Nie wiedział, co robią ręce, dotykajace, gładzące, drapiące plecy, łapiące za biodra, zsuwające się po udach. Nie wiedział, co robią usta całujące na oślep, gryzące, liżące, chłonące zapach i smak w tym samym czasie. Nie wiedział, co robi gardło, coraz mocniej, coraz głośniej dające upust trwającej rozkoszy chwili. Nie wiedział nic, prócz tego, jak właściwe to było, naturalne i pełne, pośród zieleni mchów i fioletu wrzosów.
Ty moja, a ja Twój... – chciał powiedzieć, gdy przyszła pełnia, lecz zdołał tylko odgarnąć jej głowę, by móc spojrzeć w piękne oczy swojej boginii, oślepnąć od jej słonecznego blasku i zrozumieć w końcu, że kolor jej oczu to ten sam, który ma kwiat paproci poszukiwany tej nocy. I zerwał ten kwiat, zapadając się w bezpamiętnie, otwierając na nią, oddając swoją duszę istocie, zwykłej kiedyś, ale wysyconej magią tworzenia teraz.
A gdy w końcu umilkli, gdy opadli w końcu zmęczeni, otulił ją mocno nagle zlękniony, że zmarznie, że nie było jej wygodnie. Poszum słów wrócił, wątpliwości i niepewności tego co między nimi właśnie się zadziało i jak będzie to rezonować na kolejne dni, miesiące, lata... Nieświadom zupełnie proroczych słów zalęgłych w jego głowie, oddawał jasnym włosom leniwe pocałunki...