18.11.2025, 12:02 ✶
Palce Brenny przesuwały się powoli po pęknięciu, a napięcie powoli ulatywało. To miejsce wciąż nie było… nie było domem. Nie było bezpieczne. Każdy czarodziejski ród coś tworzył – czy to ogrody, czy sklepy – a oni skupiali się właśnie na tym bezpieczeństwie i im to odebrano, być może na zawsze. Ale przynajmniej nie czuła, jakby sam rodzinny dom obracał się przeciwko nim, gdy nienawistne głosy powtarzały ich imiona, ciemność kłębiła się w szczelinach i zdawało się, że każdy krok jest obserwowany, każde słowo podsłuchiwane…
Cofnęła się i wypuściła powietrze z płuc.
– Dzięki, Thomas. Naprawdę – powiedziała, obracając się ku niemu i posłała mu uśmiech: szeroki, promienny wręcz, jakby była najszczęśliwszą osobą pod słońcem i nie miała żadnych zmartwień. A potem roześmiała się, kiedy wręczył jej cukierka. Odpakowała go i wsunęła do ust: po prawdzie u niej… oznaka całkiem sporego zaufania. – Dzięki. Mam w koszyku naszykowane dla wszystkich kanapki, żeby coś zjeść po robocie.
Nic wielkiego, niestety. Kuchnia Warowni nie pozwalała teraz na szykowanie porządnych obiadów, a i po prawdzie zwyczajnie nie miała na to czasu, chociaż wszyscy – zwłaszcza Thomas – zasłużyli na prawdziwą, cholerną ucztę. Chciałaby móc taką zaplanować, jeśli nie na teraz, to na koniec jesieni, ale po Spalonej Nocy… po Spalonej Nocy ciężko było patrzeć daleko do przodu.
– Zajrzymy jeszcze na piętro? – poprosiła. – Chciałabym się upewnić, że nic… po prostu że nic paskudnego nigdzie nie zostało. Będę spokojniejsza. A potem możemy iść do Millie i Basila – zaproponowała. Ufała umiejętnościom Thomasa, ale miała też w zwyczaju próbować przewidzieć nieprzewidziane i chyba wolała sprawdzić, czy na przykład na jakieś pomieszczenie nie rzucono osobnej klątwy… a te na górze były w gorszym stanie niż te na dole.
Oboje obeszli więc budynek, zaglądając we wszystkie kąty, zanim wrócili do pozostałej dwójki.
Cofnęła się i wypuściła powietrze z płuc.
– Dzięki, Thomas. Naprawdę – powiedziała, obracając się ku niemu i posłała mu uśmiech: szeroki, promienny wręcz, jakby była najszczęśliwszą osobą pod słońcem i nie miała żadnych zmartwień. A potem roześmiała się, kiedy wręczył jej cukierka. Odpakowała go i wsunęła do ust: po prawdzie u niej… oznaka całkiem sporego zaufania. – Dzięki. Mam w koszyku naszykowane dla wszystkich kanapki, żeby coś zjeść po robocie.
Nic wielkiego, niestety. Kuchnia Warowni nie pozwalała teraz na szykowanie porządnych obiadów, a i po prawdzie zwyczajnie nie miała na to czasu, chociaż wszyscy – zwłaszcza Thomas – zasłużyli na prawdziwą, cholerną ucztę. Chciałaby móc taką zaplanować, jeśli nie na teraz, to na koniec jesieni, ale po Spalonej Nocy… po Spalonej Nocy ciężko było patrzeć daleko do przodu.
– Zajrzymy jeszcze na piętro? – poprosiła. – Chciałabym się upewnić, że nic… po prostu że nic paskudnego nigdzie nie zostało. Będę spokojniejsza. A potem możemy iść do Millie i Basila – zaproponowała. Ufała umiejętnościom Thomasa, ale miała też w zwyczaju próbować przewidzieć nieprzewidziane i chyba wolała sprawdzić, czy na przykład na jakieś pomieszczenie nie rzucono osobnej klątwy… a te na górze były w gorszym stanie niż te na dole.
Oboje obeszli więc budynek, zaglądając we wszystkie kąty, zanim wrócili do pozostałej dwójki.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.