02.03.2026, 22:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2026, 23:17 przez Alexander Mulciber.)
...jak o kolumnę
Kruchą, zwietrzałą,
Strzaskany posąg, pęknięta urna
Oto Twe ciało!
Z uśmiechem patrzysz, jak mija wszystko
I z falą płynie.
I wiesz, że jedno tli się ognisko
W wielkiej ruinie.
Nas, rzeczy wszelkie, zioła, zwierzęta,
Czasy uniosą.
Zostanie tylko z torsem pękniętym
Radosny posąg.
Kruchą, zwietrzałą,
Strzaskany posąg, pęknięta urna
Oto Twe ciało!
Z uśmiechem patrzysz, jak mija wszystko
I z falą płynie.
I wiesz, że jedno tli się ognisko
W wielkiej ruinie.
Nas, rzeczy wszelkie, zioła, zwierzęta,
Czasy uniosą.
Zostanie tylko z torsem pękniętym
Radosny posąg.
Wypił nie za dużo, nie za mało, ale wystarczyło, aby na twarzy wystąpił mu lekki rumieniec. Ugasił pragnienie winem, uspokoił oddech, szybko bowiem zacinały skrzypce, a jeszcze przed chwilą obracał w tańcu Helloise, którą teraz odstąpił jej kuzynkom. Zaśmiał się, gdy ją porwały. Zostawiły mu Dziewczynę z Kniei, porwały natomiast Helloise Rowle, która tańczyła w kręgu wokół jednego z ognisk, pochwyciwszy je za ręce. Przyjemnie było patrzeć jak tańczy, uświadomił sobie. Jak wirują jej suknie, jak kolejne blond kosmyki wymykają się z misternego uczesania. Jak rumieniec barwi policzki, a pierś wznosi się i opada w rytmie jej oddechów. Alexander stał z boku, i wodził za nią wzrokiem, dokładnie tak, jak robiła Helloise, wychodząc ze swego ciała. Wiedziała, że na nią patrzy, tak jak on wiedział, że znikną stąd zanim nadejdzie poranek, a jednak oboje zdawali się przedłużać chwilę odejścia. Alexander nie spieszył się. Po prostu patrzył. Przyjemnym było wiedzieć, że nie tylko złoszcząc ją swoim cynizmem umiał zabarwić jej policzki czerwienią. Taką samą czerwienią, którą pobarwiła i jego dłonie, pozostawiwszy na nich smugi farby.
Nie musieli uciekać. Nie, dzisiejszej nocy nie musieli przed niczym uciekać. Nawet przed samymi sobą. Może dlatego Alexander Mulciber nie uciekł wzrokiem, gdy dojrzał w tłumie Mildred Moody.
– Dawno o tobie nie śniłem – zauważył, zacisnąwszy drżące palce na oparciu krzesła, aż pobielały powykrzywiane knykcie. Wyjątkowo nie gościły na nich ciężkie pierścienie poznaczone cygańskimi symbolami. Tylko sygnet ojca błyszczał mu wciąż na ręce. Czemuż Alexander Mulciber pozbył się nagle swej zbroi? Pierścieni, które traktował jako atrybuty wróżbity? To wiedzieć mogła jedynie dziewczyna z odmętów jeziora. Może dlatego w monotonnym głosie jasnowidza nie słychać było zwyczajowej kpiny, bo pieszczotliwie obrócił w myślach wspomnienie jej zatroskanej twarzy. Gdy jednak skupił wzrok na stojącej obok kobiecie, w jasnych jego ślepiach nie było choćby krzty uczucia. Alexander Mulciber miał już dla świata tylko obojętność. – Ani o Mildred Moody, ani o Melpomene Longbottom – dodał jakby z zadumą. Odwrócił wzrok, na powrót zapatrzywszy się na tańczącą Helloise. – Myślałem, że zginęłaś. A jednak. Ja też nie zginąłem.
Zakołysał trzymanym w dłoni kielichem z winem, jak gdyby wypatrywał na jego dnie wróżby.
Rzut Symbol 1d258 - 54
Góra (duże ambicje/przeszkoda)
Góra (duże ambicje/przeszkoda)
– Może powinniśmy przestać. Życzyć sobie śmierci, mam na myśli. Mildred. Melpomene. Czy jak tam mam cię dzisiaj nazywać.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat