24.05.2024, 18:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.05.2024, 18:11 przez Christopher Rosier.)
Było coś fascynującego w jej reakcji na tej szkic – nie samo to, że spodobał się Mildred, bo przecież Christopher nie potrafiłby uwierzyć, że jego projekt, stworzony specjalnie dla niej, się nie spodoba. Przywykł do zachwytów i pochwał, wszelką krytykę uznając za zazdrość lub personalną niechęć. Przywykł do tego, że kobiety chciały kreacji Rosiera, żałowały, że tej w szafie nie mają lub ewentualnie w paru przypadkach okazywały pewną pogardę samej idei takiej sukienki – jego zdaniem pokazową i mającą udowodnić, że są tym jedynym, wyjątkowym płatkiem śniegu. Do złości, kiedy odmawiał komuś, kogo na tę sukienkę było stać, i do odrobiny goryczy, gdy ktoś nie mógł sobie na nią pozwolić.
To było coś innego: pewne zaskoczenie, że taka suknia w ogóle mogłaby zaistnieć.
I głównie dlatego postanowił, że uszyje dla niej tę suknię, chociaż naprawdę rzadko ot tak rozdawał swoje projekty. Teraz jednak miał taki kaprys, a Christopher Rosier przywykł ulegać własnym kaprysom. Nie znał bajki o Kopciuszku, ale być może rozbawiłaby go wizja samego siebie w roli tej matki chrzestnej, o której wspomniała wcześniej Millie. Ciekawiło go, jak może ją zmienić ta suknia. Miał ten projekt, ten szkic w głowie od chwili, w której wspomniała, że chce iść do pracowni, wiedział, że i tak chciałby ją uszyć, a przecież to ona była dla niego inspiracją. Zresztą, pomogła mu, a chociaż ogólnie nie był miłym człowiekiem, z etapu dręczenia innych wyrósł po Hogwarcie – wcale nie miał ochoty jej teraz rozmyślnie ranić.
Na jego usta wypełzł leniwy uśmiech, gdy ściągnęła sweter. Czy odmówiłby, gdyby zainicjowała coś więcej? Oczywiście, że nie. W spojrzeniu, którym ją zmierzył, widać zresztą było, że całkiem podoba się mu to, co widzi. Ale w tej chwili bardziej intrygujące zdało się mu ubranie jej niż rozebranie. Kobietę do łóżka łatwiej było znaleźć niż taką, która mogła zainspirować, choćby na chwilę. Widział w niej pewną delikatność, kogoś wychowanego przez ulicę, kto przecież był jednak kobietą na swój sposób piękną i niegłupią, a przy tym z innego świata niż on. Czy miał rację? Niekoniecznie. Nie znał jej przecież. Nie wiedział, jak potrafiła się zachowywać i jak przeklinać. Może gdyby od razu zobaczył ją nie jako najpierw Brygadzistkę, a potem osobę na wystawie, odwróciłby się bez zainteresowania.
Ale poznał ją w konkretnych okolicznościach i oczarowały go jej oczy.
– Wchodź na stołek, panno Moody, weźmiemy wymiary. Plecy zostawimy nagie – zakomenderował, podrywając się z fotela. Dolał sobie szampana, jej zresztą też, a potem ze szklanką w jednym ręku i z różdżką w drugiej, przeszedł po szkicach, zaklęciem wyciągając ze skrzyni taśmy miernicze. Te zawisły w powietrzu, gotowe same zabrać się za mierzenie. – Poprzednią przygotowałem na oko, nie będziemy powtarzać tego barbarzyństwa.
Jasne, miał to oko dobre, ale jednak tamten to był gotowy projekt, niemal zapomniany, a tutaj chciał uszyć konkretną suknię, dla konkretnej dziewczyny.
Kolejne machnięcie różdżki: białe materiały pojawiły się w powietrzu, wyczarowane z nicości. Miały zniknąć, oczywiście, już wkrótce, suknię właściwą trzeba było uszyć z prawdziwej tkaniny. Ale takie czary były nieocenione przy doborze odcienia, drobnych elementów projektu.
– Śnieżna biel będzie pewnie najlepsza, ale spróbujemy też ze złamaną, porównamy, co najlepiej pasuje do cery i do włosów… – zaczął mówić, a taśmy, materiały i szkic wirowały wokół, gdy szykował sukienkę dla Mildred Moody.
To było coś innego: pewne zaskoczenie, że taka suknia w ogóle mogłaby zaistnieć.
I głównie dlatego postanowił, że uszyje dla niej tę suknię, chociaż naprawdę rzadko ot tak rozdawał swoje projekty. Teraz jednak miał taki kaprys, a Christopher Rosier przywykł ulegać własnym kaprysom. Nie znał bajki o Kopciuszku, ale być może rozbawiłaby go wizja samego siebie w roli tej matki chrzestnej, o której wspomniała wcześniej Millie. Ciekawiło go, jak może ją zmienić ta suknia. Miał ten projekt, ten szkic w głowie od chwili, w której wspomniała, że chce iść do pracowni, wiedział, że i tak chciałby ją uszyć, a przecież to ona była dla niego inspiracją. Zresztą, pomogła mu, a chociaż ogólnie nie był miłym człowiekiem, z etapu dręczenia innych wyrósł po Hogwarcie – wcale nie miał ochoty jej teraz rozmyślnie ranić.
Na jego usta wypełzł leniwy uśmiech, gdy ściągnęła sweter. Czy odmówiłby, gdyby zainicjowała coś więcej? Oczywiście, że nie. W spojrzeniu, którym ją zmierzył, widać zresztą było, że całkiem podoba się mu to, co widzi. Ale w tej chwili bardziej intrygujące zdało się mu ubranie jej niż rozebranie. Kobietę do łóżka łatwiej było znaleźć niż taką, która mogła zainspirować, choćby na chwilę. Widział w niej pewną delikatność, kogoś wychowanego przez ulicę, kto przecież był jednak kobietą na swój sposób piękną i niegłupią, a przy tym z innego świata niż on. Czy miał rację? Niekoniecznie. Nie znał jej przecież. Nie wiedział, jak potrafiła się zachowywać i jak przeklinać. Może gdyby od razu zobaczył ją nie jako najpierw Brygadzistkę, a potem osobę na wystawie, odwróciłby się bez zainteresowania.
Ale poznał ją w konkretnych okolicznościach i oczarowały go jej oczy.
– Wchodź na stołek, panno Moody, weźmiemy wymiary. Plecy zostawimy nagie – zakomenderował, podrywając się z fotela. Dolał sobie szampana, jej zresztą też, a potem ze szklanką w jednym ręku i z różdżką w drugiej, przeszedł po szkicach, zaklęciem wyciągając ze skrzyni taśmy miernicze. Te zawisły w powietrzu, gotowe same zabrać się za mierzenie. – Poprzednią przygotowałem na oko, nie będziemy powtarzać tego barbarzyństwa.
Jasne, miał to oko dobre, ale jednak tamten to był gotowy projekt, niemal zapomniany, a tutaj chciał uszyć konkretną suknię, dla konkretnej dziewczyny.
Kolejne machnięcie różdżki: białe materiały pojawiły się w powietrzu, wyczarowane z nicości. Miały zniknąć, oczywiście, już wkrótce, suknię właściwą trzeba było uszyć z prawdziwej tkaniny. Ale takie czary były nieocenione przy doborze odcienia, drobnych elementów projektu.
– Śnieżna biel będzie pewnie najlepsza, ale spróbujemy też ze złamaną, porównamy, co najlepiej pasuje do cery i do włosów… – zaczął mówić, a taśmy, materiały i szkic wirowały wokół, gdy szykował sukienkę dla Mildred Moody.
Koniec sesji