Jak on kurwa nienawidził ostatnio morza.
Rozpościerająca się po horyzont woda zniechęcała, pobudzając leniwie wspomnienia z końca czerwca, kiedy do brzegów Anglii zawitała Perła Morza. Cudze wspomnienia, kłębiące się w jego głowie na nowo odżywały, podobnie jak obrazy zbutwiałych, przemoczonych wnętrz statku, zalewającej jej wody, a na koniec i samej Persefony, która stała u szczytu schodów, schowana dla niego pod warstwą kłębiącej się, czarnej energii. A od tego ostatniego z kolei, robiło mu się niedobrze. W życiu nie spodziewał się, że przyjdzie oglądać mu podobne zjawisko i nawet aury najgorszych szczurów, wrzuconych do cel Azkabanu, czasem prezentowały sobą lepszy stan niż pani Fawley, która niestrudzenie napędzała statek w ruch.
Najgorsze w tym wszystkim było chyba to, że wszystko nie skończyło się w momencie, kiedy wiążące statek zaklęcia rozpadły się i cała łajba poszła na dno. Nigdy za specjalnie dobrze nie spał, ale teraz, z właściwą aurowidzom tendencją, wszystko wracało do niego w snach. Emocje, które wtedy tak żywiołowo się kłębiły i reprezentowane przez nie zepsucie, podduszały go kiedy zamykał oczy i nie pozwalały zapomnieć.
Nie, nie zapałał nagle jakimś niewyobrażalnym lękiem, który znalazł swoje ujście właśnie w morzu i jego łagodnie rozkołysanych falach, które teraz obijały się leniwie o brzeg o bale molo, które wychodziło od brzegu. Ale zwyczajnie wolałby być gdziekolwiek indziej. Rzucił papierosa na deski i zadeptał go butem, oglądając się przez ramię na Caina, który stał nieopodal.
- Przejdę się jeszcze raz po molo - machnął ręką w kierunku kładki i nie czekając na odpowiedź, ruszył przed siebie.
Byli tutaj, bo zdaniem Atreusa, komuś się kurewsko nudziło. Liczne zgłoszenia rozemocjonowanych świadków sugerowały, że molo zostało zaklęte tak, by skłonić spacerowiczów do popełnienia samobójstwa poprzez utonięcie. Po pierwsze, Bulstrode nie wiedział kto niby miał spacerować na takim wypizdowiu, ale jak widać różni ludzie mieli różne hobby. Po drugie, nie ważne ile razy przeleźli po tej kładce, oboje czuli się wręcz znakomicie. Po trzecie, auror był przekonany że jeśli coś tak groźnego wisiało nad tą stertą drewna, teraz skrzypiącą mu pod stopami, to dałoby się wyczuć przynajmniej nutę popielnego zapachu.
Pochylił się nad krawędzią, przez moment wpatrując się w swój cień, unoszący się na ciemnej tafli słonej wody, zastanawiając się czy już mogli wracać do Ministerstwa, czy powinni jeszcze przez chwilę poudawać, że coś tutaj sensownego dało się zrobić. Walić to. Bulstrode już chciał odwrócić głowę z kierunku Bletcheya i powiedzieć mu co w sumie o tym myśli i że koniec zabawy, wracają, ale coś innego delikatnie zwróciło jego uwagę.
Były na świecie takie rzeczy, którym niestety nie dało się oprzeć i jednym z nich był słodki, syreni śpiewa, zapraszający z otwartymi ramionami, by skąpać się w zimnej głębinie, niepomnym na wszystkie ziemskie problemy. Atreus był natomiast prostym człowiekiem i to do tego takim, którego umysł nigdy nie nauczył się bronić przed wszystkim co mogło próbować się do niego wedrzeć. Bulstrode przez moment tylko patrzył, jakby ostatnią rzeczą która trzymała go na molo był jego własny cień na wodzie, który dla niego czasem wyglądał jak skłębiona w mroku postać Fawleyówny, ale nawet nekromantyczna wiedźma nie mogła powstrzymać go przed złamaniem się i poddaniem obietnicom, które snuła istota kryjąca się najpewniej w cieniu molo.
Dlatego wreszcie zrobił krok i wpadł go wody.