29.12.2023, 21:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.12.2023, 21:57 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine lubiła książki – nie tylko dlatego, że pozwalały jej uciec przed problemami dnia codziennego; nie tylko dlatego, że czytając, mogła zapomnieć, przenieść się do innego świata, na chwilę oblec w skórę, w której czuła się bardziej komfortowo niż w swojej własnej – dzięki nim czuła się przede wszystkim mniej samotna.
Kiedyś czytała więcej, ale obecnie, przez nawał szkolnych obowiązków, rzadko pozwalała sobie zarywać noce, tak jak jeszcze kilka lat temu, kiedy nie potrafiła odłożyć nowej książki na bok, dopóki jej nie skończyła. Rozważniej dobierała także lektury, bo zdążyła wyrobić sobie określony gust: lubiła ładne słowa, eleganckie zdania, rozwlekłe metafory i poetyckie dywagacje na temat natury ludzkiej; podobały jej się odważne zabiegi narracyjne, opisy gwałtownych emocji, i to, że mogła przeżywać targające nią skrajności z poziomu bezpiecznego dystansu emocjonalnego, jaki oferował papier.
Teraz… Lorraine potrzebowała zdecydowanie więcej mentalnej przestrzeni, by pozwolić sobie na odpowiednie rozkoszowanie się ambitniejszymi dziełami literatury – choć dalej lubiła czytać, częściej sięgała po lektury mniej wymagające – nieważne, czy w ręce wpadł jej infantylny harlekin, poważna historyczna epopeja, czy niedorzeczna powieść fantasy, w której smoki mówiły ludzkim głosem, a elfy nie były domowymi popychadłami typu przynieś/wynieś/pozamiataj, tylko szlachetną rasą panów o skomplikowanej hierarchii społecznej, tworzących podwaliny cywilizacji bardziej zaawansowanej aniżeli rodzaj ludzki mógł sobie wymarzyć.
Kiedy jednak przeczytała coś wybitnego – coś, co poruszyło ją do głębi – budziły się w niej pokłady szczerej pasji, które uruchamiały się także i w tych momentach, gdy ktoś wspomniał przy Lorraine tematy takie jak muzyka, eliksiry czy magiczne szachy… Czy cokolwiek było w danej chwili obsesją dziewczyny.
– Dla mnie nie była nudna – zaprotestowała więc Lorraine, ożywiona nieco podjętą dyskusją. Opierała się o otwarte na oścież drzwi szpitalnej szafki, odpoczywając, po tym jak wybebeszyła zawartość tajnego schowka pielęgniarki. Nie chciała się do tego przyznawać przed Brenną, ale jednak czuła się trochę słabo. – Główna bohaterka była jedną z ciekawszych postaci i stała za większością wydarzeń, które napędzały fabułę dramatu. Fakt, było tam sporo stron zajmowanych wyłącznie przez wewnętrzne monologi postaci… Ale ja to lubię. – Uśmiechnęła się lekko, kiedy Brenna wciągnęła się w analizowanie fabuły Sekretów Londynu z kompletnie innego stanowiska niż zajmowała Malfoyówna, choć bynajmniej nie dlatego, że nie szanowała gustu starszej koleżanki – reakcja Longbottomówny tylko potwierdzała osobisty pogląd Lorraine na to, że każdy wyciąga z danej książki to, co chce z niej wyciągnąć.
– Najpiękniejsze jest właśnie to, że forma dramatu pozwala każdemu na samodzielne wysnucie własnych wniosków na temat postaci, no i daje unikalne, dysonansowe wrażenie wewnętrznych konfliktów, jakie przeżywają: bohaterowie co innego myślą, co innego czują, a jeszcze co innego robią... Tak jak w prawdziwym życiu. Popatrz, sam mój opis wywołał u ciebie tyle przemyśleń! – zauważyła Malfoy, choć nie miała czasu, by odnieść się jakoś dokładniej do zarzutów Brenny – chciała powiedzieć, że i bohaterka, i manipulantka, rzeczywiście spotykają się po latach (na zakupach właśnie!! ale że na czarnym rynku, a nie dożynkach na Pokątnej, no to szczegół…), ale nic między nimi nie jest takie samo; że panowie mają własny, bardzo rozbudowany wątek (obejmujący perypetie większej grupki chłopaków, teraz już dojrzałych mężczyzn, przyjaźniących się od dzieciaka), w którym dużo jest rozważań o potędze braterstwa i lojalności wobec przyjaciół skonfrontowanej z koniecznością wierności przeciwstawnym ideologiom – bo ta na siłę wcisnęła jej książkę w ręce, tylko po to, by sama wziąć się za analizowanie fabuły Ekipy z Nokturnu. Lorraine z rozbawieniem przysłuchiwała się opisowi dziewczyny.
– …Niech zgadnę, a wszyscy byli współlokatorami ze Śmiertelnego Nokturnu, i przeżywali najprzeróżniejsze perypetie w stylu czarnej komedii, tyle samo razy ocierając się o śmierć, co o chwałę, i wznosząc się ponad smrodliwe rynsztoki aż po wyżyny mafijnych penthouse’ów, by na koniec żyć długo i szczęśliwie, współdzieląc hipotekę na rozpadającą się kamienicę, gdzie to oryginalnie się zapoznali? – puściła wolno wodze wyobraźni, biorąc na chwilę od Brenny wyłowioną ze stosu tomiszczy książkę, by przeczytać naprędce opis z tyłu okładki.
Fajnie to brzmi, pomyślała. Trochę jak obyczajówka, trochę jak powieść z gatunku tych łotrzykowskich kryminałów, gdzie niby żartuje się że prawdziwym skarbem byli przyjaciele, których zdobyliśmy w trakcie naszych duchowych podróży, ale postaci rzeczywiście znajdują fortunę antagonisty w katakumbach Podziemnych Ścieżek. Szalenie podobał jej się pomysł na fabułę. – Wiesz, ja chyba czytałam jakiś prequel do tej magicznej menażerii wyjętych spod prawa dziwaków – Nie potrafiła umiejscowić dziwnego uczucia, które teraz ją ogarnęło. Coś jakby… Deja vu? – Pamiętam postać metamorfogini, ona chyba rekrutowała do naszej drużyny marzeń jakiegoś narwanego medyka... Prym wiódł tam wątek pomylonej tożsamości, pamiętam, że był tam taki moment, że wspomniany medyk pojawił się w mieszkaniu szantażowanego zbira pod animagiczną postacią kota. Podszywająca się pod jego zbrodniczego szefa pani metamorfomag, która zwykła planować co do szczegółu każdą zasadzkę, nie przewidziała tym razem nagłego ataku alergii na kocią sierść... Wyobraź sobie, że jakimś cudem pod koniec książki i tak stali się przyjaciółmi, choć najpierw skakali sobie do gardeł, i ostatecznie pili wódkę ogórkową z tym byłym BUMowcem z następnej części, i jakimś skonfliktowanym wewnętrznie właścicielem domu uciech, celującym w magii umysłu... I to wszystko w samym sercu Związku Radzieckiego. A może Chin? – Machnęła ręką ze zniecierpliwieniem, zirytowana własną dziurawą pamięcią, i oddała Brennie książkę z powrotem. – Choć ta nowa część brzmi bardziej mrocznie niż poprzednie. Tak jakby postaci musiały sobie realnie poradzić nie tylko ze złem wokół nich – ale i w nich. Cooooool.
Międzyczasie, nie przerywając opowiadania, Lorraine próbowała z powrotem upchać książki do szafki, chociaż niespecjalnie jej to szło, bo te ewidentnie mieściły się w małych schowku tylko dzięki magii, a Malfoy zostawiła różdżkę na stoliku przy łóżku. Zresztą, wcześniejszy ból głowy odezwał się teraz znowu, ze zdwojoną mocą. Normalnie nie przystałaby na propozycję Brenny, która łaskawie zaoferowała się, że włoży książki na miejsce, ale w tej chwili myślała tylko o powrocie do łóżka i długiej drzemce, która oddaliłaby od niej widmo pulsującego bólu w skroni. Ściskając w dłoni Sekrety Londynu, jakoś doczłapała się z powrotem na miejsce. Czy to dlatego, że tak stresowała się zaproszeniem Brenny, czy może rzeczywiście przeczytała o jedno romansidło za dużo, i mózg jej się od tego zdążył zlasować? Nie, to nie to. Ziewając dyskretnie, zastanawiała się nad tym dziwnym uczuciem, które nie opuszczało jej od momentu rozpoczęcia dyskusji na temat czytelniczych upodobań… Ale postanowiła, że równie dobrze może pomyśleć o tym jutro.
– Wiesz, w sumie tak mnie naszło… Wszyscy w tych książkach są trochę głupi, ale pomyśl… – Wsunęła pod poduszkę Brenny Sekrety Londynu, i zakopała się pod swoim kocem, tak, że do starszej koleżanki mógł dotrzeć teraz tylko stłumiony głos Lorraine – …Gdyby te postaci były mądre, to dopiero by się czytelnik wynudził… Jakbyś chciała leczyć rany na psychice, to myślę, że już jesteśmy w odpowiednim miejscu, bo… – Niestety, Malfoy zasnęła, zanim zdążyła dokończyć napoczętą myśl – może to i lepiej, bo chciała polecić starszej koleżance swój ulubiony tomik poezji, pełen ckliwych i tragicznie egzaltowanych utworów, które już prawie na pewno zanudziłby biedną Brennę na śmierć.
Cóż, panna Longbottom zawsze mogła się rozerwać lekturą Sekretów Londynu, które spoczywały bezpiecznie schowane pod jej poduszką.
Kiedyś czytała więcej, ale obecnie, przez nawał szkolnych obowiązków, rzadko pozwalała sobie zarywać noce, tak jak jeszcze kilka lat temu, kiedy nie potrafiła odłożyć nowej książki na bok, dopóki jej nie skończyła. Rozważniej dobierała także lektury, bo zdążyła wyrobić sobie określony gust: lubiła ładne słowa, eleganckie zdania, rozwlekłe metafory i poetyckie dywagacje na temat natury ludzkiej; podobały jej się odważne zabiegi narracyjne, opisy gwałtownych emocji, i to, że mogła przeżywać targające nią skrajności z poziomu bezpiecznego dystansu emocjonalnego, jaki oferował papier.
Teraz… Lorraine potrzebowała zdecydowanie więcej mentalnej przestrzeni, by pozwolić sobie na odpowiednie rozkoszowanie się ambitniejszymi dziełami literatury – choć dalej lubiła czytać, częściej sięgała po lektury mniej wymagające – nieważne, czy w ręce wpadł jej infantylny harlekin, poważna historyczna epopeja, czy niedorzeczna powieść fantasy, w której smoki mówiły ludzkim głosem, a elfy nie były domowymi popychadłami typu przynieś/wynieś/pozamiataj, tylko szlachetną rasą panów o skomplikowanej hierarchii społecznej, tworzących podwaliny cywilizacji bardziej zaawansowanej aniżeli rodzaj ludzki mógł sobie wymarzyć.
Kiedy jednak przeczytała coś wybitnego – coś, co poruszyło ją do głębi – budziły się w niej pokłady szczerej pasji, które uruchamiały się także i w tych momentach, gdy ktoś wspomniał przy Lorraine tematy takie jak muzyka, eliksiry czy magiczne szachy… Czy cokolwiek było w danej chwili obsesją dziewczyny.
– Dla mnie nie była nudna – zaprotestowała więc Lorraine, ożywiona nieco podjętą dyskusją. Opierała się o otwarte na oścież drzwi szpitalnej szafki, odpoczywając, po tym jak wybebeszyła zawartość tajnego schowka pielęgniarki. Nie chciała się do tego przyznawać przed Brenną, ale jednak czuła się trochę słabo. – Główna bohaterka była jedną z ciekawszych postaci i stała za większością wydarzeń, które napędzały fabułę dramatu. Fakt, było tam sporo stron zajmowanych wyłącznie przez wewnętrzne monologi postaci… Ale ja to lubię. – Uśmiechnęła się lekko, kiedy Brenna wciągnęła się w analizowanie fabuły Sekretów Londynu z kompletnie innego stanowiska niż zajmowała Malfoyówna, choć bynajmniej nie dlatego, że nie szanowała gustu starszej koleżanki – reakcja Longbottomówny tylko potwierdzała osobisty pogląd Lorraine na to, że każdy wyciąga z danej książki to, co chce z niej wyciągnąć.
– Najpiękniejsze jest właśnie to, że forma dramatu pozwala każdemu na samodzielne wysnucie własnych wniosków na temat postaci, no i daje unikalne, dysonansowe wrażenie wewnętrznych konfliktów, jakie przeżywają: bohaterowie co innego myślą, co innego czują, a jeszcze co innego robią... Tak jak w prawdziwym życiu. Popatrz, sam mój opis wywołał u ciebie tyle przemyśleń! – zauważyła Malfoy, choć nie miała czasu, by odnieść się jakoś dokładniej do zarzutów Brenny – chciała powiedzieć, że i bohaterka, i manipulantka, rzeczywiście spotykają się po latach (na zakupach właśnie!! ale że na czarnym rynku, a nie dożynkach na Pokątnej, no to szczegół…), ale nic między nimi nie jest takie samo; że panowie mają własny, bardzo rozbudowany wątek (obejmujący perypetie większej grupki chłopaków, teraz już dojrzałych mężczyzn, przyjaźniących się od dzieciaka), w którym dużo jest rozważań o potędze braterstwa i lojalności wobec przyjaciół skonfrontowanej z koniecznością wierności przeciwstawnym ideologiom – bo ta na siłę wcisnęła jej książkę w ręce, tylko po to, by sama wziąć się za analizowanie fabuły Ekipy z Nokturnu. Lorraine z rozbawieniem przysłuchiwała się opisowi dziewczyny.
– …Niech zgadnę, a wszyscy byli współlokatorami ze Śmiertelnego Nokturnu, i przeżywali najprzeróżniejsze perypetie w stylu czarnej komedii, tyle samo razy ocierając się o śmierć, co o chwałę, i wznosząc się ponad smrodliwe rynsztoki aż po wyżyny mafijnych penthouse’ów, by na koniec żyć długo i szczęśliwie, współdzieląc hipotekę na rozpadającą się kamienicę, gdzie to oryginalnie się zapoznali? – puściła wolno wodze wyobraźni, biorąc na chwilę od Brenny wyłowioną ze stosu tomiszczy książkę, by przeczytać naprędce opis z tyłu okładki.
Fajnie to brzmi, pomyślała. Trochę jak obyczajówka, trochę jak powieść z gatunku tych łotrzykowskich kryminałów, gdzie niby żartuje się że prawdziwym skarbem byli przyjaciele, których zdobyliśmy w trakcie naszych duchowych podróży, ale postaci rzeczywiście znajdują fortunę antagonisty w katakumbach Podziemnych Ścieżek. Szalenie podobał jej się pomysł na fabułę. – Wiesz, ja chyba czytałam jakiś prequel do tej magicznej menażerii wyjętych spod prawa dziwaków – Nie potrafiła umiejscowić dziwnego uczucia, które teraz ją ogarnęło. Coś jakby… Deja vu? – Pamiętam postać metamorfogini, ona chyba rekrutowała do naszej drużyny marzeń jakiegoś narwanego medyka... Prym wiódł tam wątek pomylonej tożsamości, pamiętam, że był tam taki moment, że wspomniany medyk pojawił się w mieszkaniu szantażowanego zbira pod animagiczną postacią kota. Podszywająca się pod jego zbrodniczego szefa pani metamorfomag, która zwykła planować co do szczegółu każdą zasadzkę, nie przewidziała tym razem nagłego ataku alergii na kocią sierść... Wyobraź sobie, że jakimś cudem pod koniec książki i tak stali się przyjaciółmi, choć najpierw skakali sobie do gardeł, i ostatecznie pili wódkę ogórkową z tym byłym BUMowcem z następnej części, i jakimś skonfliktowanym wewnętrznie właścicielem domu uciech, celującym w magii umysłu... I to wszystko w samym sercu Związku Radzieckiego. A może Chin? – Machnęła ręką ze zniecierpliwieniem, zirytowana własną dziurawą pamięcią, i oddała Brennie książkę z powrotem. – Choć ta nowa część brzmi bardziej mrocznie niż poprzednie. Tak jakby postaci musiały sobie realnie poradzić nie tylko ze złem wokół nich – ale i w nich. Cooooool.
Międzyczasie, nie przerywając opowiadania, Lorraine próbowała z powrotem upchać książki do szafki, chociaż niespecjalnie jej to szło, bo te ewidentnie mieściły się w małych schowku tylko dzięki magii, a Malfoy zostawiła różdżkę na stoliku przy łóżku. Zresztą, wcześniejszy ból głowy odezwał się teraz znowu, ze zdwojoną mocą. Normalnie nie przystałaby na propozycję Brenny, która łaskawie zaoferowała się, że włoży książki na miejsce, ale w tej chwili myślała tylko o powrocie do łóżka i długiej drzemce, która oddaliłaby od niej widmo pulsującego bólu w skroni. Ściskając w dłoni Sekrety Londynu, jakoś doczłapała się z powrotem na miejsce. Czy to dlatego, że tak stresowała się zaproszeniem Brenny, czy może rzeczywiście przeczytała o jedno romansidło za dużo, i mózg jej się od tego zdążył zlasować? Nie, to nie to. Ziewając dyskretnie, zastanawiała się nad tym dziwnym uczuciem, które nie opuszczało jej od momentu rozpoczęcia dyskusji na temat czytelniczych upodobań… Ale postanowiła, że równie dobrze może pomyśleć o tym jutro.
– Wiesz, w sumie tak mnie naszło… Wszyscy w tych książkach są trochę głupi, ale pomyśl… – Wsunęła pod poduszkę Brenny Sekrety Londynu, i zakopała się pod swoim kocem, tak, że do starszej koleżanki mógł dotrzeć teraz tylko stłumiony głos Lorraine – …Gdyby te postaci były mądre, to dopiero by się czytelnik wynudził… Jakbyś chciała leczyć rany na psychice, to myślę, że już jesteśmy w odpowiednim miejscu, bo… – Niestety, Malfoy zasnęła, zanim zdążyła dokończyć napoczętą myśl – może to i lepiej, bo chciała polecić starszej koleżance swój ulubiony tomik poezji, pełen ckliwych i tragicznie egzaltowanych utworów, które już prawie na pewno zanudziłby biedną Brennę na śmierć.
Cóż, panna Longbottom zawsze mogła się rozerwać lekturą Sekretów Londynu, które spoczywały bezpiecznie schowane pod jej poduszką.
Koniec sesji