Lewis & Hestia
Po raz pierwszy od dłuższego czasu chciało mu się palić. Rzucił nałóg rok wcześniej, uznając, że kurewsko mu psuje odczuwanie smaków, chociaż wcześniej zwykł egzystować na czarnej kawie i paczce fajek zamiast normalnych posiłków. Teraz przeklinał swoją matkę cztery pokolenia wstecz, czując się niewygodne w swojej nowej, powiedzmy, formie.
Najgorsze było sikanie na siedząco.
Teleportował się niedaleko Nunhead Cemetery, przeszedł w typowej londyńskiej mgle do ogrodzenia i przeszedł przez nie na drugą stronę, naciągając na twarz kolorową bandanę. Oprócz tego, że jeansy cisnęły go na dupie, ostatecznie nie wyglądał aż tak daleko od swojego zwykłego wyglądu. Najgorszy był brak kutasa i damski głos. Cycków nie miał wcale, pod kataną nie było widać, że mógłby być kobietą.
Niestety jednak, był. Na szczęście tymczasowo, tak mu powiedział klątwołamacz, gdy spanikowany Lewis wbiegł na izbę przyjęć Munga i wykrzyczał piskliwym, damskim głosem, że poltergeist ukradł mu jajka.
Następnego dnia, przed dziesiątą, miał znów odzyskać prawidłowy zestaw w bokserkach i swój głos, więc nie był to koniec świata, ale od razu zapowiedział, że jeśli to się utrzyma, to zostaje lezbą, bo nie da się wyruchać żadnemu pedałowi. Powiedział to chyba nawet bardziej do siebie, aby nie dostać głupich pomysłów.
Przeskoczył przez kilka nagrobków, przebiegł przez kilka innych, mając w głębokim poważaniu ich mugolski wieczny odpoczynek. W końcu był McKinnonem, zapach trupów należał do jego naturalnych elementów, razem ze świeżo wzruszoną ziemią i kamiennymi pomnikami. Szkoda tylko takiego ładnego marmuru. Nikt nie musiał wiedzieć, że zajebał kiedyś płytę nagrobną na niesamowicie seksowny blat do swojej kuchni.
Pogwizdując wesołą, znaną z radia melodyjkę, podszedł do umówionego miejsca z dużym, kamiennym krzyżem i jakimiś różowymi chwastami. Usiadł na nagrobku obok, wyciągnął nogi, ładne, damskie nogi, w ciężkich buciorach i oparł się łokciami o wystające podwyższenie. Odchylił głowę do tyłu, próbując w mroku odczytać epitafium dla Eleonory Whitaker. Codziennie szukał inspiracji na własny, ale rodzina zmarłej kobiety nie była zbyt kreatywna. Bóg tak chciał.
— Ja pierdole, chujowszego się nie dało? — mruknął, damskim głosem, czekając, aż jego informator się pojawi. Był umówiony z wtyką, która miała mu dać konkrety dotyczące zlecenia. Trochę nielegalnego. Może. Niczyj biznes. Spojrzał na zegarek. Jeszcze kilka minut.