• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 9 Dalej »
[5 czerwca 1972] poet, philosopher and failrue | garrick & laurence

[5 czerwca 1972] poet, philosopher and failrue | garrick & laurence
hedera
how i delight
in serene melancholy
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (185 cm) i szczupły mężczyzna o urodziwej, choć zmęczonej twarzy w odcieniu porcelany. Spojrzenie mętne, włosy potargane, odzienie pomięte i niepasujące do siebie.

Laurence Selwyn
#1
08.10.2023, 20:16  ✶  
W piersi ciążyło mu kamienne serce, zaś w kieszeni pęknięta różdżka.
Przemierzał Pokątną w popielatości dogasającego dnia z głową spuszczono nisko, licząc na chodniku pęknięcia, których przybyło od jego ostatniej wizyty w tej części Londynu, tak jak jemu przybyło lat i zmarszczek. Tylko raz podniósł swoje zmęczone spojrzenie na jedną ze sklepowych witryn i przeraził się obrazu, jaki sobą reprezentował; kilkutygodniowy zarost i podkrążone oczy, potargane włosy i oczy ziejące pustką, koszula, która od dawna nie widziała żelazka i narzucona na nią wypłowiała marynarka, choć było ciepło, ale Laurence był już stary i drżał z zimna przy byle przeciągu. Oderwał wzrok od wraka człowieka, czując na policzkach piekący wstyd i przyśpieszył kroku. Po drodze wpadł na jedną z wypełnionych truskawkami łubianek z zamykającego się stoiska. Czerwone owoce rozsypały się na ziemi, a on upadł na kolana i zbierał każdy z nich rozedrganymi dłońmi, bliski rozsypania się z poczucia bezsilności.
— Przepraszam, przepraszam, przepraszam... — szeptał niemalże płaczliwie, gdy sok barwił jego palce na kolor krwi, jednak nie odważył się podnieść wzroku na sprzedawczynię. A ona przemawiała do niego łagodnie, mówiąc, że nic się nie stało i jednym zaklęciem posprzątała bałagan, którego był sprawcą. To wystarczyło, by poczuł się jeszcze mniejszy i słabszy i odszedł stamtąd pośpiesznie. Nie obawiał się rozpoznania; trzeba być naprawdę szaleńcem, by uwierzyć, że ten rachityczny mężczyzna był kiedyś wielką gwiazdą.

Zatrzymał się wreszcie przed dobrze znanym mu sklepem i z bezgłośnym westchnieniem wyrywającym się spomiędzy warg doszedł do wniosku, że od jego ostatniej wizyty w tym miejscu nic się nie zmieniło. Zajrzał do środka przez zakurzoną szybę; za ladą nikogo nie było, lecz wydawało mu się, że zna go na tyle dobrze, by wiedzieć, że zapewne kryje się za tym stosem różdżek wystruganych przez jego dłonie, których nie mógł sprzedać, bo ludzie go nie rozumieli, choć on zawsze starał się zrozumieć ludzi. Ostrożnie pchnął drzwi, a zawieszony nad nimi dzwoneczek oznajmił jego przybycie. Poczucie winy skręcało Selwyna za żołądek, chciał odwrócić się na pięcie i odejść, uciec jak najdalej z tego sklepu, z którym wiązało się tyle wspomnień, lecz wtedy zza labiryntu pudełek wyłoniła się sylwetka Garricka - starszego i poważniejszego niż go zapamiętał, lecz sprawiającego samym swym spojrzeniem, że Laurence opuszczał gardę - i było za późno, by po prostu odejść.

Chciał rzucić coś zabawnego lub błyskotliwego, albo chociaż przeprosić go za to, że milczał przez tyle lat (choć nadal trzymał każdy z jego listów w specjalnej szkatułce i wracał do nich, gdy świat okazywał się przerażającym miejscem, choć znał już je na pamięć), bądź też paść mu w ramiona i szlochać, bowiem to właśnie na szloch zbierało mu się od chwili, w której przekroczył próg swojego mieszkania z uszkodzoną różdżką.
— Dobry wieczór — powiedział zamiast tego ochryple, czując jak dreszcze niezręczności prześlizgują się wzdłuż jego kręgosłupa — Zdążyłem przed zamknięciem?
orphic
sky above
earth below
and peace within
wiek
58
sława
—
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
snycerz, sklepikarz
Jest już stary i ubiera się, jakby był z innej epoki, na pewno nie dasz mu mniej lat, niż ma w rzeczywistości, a może nawet dodasz mu kilka, bo siwiejące czupryna i broda Garricka twardo przypominają o nieuchronnym upływie czasu. Zadbany, ale nie w sposób przesadny - czuć od niego luz i swobodę. Widać, że w swoich ubraniach czuje się dobrze i jest mu wygodnie. Ciężko wyobrazić go sobie w innym wydaniu. Ma metr siedemdziesiąt wzrostu i obawiam się, że już nie urośnie.

Garrick Ollivander
#2
16.10.2023, 16:31  ✶  
Sklep Ollivanderów był miejscem tak starym, że pamiętał czasy, o których nie śniło się wielu historykom. Kiedy Garrick opowiadał o tym małym dzieciom, te zwykle wyobrażały sobie tę małą kamieniczkę stojącą na pustkowiu, jeszcze zanim wokół niego zbudowano resztę Londynu. To oczywiście nie była prawda, po pierwsze nie był aż tak stary, żeby istnieć przed powstaniem na tych terenach cywilizacji (no bo kto by wtedy kupował te różdżki), a po drugie, na przestrzeni lat budynek, jego fasada, oszklona witryna - wszystkie ulegały (czasami nawet gwałtownym!) zmianom.

Ale przez ostatnie, powiedzmy, że dwieście lat, sklep ani drgnął. Ogarnął go całkowity, niezmienny i pochłaniający spokój. Ten spokój przylgnął również do charakteru i oblicza obecnego właściciela. Garrick należał do ludzi nieco ekscentrycznych i miewał momenty, kiedy zaskakiwał nie tylko niesamowitą erudycją, ale i taką niepasującą do reszty wizerunku swawolą, ale ten spokój, ta cisza sklepu z różdżkami położonego w centrum magicznego świata, a jednocześnie zdającego się bycia czymś na jego uboczu... Wysokie regały pokryte stosami pudełek. Nieco zakurzona lada. Drabina, po której bałoby się wejść więcej ludzi. Oszałamiająca ilość brązu. Zapach drewna i żywicy, uderzający do nozdrzy od razu po przekroczeniu progu i... on - Garrick, stojący gdzieś na widoku, lub chowający się na antresoli, gdzie wypełniał dokumenty lub czytał swoje ulubione książki. Niezależnie od tego, czy wszedłeś do tego sklepu wczoraj, dziesięć, dwadzieścia, czy trzydzieści lat temu, twoje odczucia zapewne się nie zmieniły.

No... Chyba że nazywałeś się Laurence Selwyn. Istnieli ludzie, dla których sklep Ollivandera, pachnący i wyglądający tak samo od dwustu lat, wcale nie przywodził na myśl chwil z nową różdżką, kiedy rodzice zabrali go tutaj przed pierwszą wizytą w Hogwarcie. Dla niektórych to było też miejsce śmiechu, spożywania kolejnych szklaneczek whiskey i...

- Już idę...!

Uniesiony głos Garricka, ale nie krzyk, poniósł się po pomieszczeniu, a zaraz po tym dało się słyszeć głośne tupanie na zapleczu. Ollivander odłożył heblarkę, oczyścił dłonie i ubranie szybkim zaklęciem i udał się poza warsztat, do wnętrza sklepu, w którym nie spodziewał się zastać nikogo o tej godzinie, ale... w gruncie rzeczy czemu miałby potencjalnego klienta nie przyjąć, przecież to nie było tak, że istniała jakaś dobra pora na zakup różdżki.

Wychyliwszy się zza zasłony z kolorowych koralików, która wisiała w przejściu, uśmiechał się serdecznie, ale im dłużej wpatrywał się w osobę stojącą w środku, ten uśmiech coraz bardziej znikał, a twarz Garricka stawała się blednąć. Nie był aż tak słaby, żeby na jego widok upaść, ale faktycznie zrobiło mu się słabo.

- Laurie? - Ledwo go dostrzegł za tym zarostem, za smutnymi oczyma. Tak jak on go pewnie teraz ledwo dostrzegał za wylewającą się na twarz niepewnością. - Laurie... - powtórzył, już nie wahając się, nie stawiając w tonie głosu znaku zapytania. - Oh, wróciłeś do Londynu? Dobrze cię widzieć. - Rzucił odrobinę weselej, ale brzmiał tak niezręcznie i sztucznie jak się tylko dało. Miał pięćdziesiąt lat na karku, a nie miał pojęcia, cóż takiego mógł uczynić z rękoma, więc splótł ze sobą palce i stał tak jak kukła. Ani drgnął.

@Laurence Selwyn


no rain,
no flowers
.
hedera
how i delight
in serene melancholy
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (185 cm) i szczupły mężczyzna o urodziwej, choć zmęczonej twarzy w odcieniu porcelany. Spojrzenie mętne, włosy potargane, odzienie pomięte i niepasujące do siebie.

Laurence Selwyn
#3
30.10.2023, 00:02  ✶  
Czuł się tak samo bezradny jak wtedy, gdy przed kilkoma tygodniami stał w czasie sztormu na pokładzie statku płynącego z Nowego Jorku do Belfastu.
Błękity i granaty, chabry, kobalty, szafiry, szarości oraz srebrności zlały się w jedność i zastąpił je przestwór lodowatego morza. Nieprzystępnej, lodowatej toni pragnącej pochwycić go w swe szpony i złożyć na swym dnie, na złocistym piasku, który nie wie, że jest złocisty, bowiem nigdy nie widział słońca, które czule rozjaśniłoby jego oblicze. Znał tylko ciemność, nieprzenikniona czerń, niezbadana w swej obojętności. Pragnął się jej poddać, zanurzyć w tych odmętach i nim położy się na dnie, powiedzieć piasku, że ma kolor pól pszenicy, chociaż wiedział, że woda jest kapryśną i zdradliwą sojuszniczką, która prędko zwraca to, co wcześniej zawłaszczyła; blade i nabrzmiałe, owinięte całunem wodorostów.
Wszyscy schronili się w ciepłych kajutach i wydawało mu się, że został sam, a przed sobą miał wzburzoną wodę, rozsierdzony żywioł, który atakował ze wszystkich stron wściekle wysokimi falami, wlewającymi się za burtę i uderzające z siłą powodującą ból podobny do smagnięcia biczem, gdy natrafiały na skórę. Zdawało mu się, że okręt nie przetrwa szkwału; mocny grzywacz uderzył prosto w rufę, a Laurence wspiął się na burtę, by do niego dołączyć. Zanim jednak ciało zanurzyło się w odmętach zapienionego morza, czyjaś dłoń chwyciła go za ramię i powstrzymała przed upadkiem, ale nie była w stanie wyswobodzić Selwyna z objęć delirycznego transu. Spojrzał na swojego wybawcę, lecz nie widział w nim przypadkowego marynarza, który pośpieszył mu z pomocą, lecz Garricka Ollivandera, wyciągającego do niego rękę w ostatniej chwili, ratującego go przed agonią w głębinach. Nie umiem pływać, wychrypiał wtedy rozpaczliwie, a kościste palce desperacko chwyciły poły marynarki nieznajomego. Nie umiem pływać, nikt nigdy mnie nie nauczył.

A teraz stał na lądzie, w znanym mu sklepie z różdżkami, w którym jedynym zmieniającym się elementem była ilość siwych włosów właściciela i obserwował jak uśmiech na twarzy mężczyzny gaśnie, kiedy dociera do niego, z kim ma do czynienia, jak niepewność wlewa się na jego licu. Chciał odwrócić się i wyjść, znów wyjechać i nigdy więcej nie pojawiać się w życiu Ollivandera, lecz wtedy z jego ust padło to jedno słowo, które sprawiło, że postanowił zaryzykować i zostać.

Laurie.

Dla świata był Laurencem, dla bliskich Larrym, lecz tylko Garrick zdrabniał jego imię w ten sposób, nadawał mu nieznanej dotąd miękkości i eteryczności, którą zdawał się wypłukać ze swego jestestwa wraz z kolejną butelką wina. Podczas długich miesięcy spędzonych w szpitalu psychiatrycznym wpatrywał się w biały sufit i rozmyślał o tym, jak mogłoby wyglądać ich ponownie spotkanie. Układał w głowie scenariusze i wymyślał błyskotliwą odpowiedź na każdą ewentualność; wyobrażał sobie, że przekuwa całą sytuację w żart, a później jest jak dawniej.
Lecz życie nie było wyreżyserowaną sceną, którą w razie niepowodzenia może powtórzyć, a Laurence, jak na złość zapomniał tekstu. Wpatrywał się w niego, nie wiedząc, jak powinien się zachować, błądził wzrokiem po sylwetce Ollivandera i sklepie, którego każdy centymetr wyrył się głęboko w jego wspomnieniach. To nie tak, że nie chciał patrzeć Garrickowi w oczy, naprawdę próbował, jednak nie był w stanie wytrzymać dłużej niż ułamek sekundy; Selwyn od środka palił się ze wstydu — za swoje zachowanie, za to, że nie odpisał na żaden z listów Garricka, za to, jak wyglądał oraz okropny bałagan, jaki panował w jego życiu.
— Przepraszam —  wyszeptał, niemalże bezgłośnie.


the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
orphic
sky above
earth below
and peace within
wiek
58
sława
—
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
snycerz, sklepikarz
Jest już stary i ubiera się, jakby był z innej epoki, na pewno nie dasz mu mniej lat, niż ma w rzeczywistości, a może nawet dodasz mu kilka, bo siwiejące czupryna i broda Garricka twardo przypominają o nieuchronnym upływie czasu. Zadbany, ale nie w sposób przesadny - czuć od niego luz i swobodę. Widać, że w swoich ubraniach czuje się dobrze i jest mu wygodnie. Ciężko wyobrazić go sobie w innym wydaniu. Ma metr siedemdziesiąt wzrostu i obawiam się, że już nie urośnie.

Garrick Ollivander
#4
05.11.2023, 16:41  ✶  
Od dłuższego czasu wydawało mu się, że był już za stary na takie sceny. One się tyczyły ludzi młodych, którzy te uczucia w sobie dopiero odkrywali - to były sceny pisane jego córce, chociaż szczerze liczył na to, że jej życie uczuciowe będzie nieco... mniej ponure niż jego, naprawdę mocno chciał, żeby znalazła sobie kogoś dobrego, kogo mogłaby nazwać towarzyszem życia na lata, a... Laurie tu był. Stał naprzeciw niego, z tym swoim spojrzeniem zbitego psa, ze spojrzeniem człowieka upadłego, który sam już chyba nie wiedział, czego chce od życia i od siebie samego. I inni by w tych oczach dostrzeli jakiś bijący na alarm dzwon, od którego zerwaliby się do ucieczki - Garrick natomiast widział tam swoją przeszłość, a w tej przeszłości uczucia powracające powoli, żeby namalować mu na twarzy portret niepewności. Zmył go z siebie szybko, delikatnym uśmiechem, takim, jakim się wita dawnego przyjaciela po latach rozłąki. Tylko że to wciąż była tylko gra pozorów. Wyrwały go z niej dopiero rzucone jakby w eter przeprosiny.

- Za co?

Bardzo, ale to bardzo szybko ugryzł się w język i zacisnął na moment oczy, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że przy Selwynie to było pytanie pułapka - takie pytanie płoszące człowieka, bo on się przecież miał tego wszystkiego domyślić. Że nie odpisywał na listy, albo że go nie odwiedzał - po co więc pytał, chyba tylko po to, żeby mu przerwać swoją osobą, zanim Laurence z siebie wydusił cokolwiek, nawet zanim rozchylił usta.

- Uh... oh... - zawahał się, wychodząc zza nieco zakurzonej lady, wcale nie kryjąc próby zagłuszenia ewentualnej odpowiedzi - jeżeli nie przyszedłeś tylko na chwilę - te słowa piekły go w usta o wiele bardziej niż powinny po tych wszystkich latach - może zamknę sklep i napijemy się czegoś na zapleczu? Septimy dzisiaj nie ma... - Mówił to zupełnie tak, jakby Laurence nie zignorował tego pytania o powrocie do Londynu, może po prostu nie chciał mu mówić, że był tutaj tylko na chwilę. A może po prostu coś się stało?

Czy postać Selwyna sprawiła, że ledwo zbliżył się do tych drzwi, żeby odwrócić tabliczkę wiszącą na drzwiach napisem „zamknięte” do witryny sklepowej? Jeszcze jak. Musiał aż odetchnąć po przekręceniu klucza w mosiężnej gałce, ale zaraz po tym odwrócił się w jego kierunku i wskazał mu ręką przestrzeń za zasłoną z koralików, takim zapraszającym, uprzejmym gestem, ale przecież Selwyn dobrze wiedział, gdzie iść. Jeżeli tu został, to zatrzymał go tutaj jakiś cel, jakaś myśl kazała mu tkwić tutaj jak kołek, może to zmieszanie wzięło nad nim górę do tego stopnia, że się aż nie mógł wysłowić, a bez wysłowienia się nie potrafił ruszyć dalej. Ale aż dziw brał na samą myśl - on niemogący się wysłowić - człowiek czarujący słowem tak bardzo, że ludzie wykupowali bilety na spektakle rodzinnego teatru tylko po to, żeby posłuchać tego głosu. Na tej widowni siedział też Garrick. Nie ulegało wątpliwości, że Ollivander był w nim piekielnie zakochany. Te wszystkie plotki rujnujące reputację rodziny różdżkarzy jeszcze mocniej niż ożenek z mugolką, nie były próbą ich upokorzenia - były prawdą o jego naturze. Trochę to przykre, że miłością jego życia nigdy nie była jego żona, matka jego dzieci, tylko mężczyzna wiecznie uciekający z jego uścisku. Ollivander jednak pogodził się z tym już kilkanaście lat temu...

@Laurence Selwyn


no rain,
no flowers
.
hedera
how i delight
in serene melancholy
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (185 cm) i szczupły mężczyzna o urodziwej, choć zmęczonej twarzy w odcieniu porcelany. Spojrzenie mętne, włosy potargane, odzienie pomięte i niepasujące do siebie.

Laurence Selwyn
#5
20.11.2023, 03:04  ✶  
W jednym z wywiadów powiedział, że jest szczęśliwy, ponieważ nie jest więźniem narzuconych sobie zasad. Nie było to prawdą, lecz młoda dziennikarka nie usłyszała ani drżenia jego głosu, ani nie zauważyła matowienia jego oczu — tak oczywistych symptomów kłamstwa, gdy mówił o rzeczach ważnych dla niego. Istniała bowiem jedna reguła, której trzymał się tak kurczowo, jak tonący trzyma się deski, która pozwala utrzymać mu się na powierzchni.

Nie zniszczy życia Garrickowi Ollivanderowi.

Postanowił to w chwili, w której dowiedział się o istnieniu jego żony i dzieci. W wielu kwestiach był niesłowny, wielu ludzi zawiódł i zostawił za sobą dziesiątki spalonych mostów (wbrew pozorom ogień je trawiący nie oświetlił mu dalszej drogi), ale tę jedną jedyną rzecz doprowadził do końca. Udawał więc, że nie zauważa tego, jak różdżkarz wstrzymuje oddech na jego widok, że nie widzi jak długo mu się przygląda, a jego oczy wypełnia blask. Było to w pewien sposób okrutne, lecz Laurence był przekonany, że dzięki trzymaniu Garricka na dystans, ochroni go przed czymś, czego będzie później żałował. A przecież tak bardzo mu na nim zależało.

Ale Selwyn bywał też zachłanny.

Natychmiast pożałował swej butności, nakazującej mu udać się z zepsutą różdżką prosto do Ollivandera. Nie miał prawa wtrącać się w jego życie, wdzierać się w nie z gwałtownością równej tej, z którą się od niego odciął. Zniknął z dnia na dzień, pozostawiając po sobie jedynie zapomniany parasol w przedpokoju i bilety na sztukę, na którą ostatecznie się nie wybrali przez jego nagły wyjazd. Czy zabrał kogoś innego? Swoją córkę? A może...? Oczywiście, powinien wziąć pod uwagę taki scenariusz. Garrick nie miał obowiązku na niego czekać, zwłaszcza, że Laurence nie dał mu najmniejszego choćby znaku, że chciałby, aby na niego poczekał.

Zawsze był odrobinę dramatyczny. Trudno było mu takim nie być, gdy całe jego życie przypominało tragikomedię zamkniętą w trzech aktach. Właśnie otwierał się przed nim ostatni.

Przełknął nerwowo ślinę. Czy zaraz za plecami różdżkarza nie wyrośnie męska sylwetka, czyjaś dłoń nie zaciśnie się kojąco na jego ramieniu, a spojrzenie Selwyna spotka się z wrogością w cudzych oczach? A jeśli będzie to kobieta? To jawiło mu się jako coś znacznie gorszego - oznaczało bowiem, że przez wszystkie lata tęsknił za kimś, kto był dla niego całkowicie niedostępny. Że plotki (życzliwi ludzie są w stanie donieść wszystko) okazały się jedynie złośliwymi pomówieniami, a on tylko się ośmieszył, marząc o jego uśmiechu podczas samotnych nocy, gdy wpatrywał się w zacieki na suficie nowojorskiego mieszkania.

Za co? Poruszył się niespokojnie. Nie był gotowy na to pytanie; nie był gotów na rachunek sumienia i rozliczenie z przeszłością. Za wszystko, co zrobiłem i czego nie miałem odwagi zrobić, chciał odpowiedzieć, jednak Garrick, jak gdyby wiedział (on zawsze wiedział, zdawał się czytać z niego jak z otwartej księgi), natychmiast siuę wycofał, a ciało Selwyna natychmiast się rozluźniło.

— Z przyjemnością, oczywiście jeśli to nie jest dla ciebie żaden problem — odparł już nieco pewniej, ze słabym uśmiechem majaczącym na jego wargach. Ollivander był tuż obok; zdawało mu się, że czuje ciepło bijące od jego ciała, gdy wymijał go, aby zamknąć sklep, że znów czuje jego zapach, że znów pocą mu się dłonie i drżą palce, gdy myśli o tym, by znów go dotknąć, by poczuć jego miękką skórę.

Lecz zamiast niej poczuł twarde drewniane paciorki, gdy wkraczał na zaplecze. Wstrzymał oddech, gdy zdał sobie sprawę z tego, że niewiele się tutaj zmieniło. Zupełnie tak, jakby wyszedł od Garricka wczoraj. Ostrożnie wypuścił powietrze z płuc, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to miejsce było dla niego bardziej domem, niż deski rodowego teatru.

— Ja... Proszę, wybacz mi, że jestem tak niezręczny, ja po prostu... po prostu nie wiem, co mam ci powiedzieć, Garry. Wiem, że zjawianie się tutaj po latach jest takie bezczelne i zrozumiem, jeśli tak naprawdę nie chcesz mnie widzieć, ale... Bardzo, bardzo chciałem cię zobaczyć — zebrał się wreszcie na odwagę i wrzucił z siebie to, co cisnęło mu się na usta od dłuższego czasu.


the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
orphic
sky above
earth below
and peace within
wiek
58
sława
—
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
snycerz, sklepikarz
Jest już stary i ubiera się, jakby był z innej epoki, na pewno nie dasz mu mniej lat, niż ma w rzeczywistości, a może nawet dodasz mu kilka, bo siwiejące czupryna i broda Garricka twardo przypominają o nieuchronnym upływie czasu. Zadbany, ale nie w sposób przesadny - czuć od niego luz i swobodę. Widać, że w swoich ubraniach czuje się dobrze i jest mu wygodnie. Ciężko wyobrazić go sobie w innym wydaniu. Ma metr siedemdziesiąt wzrostu i obawiam się, że już nie urośnie.

Garrick Ollivander
#6
08.01.2024, 03:50  ✶  
Oczywiście, że nie był dla niego problemem. Nigdy nie był dla niego problemem - nawet wtedy, kiedy był pokusą wkradającą się pomiędzy dobre i spokojne myśli. Nawet wtedy, kiedy robił jakieś durnoctwa, kiedy go zostawiał, a Ollivander czekał za nim jak wierny pies, bo tylko to potrafił robić - czekać. Czekać i myśleć, że te uczucia kiedyś miną, wszystko musiało minąć, a po deszczu zawsze wschodziło słońce. Tylko co człowiekowi po tym słońcu w perspektywie kilku najbliższych lat, jeżeli tu i teraz było takie ciężkie, ściskało mu serce i nie pozwalało zapomnieć... Oh nie! Nie powinien o tym myśleć, nie w taki sposób. Ale teraz już nie dało się od tego uciec - od chwil zwątpienia, kiedy dziękował czasowi, że powoli usuwał mu z głowy kolejne elementy Laurenca Selwyna, bo tak było dla nich wszystkich lepiej, a błaganie go na kolanach, żeby pokochał go tak, jak on kochał jego, wydawało się najbardziej żałosną rzeczą, jaką mógłby uczynić w naprawdę długim życiu.

To było trochę skomplikowane. A może nie skomplikowane, tylko trudne? Bo gdzież tu była jakakolwiek komplikacja - po prostu chciał czuć się kochanym bez świadomości, że musiałby o to błagać. A później zgubił się w tym jak ciężko było romantyzować odrzucenie i samotność. Czasami go nie lubił, momentami go nienawidził, ale wciąż... wciąż go kochał. Tak to już było ze słońcem, że dawało światło i radość, ale potrafiło też oślepić i przypalić palce.

Zaplecze, podobnie jak reszta sklepu, nie zmieniło się niemal wcale. Poruszyło się kilka mebli, ale to nie była znacząca zmiana. Kilka z nich odrestaurowano. Inne kotary, oczywista oczywistość. Tuż przy oknie - te same fotele co zawsze, jakby czekały tu na nich przez te wszystkie lata, aż Selwyn wreszcie zechce znów napić się tu szkockiej, jak za starych, dobrych czasów.

- Siadaj...

Chciał dodać coś jeszcze, ale nie wiedział co, wykonał taki niezręczny gest, a później odwrócił się w stronę barku, ale nim wykonał jakikolwiek krok do prozdu, Laurence znów mówił i...

Dotarło do niego, że czuł wstyd. Musiał czuć ten wstyd za każdym razem, kiedy słyszał nazwisko Ollivander. Sam Ollivander natomiast musiał być człowiekiem wielu wad, bo dało mu to jakieś okropne, brudne poczucie satysfakcji. Że wstydził się tutaj przyjść po tylu latach milczenia, po tylu porzuconych listach. Garrick napiął się nawet, uniósł swoją pierś w górę, jakby chciał powiedzieć coś nieoczekiwanego, wywyższyć się, ale później zobaczył twarz Selwyna i całe to napięcie uleciało z niego jak z balonika, z którego spuszczono powietrze. Tak, miał prawo pozwalać sobie na bycie toksycznym. Czasami życie to na tobie wymuszało, jeżeli chciałeś zachować swoją godność. Ale miał też prawo wybaczać i zapominać. Miał prawo pragnąć. Może ten ból, jaki czuł miał stać się niczym w obliczu radości płynącej z cudzej obecności - nawet jeżeli to znowu była obecność na chwilę, nawet jeżeli Selwyn zniknie niedługo za tymi drzwiami i nie wróci - wcale nie musiał trwać jako niewolnik własnych zasad.

- Czy mój widok dał ci to, czego szukałeś?

Szybko ugryzł się w język i przerwał kontakt wzrokowy. Wiedział, jak niegrzecznym to było, ale nic w tej relacji nie smakowało już jak normalnie - kurz i ból, gdzie tu niby było miejsce na bycie grzecznym?

Już chyba tylko w jego naturze.

- Możesz zacząć od tego - zawahał się na moment - co żeś robił w tej Ameryce przez tyle lat. - Jak sam Selwyn widział, u Ollivandera zmieniło się naprawdę niewiele.


no rain,
no flowers
.
hedera
how i delight
in serene melancholy
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (185 cm) i szczupły mężczyzna o urodziwej, choć zmęczonej twarzy w odcieniu porcelany. Spojrzenie mętne, włosy potargane, odzienie pomięte i niepasujące do siebie.

Laurence Selwyn
#7
18.03.2024, 00:09  ✶  
Wspomnienia opieszale wyłaniały się zza koralikowej zasłony. Zapach ścinek i lakieru do drewna drażnił zmysły, lecz nie w ten nieprzyjemny, duszący sposób - na nowo rozbudzał to, co lata temu Laurence zepchnął na krawędzie świadomości. To, co sprawiało, że miejsce to nieodzownie kojarzyło mu się z domem, choć wiedział, że nie ma prawa go tak nazywać. Amortencja pachnie mi twoim warsztatem. Tobą całym, chciał wyznać, ale spomiędzy warg nie wyrwał się najcichszy nawet szmer.

Nagle zdał sobie sprawę z tego, że cały jego świat skurczył się do tego małego pokoiku, a następnie implodował; zdawało mu się, że ściany napierają na niego z każdej strony, gotowe zamknąć go w szczelnym uścisku, pogrzebać na wieki pod hebanem, dębem i cisem. Zamknął oczy, czekając na koniec, ale kiedy ponownie je otworzył, zaplecze pozostało bez zmian.

Był tylko Garrick o jasnych oczach nawiedzających go podczas niespokojnych nocy i jego własny palący wstyd, jak zdążył zauważyć. Skinął głową, ale nie usiadł; zamiast tego zacisnął dłoń na pluszowym obiciu oparcia, tak mocno, że aż pobielały mu przy tym knykcie - jakby musiał upewnić się, że jest prawdziwy. Jakby bał się, że wszystko to jest marą, jednym z marzeń nawiedzających go w ośrodku w Connecticut.

Wbił wzrok we własne dłonie. Nie odpowiedział, ale też nie wiedział, co miał powiedzieć. Prawdę? Tak, ani przez chwilę nie wątpił w to, że Garrick zasługiwał na prawdę. Z drugiej jednak strony obawiał się, że ta prawda mogłaby go skrzywdzić, złamać - oznaczała bowiem, że cała ich wieloletnia przyjaźń zbudowana została na kłamstwie. Jak można wyznać swojej miłości, że przez tak długi czas świadomie się ją odrzucało? Nawet Laurence nie był skłonny do takiego okrucieństwa, pomimo tego, że swego czasu wprawnie łamał serca bez krztyny wyrzutów sumienia.

Ale teraz się zmienił. Spokorniał, choć najpierw musiał stracić wszystko, by zawalczyć o siebie. Nie był jednak pewien, czy chce walczyć o człowieka stojącego przed nim - jakiś głos z tyłu głowy szeptał mu, że Ollivander zasługiwał na kogoś znacznie lepszego. Na kogoś, kto nie jest nim.

Ulżyło mu nieco, gdy Garrick postanowił zmienić temat, jednak napięcie nie opuściło całkowicie jego ciała. Epizod pod tytułem Nowy Jork wcale nie był łatwiejszy w przekazie. Ale on powinien wiedzieć. On, który jako jedyny słał do niego listy bez odpowiedzi. Który nie wieszał na nim psów.

— Próbowałem odnaleźć się po wydaniu tej przeklętej książki... — Zimny pot oblewał go za każdym razem, gdy przypominał sobie witryny wszystkich księgarni w magicznym Londynie, napastliwość dziennikarzy wymuszających na nim komentarz, wieczorne zebrania kryzysowe Selwynów w pustym o tej porze teatrze i obwiniające spojrzenia krewnych, czy wreszcie kamienia, który pewną nocą rozbił szybę w jego salonie. — Próbowałem swoich sił na magicznym Brodwayu, ale okazało się, że za granicą moje nazwisko niewiele znaczy, a ja nie miałem już tyle zapału, by próbować się ponownie przebić. Dostawałem coraz gorsze role, aż w końcu podupadłem na zdrowiu... — zawahał się na moment — Nie, nie będę karmił cię eufemizmami. Byłem niezadowolony z życia, nie potrafiłem znieść go na trzeźwo, więc ćpałem jeszcze więcej, i więcej, zatraciłem się w tym tak bardzo, aż w końcu grupa mugolskich dzieciaków znalazła mnie w parku na granicy śmierci... — urwał, czując łzy zbierające się pod powiekami — Wciąż miałem twoje listy. Gdyby nie one, to... nie wiem, co byłoby ze mną. Były dla mnie największym pocieszeniem, kiedy zdawało mi się, że nie wytrwam. Znam je na pamięć, wiesz?

Uśmiechnął się gorzko, czując, jak przegrywa walkę z gorącymi kroplami przecinającymi szlaki na jego policzkach. Zawstydzony wytarł je rękawem swetra, ale one nie przestawały płynąć, sprawiając, że wyglądał przy tym żałośnie.

— Przepraszam, że na żaden nie odpisałem. Nie wiedziałem, co mam odpisać, bo... Bo większość rzeczy w tej książce była prawdą, a ja nie chciałem, żebyś... Zależało mi, żebyś znał mnie z jak najlepszej strony... Zdaję sobie sprawę z tego, jak żałośnie to brzmi po tylu latach milczenia, ale od zawsze zależało mi na tobie i na tym, co o mnie myślisz.

Ponownie otarł łzy.

— A co u ciebie?


the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Garrick Ollivander (1608), Laurence Selwyn (2331)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa