— Liczyłem, że cię to nieco spowolni — wyjaśnił, przeciągając ostatnią sylabę. — Gdybyś się tak nie rzucała w powietrzu i nie walczyła z zaklęciem, to mógłbym zakraść się bliżej i uderzyć z mniejszej odległości. — Uśmiechnął się pod nos, jakby myśl ta z każdą chwilą jawiła mu się jako coraz bardziej interesująca. — Oczywiście, nie miałem zbytnio szansy tego zrobić. — Kąciki ust mężczyzny opadły nieco, a spojrzenie stało się bardziej mętne. — Dobrze sobie poradziłaś z kontratakiem. Nie czekałaś na to, co zrobię, a po prostu... Ruszyłaś dalej z planem.
Może to jest właśnie moja pięta Achillesowa?, pomyślał Erik, przekrzywiając lekko głowę w bok i przyglądając się z uwagą Geraldine. Chociaż miał za sobą całe lata doświadczeń związanych z Klubem Pojedynków oraz pracą w Brygadzie Uderzeniowej, tak przez większość czasu starał się grać czysto. Jakby dana potyczka miała być jedynie towarzyskim starciem. Owszem, przy Śmierciożercach nie miał zbyt dużych oporów, ale przecież nawet on mógł się zawahać. W niedalekiej przyszłości ten brak rozwagi mógł go wiele kosztować. Tak jak i wielu innych.
Wypuścił powoli powietrze z ust. Ech... Przecież doskonale wiedział, że prędzej czy później będzie musiał się dostosować. Tak jak nawet jego najbliżsi stawali się coraz mniej ufni, tak on dalej starał się wyciągać do każdego pomocną dłoń i witać ich z uśmiechem. Sporo ryzykował - po Beltane trudno było przewidzieć, skąd nadejdzie kolejny atak. Od współpracownika? Właścicielka kiosku na Pokątnej? Sąsiada? Opcji było tak wiele... Może nadwyżkę zaufania powinien sobie wynagrodzić większym zdecydowaniem w sztuce pojedynków? To też było jakieś rozwiązanie.
— Nie wiedziałem, że urządzacie sobie babskie wieczory ze szpadami w dłoni — przyznał, marszcząc delikatnie czoło. — Mam nadzieję, że tylko razem ćwiczycie, a nie bawicie się w jakiejś... Mścicielki... które latają po wioskach i miastach, szukając guza. — Uśmiechnął się nieśmiało do Ger, wierząc w to, że kobieta go w razie czego nie okłamie. — Nie robicie takich rzeczy, prawda? Prawda?
W ostatnim czasie był nieco przewrażliwiony na punkcie swojej siostry.
— Bo jeśli robicie, to... Chciałbym usłyszeć najbardziej entuzjastyczną wersję tego scenariusza — uprzedził od razu, modląc się, aby Yaxley zaraz nie zasypała go opowieściami o tym, jak dwie czarownice były zmuszone leczyć własne rany, wysysać jad dzikich zwierząt ze swoich ran i faszerować się medykamentami, kiedy nikt nie patrzył. Dobry Merlinie, miej je obie w opiece.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞