18 września 1972 r.
Dolina Godryka / Dom Laurenca Lestrange
Paryż
Wyjechał, gdyż czuł, że tego potrzebował. Powodów miał kilka. Nie zaraz po Lammas, zaczął myśleć o urlopie. Ta myśl przyszła szybko, kiedy wyjechać pilnie musiała Camille. Drugi raz tej szansy na chciał zmarnować, kiedy mógł być z kimś, kogo kochał. Tym samym, owy urlop wykorzystał na prywatne sprawy, które potrzebował omówić z uzdrowicielami, Francuskiego Szpitala Magicznego. Nie był jednak jasnowidzem, aby przewiedzieć zdarzenie, jakie miało miejsce w Londynie, podczas swojej nieobecności.
Gdyby wiedział, że Londyn będzie płonąć, nie wyjechałby. Pozostałby na miejscu. Pewnych kolei losu, nie jesteśmy wstanie przewidzieć. Informacje, jakie do niego przychodziły z zagranicy, były niepokojące. Rozważał powrót. Wewnętrznie czuł, że powinien coś zrobić. Coś zdziałać. Pokazać, że los innych, a tym bardziej rodziny, nie jest mu obojętny. Zaczął od wysłania listów. Pierw do rodzeństwa, następnego dnia do kuzynostwa. Czekał na jakąkolwiek odpowiedź, od kogokolwiek. Aby mieć pewność, że nikt nie ucierpiał. Nikt nie stracił życia.
Po paru dniach oczekiwania i nerwów, przyszły dwie odpowiedzi. Informacja w nich zawarta, była pocieszająca na tyle, że nikt nie ucierpiał. Smutne zaś było czytać o stratach, jakich niektórzy doznali. Brak kontaktu z jego młodszym bratem, nie powinien dziwić. Ale też pozostawał niepokojący.
Jeszcze tego dnia, kiedy wysłał odpowiedzi do kuzynostwa, porozmawiał poważnie z Camille, prosząc ją jednocześnie o tymczasową opiekę nad Louisem. Najpewniej rozumiała sytuację. Jej rodzina była tutaj. Jego, w Anglii. Sytuację także, wyjaśnił swojemu synowi. Mały chłopiec, nie chciał zgodzić się na rozłąkę. Laurence obierał mu, że wróci po niego, jeżeli upewni się, że w ich mieście jest bezpiecznie. Nawet sam nie wiedział, czy ich dom jeszcze stał. A jeżeli tak, w jakim był stanie?
Pożegnania, nigdy nie są proste. Lestrange jednak musiał spakować swoje rzeczy, wyściskać syna, ucałować Camille. Następnie opuścił jej posiadłość, zostawiając syna pod jej opieką. I jej rodziny. Wyjechał dnia następnego, z samego rana.
Do Londynu, mógł wrócić z pomocą świstoklika. Jednakże w obawie o swoje zdrowie i problemy żołądkowe, w przypadku jakiejkolwiek teleportacji, nie chciał ryzykować. Przepłynął morze, docierając na miejsce tradycyjnym transportem wodnym.
Londyn / Dolina Godryka
Docierając do Angielskiego brzegu, wynajmując woźnicę, zajechał prosto do Londynu. Nie żałował wydanych pieniędzy na transport, gdyż stać go było na podróże. To co zobaczył na miejscu, było szokujące. Nie tak może mocno, co dla tych, którzy ten koszmar musieli przeżyć. Mógł jedynie domyślać się, co mogło wydarzyć i jak wyglądało całe wydarzenie. Londyn zmienił się. Te zmiany było widać nawet patrząc na obywateli. Ich wyrazy twarzy mówiły wiele.
Do Doliny Godryka udał się już z pomocą własnej teleportacji, pojawiając się w znanym sobie parku, między drzewami, podpierając o pień jednego z nich. Dolegliwości żołądkowe pojawiły się natychmiastowo, że zwrócił zawartość pod drzewem. Tutaj już zaryzykował przemieszczenie się tą metodą teleportacji, aby znaleźć szybciej w Dolinie Godryka.
Po dojściu do siebie, otarciu ust chusteczką, rozejrzał się po okolicy, która, stała się miejscem również nie do poznania. Nie w całości, ale w wielu miejscach. Był mocno zaskoczony zmianą krajobrazu. Zastanawiał się, ile osób mogło stracić życie. Ilu straciło bliskich? Na pewno znaczna większość, mogła stracić dach nad głową, jeżeli spojrzało się na ruiny, czy spalone posiadłości.
Chwyciwszy swoją walizkę, przemierzał ulice Doliny Godryka, rozglądając się po domostwach ze sobą sąsiadujących. Zgliszcza, ruiny, klątwy. Te ostatnie były niepokojące równie mocno, co spalone posiadłości. Gdzieś jakiś dom stał cały, ale widać było dziwne zacieki. Albo inne niewyjaśnione akcje. Dostrzegł mugolaków jak i czarodziei, zmagających się z porządkowaniem swoich domostw i terenów. Aż w końcu, dotarł pod swój adres.
Stanąwszy przed bramą, znów doznał zaskoczenia. Jego dom, stał nienaruszony. Jakby żaden płomień nie dotarł do tego miejsca. "Jakim, cudem?" – zastanawiał się. Wewnętrznie odczuł niesamowitą ulgę. Szczęście. Ale też nie do końca wiedział, jak to interpretować. Czy Ministerstwo wysłało kogoś do ochrony jego posiadłości? Narzucono zaklęcia ochronne? Skrzat dałby radę uchronić to miejsce przed jakimkolwiek pożarem, atakami? Nie miał pojęcia. Spojrzawszy na posiadłości i domostwa sąsiadów, nie mógł powiedzieć, aby mieli tyle szczęścia co on sam. U nich, było widać nadpalenia, spalenia a nawet poważne zniszczenia ich miejsc zamieszkania. Wracając spojrzeniem na swój dom, mógł odnieść nieodparte wrażenie, że mógł się wyróżniać na tle innych, jak i całego krajobrazu tej części Doliny Godryka. Czy powinien się martwić?
Otworzył bramę, przekroczył ją i zamknął. Skierował do domu, którego drzwi otworzył i wszedł do środka, zamykając za sobą. Wyjął różdżkę, na wszelki wypadek, gdyby coś miało go zaskoczyć w samym sercu jego miejsca zamieszkania. Rozejrzał się, odstawiając walizkę. W domu panowała cisza. Do momentu, jak nie ujrzał skrzata.
- Pan wrócił?Zapytał zaskoczony skrzat, nie spodziewając się szybkiego powrotu swojego Pana.
- Tak. Sytuacja w kraju nie pozwoliła mi spokojnie spędzać urlop.
Odpowiedział szczerze, rozejrzawszy się dla spokoju wewnętrznego, czy wszystko jest na swoim miejscu.
- Nollto był wystraszony tym co działo się na zewnątrz.
Rzekł skrzat, uznając, że warto o tym wspomnieć.
- Ogień tutaj nie dotarł? Nie widzę zniszczeń.
Zapytał Laurence. Myśląc najpewniej, że jeżeli coś uległo zniszczeniu, skrzat mógł to naprawić. W końcu te stworzenia posiadają niespotykanie interesującą magię.
- Nic a nic. Nollton obserwował. Strzegł miejsca. Widział lecące płomienie ognia. Kierowane były w inne domy. Ale nie tutaj. Nollton widział też na niebie… Mroczny Znak.
Wyjaśnił skrzat, jakby składał jakiś raport z posterunku tego miejsca. Wspominając o Mrocznym Znaku, aż go ciarki strachu przeszły. Nie widniał co prawda nad tym domem, ale widoczny był w oddali nad innymi. Tutaj zaś Lestrange spojrzał na skrzata. Jakby zaskoczony, ale też rozumiejąc, kto za tym stał. Kto niszczył ludzką własność i czarodziei. Domyślił się również, jakie musiało być poruszenie i działania w Ministerstwie Magii. Szczególnie, w Departamentach Przestrzegania Prawa i Magicznych Wypadków i Katastrof. [/a]
- Zostanę tutaj kilka dni.
Poinformował skrzata i wskazał mu swoją walizkę. Na co Nollto dodatkowo się rozglądał, jakby za kolejnym członkiem rodziny.
- Panicz Louis nie wrócił?
Zapytał zauważając brak syna swojego Pana.
- Louis został pod opieką mojej przyjaciółki. Wrócę po niego jak upewnię się, że jest na tyle bezpiecznie, aby mógł tutaj zostać.
Odpowiedział zgodnie z planem jaki miał Laurence. Choć obawiał się, że póki śmierciożercy działają, bezpiecznie nie będzie. Lecz czy miał się czego obawiać? Ten dom, jego posiadłość, została nietknięta z niewiadomego dla niego powodu. To można uznać, za cud. Może wiedzieli? Może nie wiedzieli?
O Camilli jeszcze nie mówił nikomu otwarcie, jakoby byli w związku. Wolał z tym tematem podejść ostrożnie, poczekać może na dobry moment. Nie ukrywał tego, że z nią się spotykał i dla niej mógł wyjechać. Już nie raz ich widziano razem.
Skrzat przyjął do wiadomości słowa o nieobecności Louisa, a następnie zabrał walizkę, aby odnieść ją do pokoju Laurenca. W tym czasie Lestrange postanowił jeszcze dla pewności sprawdzić swoją pracownię. Zszedł do piwnicy i wszedł do niej, otwierając drzwi. Wszystko było tak, jak zostawił. Poczuł ulgę. Przynajmniej w razie konieczności, będzie mógł pomóc w przygotowaniu eliksirów czy maści. Pamiętał, co pisała mu Victoria, o kaszlu. Może to skutki uboczne po pożarowe. Będzie zagłębiał się w temat obecnej sytuacji w mieście, jak przebiegło wydarzenie. Sporo zapewne raportów czekało na przeczytanie.
Wrócił na górę i zapalił świece, aby rozjaśnić wnętrze. Zasłonił okna, aby nikt nieproszony nie zaglądał. Na wszelki wypadek. Spojrzał na stolik w salonie, gdzie spoczywały nieprzeczytane przez niego egzemplarze proroka codziennego. Miał wykupioną prenumeratę. Więc przychodziła codziennie. Skrzat zbierał i odkładał na jedno miejsce. Tak jak zawsze. Trochę tych numerów było doprze czytania, ale na pewno Laurence wybierze te najważniejsze artykuły.
Zajrzawszy do biura, odnalazł nieprzeczytany jeden list, z pieczęcią jego rodu. Od razu zaczął od tego, dowiadując się z niego o pewnych problemach w ogrodzie ich rodowej rezydencji. Nieco się uspokoił, że to nie dotyczyło ostatnich ataków. Minęło trochę czasu, to może sytuacja tam się uspokoiła.
Od czego powinien zacząć? Sam jeszcze nie wiedział. Na pewno potrzebował trochę odpocząć po podróży. Zdjął płaszcz, szalik i rękawice, odkładając na fotel. Zabrał się w pierwszej kolejności do napisania listów, z pewnymi informacjami do konkretnych osób. Rodolphusowi miał dać znać, kiedy będzie w Londynie. Z kolei do Victorii, z informacją o swojej posiadłości. Może będzie ktoś w ich rodzinie jeszcze potrzebował dachu nad głową, to mógłby użyczyć wolne pokoje.
Na pewno będzie musiał następnego dnia zajrzeć do Ministerstwa Magii, aby dowiedzieć się jak wygląda sytuacja w kraju. Również powinien odwiedzić szpital świętego Munga, aby uzyskać informacje o poszkodowanych. Rannych czy nawet i martwych. O ile nie zrobili tego jego zastępcy i uwzględnili te dane w swoich raportach. Nie spodziewał się, że ta jedna noc, przyniesie tyle pracy. Nie mógł tego zlekceważyć.
Dzień się powoli kończył, a Laurence nie zarejestrował późnej godziny, siedząc nad gazetami i rozmyślając. Gdy w pewnym momencie spojrzał na zegar, westchnął. Bezsenność była wciąż dla niego męcząca. Ale nie mógł iść z rana do Ministerstwa niewypoczęty. Zabezpieczył dom, zgasił świece i udał się do swojego pokoju. Przygotował się do snu, a przed nim, zażył przygotowany przez siebie eliksir na bezsenność. Wtedy mógł zasnąć bez problemu i obudzić wczesnym rankiem.
Zgodnie ze swoimi planami, po ogarnięciu się i zjedzeniu przygotowanego przez skrzata śniadania, spojrzał na poranne wydanie Proroka Codziennego a także listy, jeżeli jakieś przyszły. Jeżeli wymagały odpisania, uczynił to przed zaplanowanym wyjściem. Gdy tylko upewnił się, że to co miał w domu zrobić, ubrał się i opuścił dom, kierując wprost do Ministerstwa Magii. Wybrał standardową trasę, zamawiając woźnicę do Londynu. Chciał po drodze ponownie spojrzeć na straty, jak i ocenić sytuację w magicznych dzielnicach.
____________________________________
Spalona Karta: Bezpieczeństwo
Zawady: Lęk wysokości (podróż drogą morską), Wrażliwy żołądek (teleportacja), Bezsenność (wzięcie eliksiru)