc do prostego wniosku, że Farrow część pieniędzy ze swojego funduszu przeznacza na wspieranie kilku mugolskich organizacji pomocowych, (pewnie bojówek, stwierdzili), zaskakująco dużymi kwotami wspierając rodziny poszkodowanych w pierwszych atakach śmierciożerców... A ponadto aktywnie lobbuje przepchnięcie kilka bardzo niekorzystnych projektów ustaw regulujących kwestie dziedziczenia majątków ziemskich przez rody czystej krwi i... I jeszcze kilka innych rzeczy, ale to wszystko było pokrętną polityczną grą dla Alexa, któremu wystarczyło wiedzieć jedno: gość ewidentnie trochę za bardzo wspiera szlamy; bardziej niż normalni ludzie.

Byłby "dobrym" ministrem magii, pomyślał Alex, w końcu w rządzie wybierają tylko takich, co są zbyt zakochani w swoim głosie, by zwracać uwagę, co właściwie pierdolą. Farrow, skądinąd zręczny polityk, miał też, jak się okazało, słabość do pięknych kobiet, zwłaszcza takich, które przyjmowały każde jego słowo z bezkrytycznym zachwytem, i poza tym, że kompletnie nie zdawał sobie sprawy z machinacji Diany, uznając ją pewnie za kolejną, zapatrzoną w niego i jego jaśniejącą gwiazdę chwilowej sławy fankę, coraz chętniej dzielił się z nią wizją nowego porządku, jaki marzył mu się w czarodziejskim społeczeństwie. Alex zstanawiał się jak bardzo naćpana była Diana, że wytrzymała paplaninę tego gościa, ale zdecydował, że woli jednak o tym nie myśleć.

W każdym razie, Mulciber, zainspirowany tymi rewelacjami, zasięgnął języka na Nokturnie. Szybko dowiedział się, że pan Farrow, nad wyraz samotny od czasu śmierci żony, zaczął gustować w towarzystwie pewnej damy o niezbyt chlubnej przeszłości, ale za to o zgrabnych nogach i uwodzicielskim uśmiechu, i chętnie spędza z nią te rzadkie chwile, kiedy akurat nie pochłania go praca... A że jego najlepszy przyjaciel, Murtagh Macmilan, i dawna miłość, Ambrosia McKinnon znali się podejrzanie dobrze na nokturńskich burdelach, jakoś w końcu dotarł do owej pani, i przy pomocy kilku pośredników załatwił plan rezydencji polityka, jego rozkład dnia, spis najczęściej zamawianych dań podczas wyjść do restauracji, szczegółowy opis jego upodobań seksualnych, a nawet zdobył zapasowe klucze do domu.

Planowali to tak samo, jak planowaliby szybki wypad za granicę, jedną ze swoich imprez, jak normalny wypad na miasto. Hipotetycznie, mówili nieustannie, żeby nie kusić losu. W końcu tylko poddawszy się nurtowi przeznaczenia można zachować zmysły, czy jak tam to leciało.




CZĘŚĆ III: morderstwo
noc 22 grudnia 1970, dzień po Yule, rezydencja Farrowa pod Londynem

– Nie, Diana, o czym ty mówisz, przecież mamy świstoklik. Sama go załatwiłaś. Sama to zaplanowałaś – powiedział miękko, ze, zdawałoby się, nieskończonymi pokładami cierpliwości, zwykle skrzętnie skrywanymi przed światem pod oschłym, nieco znudzonym tonem, którego używał na co dzień w stosunku do większości ludzi – ale nie do Diany. – To musi być dziś.

Nie mogli wybrać lepiej. Zimowe przesilenie – najkrótszy dzień i najdłuższa noc w kole roku – moment, kiedy granica między światem żywych i umarłych ulega zatarciu. Zaiste, nadszedł czas ciemności, pomyślał Alex, przypominając sobie słowa przepowiedni, będące zarazem echem woli Slytherina, objawionej Dianie.

Chociaż dookoła widać było świąteczne ozdoby z okazji Yule, rozświetlające domy, oni kryli się w ciemnościach: byli zagubionymi duchami, błąkającymi się po tym padole, gnanymi przez zew krwi, i widma swoich grzechów.

Nie planowali szczegółów: wiedzieli, że chcą wejść, wykraść niezbędne dokumenty i wyjść. Nie wspominali o krwi, którą spływał każdy werset przepowiedni Alexa, każda wizja podsuwana Dianie przez Salazara. A jednak, od miesiąca dyskutowali, czysto hipotetycznie, co by zrobili, gdyby przyszło im kogoś zabić. Diana była dobra w magii umysłu i znała sztukę legilimencji. Alex wciąż miał niezły refleks, i potrafił się pojedynkować. Osłoniłbym cię, gdyby zrobiło się groźnie, mówił jej, a ty byś odwaliła brudną robotę i weszła mu do głowy. Diana mrużyła oczy. Hipotetycznie, dopowiadała. Hipotetycznie, zgadzał się.

Może jednak nie byli duchami, tylko aniołami śmierci?

Wszystkie światła były zgaszone, jedynie choinka przed domem błyszczała, przystrojona gustownymi lampkami. Widać Farrow wolał obchodzić święta na mugolską modłę; może też niespecjalnie miał ochotę świętować, skoro po niedawnej śmierci swojej mugolskiej żony, która zginęła w wypadku samochodowym, mieszkał sam jak palec w wielkiej rezydencji.

Alex był gotowy jeszcze zanim głos w głowie Diany zaczął skandować zzzzssabij go, zabij go. Oczy Diany błyszczały w ciemności, tylko one widoczne pod maską, a na ich dnie czaiło się tylko jedno – ni to pytanie, ni to zaproszenie, coś pomiędzy wahaniem a wyzwaniem – krótkie: robimy to? To była ich ostatnia szansa, by się wycofać.

Nagle wszystko zaczęło mieć sens.

– Rzućmy monetą – szepnął Alex, czując w palcach znajome mrowienie, jak zawsze, kiedy któraś z jego wizji przyszłości zaczynała rozgrywać się w czasie teraźniejszym. Obracał w myślach powtarzany po wielokroć fragment przepowiedni, kiedy stali przed zapomnianą, zarośniętą przez bluszcz bramką do ogrodu Farrowa, którą wieńczyło zdobienie z emblematem jego rodu: krukiem. Czy naprawdę rozewrze stalowy dziób, i "zakrzyknie boleśnie, w żałobie po swoim panu, kiedy dokona się to, co miało się dokonać"?, zastanawiał się Alex.

Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności, że akurat znalazł zagubionego galeona w kieszeni płaszcza.




CZĘŚĆ IV: sen
21 czerwca 1971, Litha, mieszkanie Alexandra przy Alei Horyzontalnej

Nie spał. Śnił. Śnił o krukach. Krążyły nad nim, żądne krwi, spragnione smaku padliny. Nie miał siły ich odegnać. Nie dał nawet rady się podnieść, co dopiero obronić przed ich ostrymi dziobami, które wyjadały mu oczy. Krew, która spływała mu po policzkach była kojąco ciepła. Nie miał już oczu, ale nie oślepł: patrzył na najbardziej zajadłego kruka, tego, który siedział mu na piersi, nie pozwalając wziąć głębszego oddechu. Chciał ukręcić mu łeb. Tak, pomyślał Alexander, tak, zrobię to. Ale ptak umknął przed jego bezsilnymi dłońmi, zakrzywionymi szponami rozorawszy w odwecie lewe przedramię jasnowidza.

Alexander obudził się z krzykiem. Przesunął dłońmi wzdłuż brzucha – we śnie, kruk o mądrych, złotych oczach wyjadał mu wątrobę – dotknął pokrytej potem twarzy, przetarł oczy – ptak, który wykuł je swym dziobem, miał z kolei kawałki zimnego obsydianu zamiast ślepi. Któremu z nich próbował skręcić kark? Nie wiedział.

Powiódł palcem po przedramieniu, na którym rysował się mroczny znak – tym samym, które poraniło we śnie ptaszysko – cofnął nawet zaklęcie maskujące, by móc lepiej przyjrzeć się pożerającej węża czaszce: pamiętał dobrze noc, w którą otrzymał ten tatuaż. Noc, kiedy wyznał Czarnemu Panu jak pozbyli się Antoniusa Farrowa. Pamiętał, jak tamten spojrzał na niego przeciągle, jak cichym, aksamitnym głosem poprosił, by powtórzył mu słowa przepowiedni, jak uśmiechnął się z lubością, kiedy Mulciber cedził ostrożnie ostatni werset.

Jak szalenie się wtedy pomyliłem, pomyślał Alexander, wracając myślami do przepowiedni, którą wypowiedział niemal rok temu. Przepowiedni, która na zawsze zmieniła jego życie. Jakże przewrotne bywają znaki. Przepowiednia nigdy nie należała do Diany – nigdy nie należała także do Alexandra, choć spłynęła z jego ust – przepowiednia zawsze należała do Czarnego Pana. Teraz to wiedział. Teraz to rozumiał. Jesteś tego pewien?, szepnął cichy głos w głowie Mulcibera, czy sam nie powiedziałeś kiedyś, że to przepowiednia wybiera człowieka, nie człowiek przepowiednię? Cóż, nie pierwszy raz wybrał źle.

Czy żałował? Teraz już nie miało to żadnego znaczenia.

Koniec sesji


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (3792)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa