• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
1970 // nastał czas ciemności

1970 // nastał czas ciemności
hiraeth
You think I’ll be the dark sky so you can be the star?
I’ll swallow you whole.
wiek
37
sława
V
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
jubiler, kaletnik
182cm, niebieskie oczy, wąskie źrenice, splamienie gadzią chorobą, dobrze zbudowany jak na kalekę, nosi widoczną biżuterię, w tym kolczyki w obu uszach

Seisyll Rowle
#1
15.02.2026, 02:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2026, 02:11 przez Eutierria.)  
Nastał czas ciemności


Walijska jesień wydawała mu się najpiękniejszą rzeczą, jakiej można było doświadczyć. To na pierwszy rzut oka piękna myśl, na drugi – szybko ginęła w mroku, kiedy człowiek uświadomił sobie, że padała z ust kogoś, kto był świadkiem narodzin trójki swoich dzieci. A jednak – walijska jesień wydawała mu się najpiękniejszą rzeczą, jakiej można było doświadczyć i nie potrafił odmówić sobie długich spacerów, po których musiał odpoczywać w głębokim fotelu i masować udo z przytwierdzoną do niego protezą.

Ściany Gwaith y Ddraig spowił ciepły blask, którego źródłem był ogień rozpalony w piecu przez wytresowanego do tego smoczognika. Seisyll wpatrywał się w snop iskier przeobrażający się w coraz większe płomienie i mimowolnie oddawał swój umysł w objęcia coraz głębszej zadumy. Siedział tu całkowicie sam – żona zdążyła zginąć już wcześniej, a wszystkie jego dzieci uczyły się bezpiecznie za murami Szkoły Magii i Czarodziejstwa – jego miarowy oddech przerywało tylko trzaskanie drewna i stukot szklanki z alkoholem odkładanej na blat. To pewnie wstyd popadać po tym wszystkim w alkoholizm, ale faktycznie pomagało mu to odsunąć na bok ciszę i pustkę towarzyszące mu co dnia. Bo tak – wybrał tę codzienność sam i był z tego zadowolony, ale był wciąż człowiekiem. Nie znalazł sobie nikogo po śmierci Elizabeth chyba tylko przez upartość, bo przez oczekiwania innych wydawało mu się, że nie wpadł na to sam, a to musiał być jego pomysł.

Czy Lord Voldemort miał rację? Wielu zapewne ścięto by za zadanie tego pytana głośno, on jednak miał wrażenie, że gdyby towarzyszył mu i sam Czarny Pan, nie wzruszyłby się tym wcale. Wielka Brytania miała zamienić się za moment w strefę wojny domowej, a z niej nikt, kto przed Nim nie uklęknie miał nie wyjść żywy. Seisyll niekoniecznie w to wierzył. Nie potrafił poświęcić tej wizji swojej duszy. Rozumiał, rzecz jasna, dlaczego sama idea była ważna. Koncepcja wzniecenia rebelii w opozycji do zachowania angielskiej społeczności magów była dobra. Zgodził się na ten temat z Lazarusem już naprawdę dawno – wspólnie podjęli decyzję o dolaniu oliwy do pożaru mającego pożreć to, czego obaj nienawidzili. Nie wierzył za to w królów. Władców. Nie wierzył w klękanie. Żył też w przekonaniu, że nie był w tym sam. To był ledwie start wszystkiego, a Rowle wiedział już – prędzej czy później, jeżeli to szaleństwo się powiedzie i zbiorą żniwo okrutnych działań, jakich się dopuszczą, ktoś z pewnością zechce Voldemorta zgładzić. Tak bowiem działali ludzie głodni tego samego, czego głodny był Voldemort. Legenda o Czarnej Różdżce nie wzięła się znikąd – nawet jeśli nie istniała, a Bard Beedle opisał jedynie bajkę dla dzieciaków, to wciąż nie utkał jej z powietrza. Władza była czymś, co wyszarpywano sobie z rąk. Umierało się za to. Za to idiotyczne uczucie, że miało się coś pod kontrolą.

Po prawdzie... Seisyll zakładał również, że on sam zechce go kiedyś zabić. Jego, albo jego następcę. Bo myśl o nieskończonej mocy i władzy musiała się kiedyś wyczerpać, jeśli nie chcieli stworzyć porządku innego niż ten jawiący się w jego głowie. Ludzie nie mogli zdobyć takiej władzy, jaką miała matka natura, bo to zaburzyłoby balans tego wszechświata. Żadnych królów, więc trzeba ściąć króla – proste to było założenie, ale ślepe na fakt, że kiedy wypowiadał je w swojej głowie, nie widział siebie zakładającego upuszczoną przez Voldemorta koronę. Chęć ułożenia świata po swojemu nie wynikała przecież w głowie Seisylla jako potrzeba zastąpienia drugiego dziedzica sobą, tylko coś płynącego z rozsądku i umiłowania świata. Voldemort był w tej opowieści narzędziem. Takim samym narzędziem, jakimi były przemoc, strach i gniew mające spopielić system promujący ludzi obłąkanych, głąbów, degeneratów, brak honoru i umiłowania do tradycji. Narzędzia się tępiły. I nawet kiedy dobrze wiedziałeś jak je naostrzyć, czasami właściwym wyborem było przetopienie ich na coś nowego.

Westchnął głęboko.

Czarny Pan musiał wiedzieć o jego opiniach. Legilimenta wielokrotnie przeszył go swoimi umiejętnościami na wskroś, nie pozostawiając w Rowlach cienia wątpliwości, że nie dało się przed nim wiele ukryć, a przynajmniej nie całkowicie skutecznie. Skoro wiedział – czemu więc, kiedy podciągnął rękaw ciemnoszarej szaty, na jego przedramieniu znajdował się wypalony Mroczny Znak? Nie przez pierścienie, tego mógł być pewny. Zaoferował wykucie ich tylu, żeby każdy ze Śmiercożerców mógł otrzymać własny, ale odmówiono mu bardzo szybko i zdecydowano się na permanentne oznaczenie ciała.

W hodowlach robili tak z cielakami. Smoki nie pozwalały sobie na taką zniewagę.

Był więc cielakiem, czy smokiem?

Nie był kimś, kogo Voldemort mógł omamić szeregiem obietnic, ale był kimś, kto pozwolił oznaczyć własną skórę tym symbolem jak nagrodą za zasługi. Gwaith y Ddraig będzie produkowało narzędzia dla potworów chcących pozbyć się z tego świata wielu żywych istnień. Tworzył biżuterię. Tworzył zbroje i stroje godne czarodziejów mających stanąć do czynnej walki. Projektował pierwsze klątwy mające niszczyć inne istnienia, jakby planował coś zupełnie zwyczajnego. Zapewne dlatego, że to wszystko było jeszcze koncepcją. To nie było realne. Prawdziwe były głupie pomysły Lazarusa, a to... To dopiero się pisało, to się jeszcze nie stało. Nie był mordercą, a jednak godził się na taki stan rzeczy i stał się pośrednikiem samej Śmierci. Co stanie się, kiedy to upadnie? Po wojnie, która uczyni go potworem równym innym potworom, jak będzie czuł się nosząc tatuaż świadczący o przynależności?

Uniósł rękę w górę, przyglądając się Mrocznemu Znakowi w świetle kominka. Ta współpraca wydawała mu się ciekawym wyścigiem. Który z nich przestanie być przydatny dla drugiego jako pierwszy? Czy to Voldemort obetnie mu łeb, czy Seisyll wydrapie mu oczy z oczodołów? A może – bo przecież mogło tak być – pozwolą sobie żyć, bo coś innego okaże się słuszniejszego niż ich potrzeba dominacji? Kaletnik uśmiechnął się. Tatuaż dało się usunąć. Dało się wyciąć go nożem tak samo jak każdy inny kawałek skóry i wyhodować sobie nowy, ale tym czego nie dało się ani wyrwać z korzeniami, ani odzyskać z czeluści piekielnych było to, co łączyło go z liderem rebelii. Jak powinien to nazwać? Zaufanie? Nie. Zrozumienie? Idea... Byli od siebie tak inni, a jednocześnie momentami wydawali się być wykutymi z tej samej stali. Jak para różdżek z bliźniaczymi rdzeniami, jak... ktoś bardzo sobie bliski. Na to właśnie Rowle zganiał winę za to, że żadne z nich jeszcze się nie zabiło, chociaż oboje zdawali sobie sprawę ze wzajemnych, nieczystych intencji. Czy Lazarus też to czuł? To dziwne wrażenie, że chociaż tak wiele ich różniło, w jakimś dziwnym sensie wciąż stanowili jedność?

Czystość krwi to coś, co powinno stać ponad prywatnymi niesnaskami, mawiał Salazar, a Seisyll wydawał z siebie w odpowiedzi jedynie cichy pomruk. Bo chociaż nie lubił o tym myśleć, to była prawda. Tworzył oręż i sam stał się mieczem Voldemorta, wszak to była walka o coś więcej niż jego potrzebę bawienia się rzeczywistością. Anglia upadała. To tylko kwestia czasu, aż mugolactwo i ich wymysły pożrą Walię. Zrujnują ich święte góry, zniszczą ich język, ich identyfikację, wierzenia. Mugolactwo spaliłoby Helloise na stosie. Bawili się w barach, od widoku których zbierało mu się na wymioty. Słuchali muzyki, o której bolała głowa. Czcili bożków niemających nic wspólnego z legendami przodków, cyklem życia i kołem roku.

Chwasty.

To było ich spoiwo. Tym spoiwem były chwasty. Chęć wypielenia pięknego ogrodu, w którym miały wychowywać się jego dzieci, zanim zarośnie doszczętnie, a altana w środku skruszeje od wilgoci. Skoro zniszczenie ich było jedynym sposobem na ratunek umysłów reszty, niech tak będzie.

A później... Później mogliby sprawdzić, który z nich ma rację. Czy nowa Wielka Brytania będzie potrzebowała czarodziejskiego króla takiego jak Voldemort, czy jednak pisane im było bezkrólewie. Seisyll przecież wtedy bardzo trafnie to oceni. On przecież nigdy niedałby się zmanipulować tak jak inni Śmierciożercy, oh – tak, z pewnością – był od nich zupełnie inny, nieprawdaż?


- - -


Następnego poranka, kiedy opublikowano Jego manifest, Seisyll spał. Wypił za dużo i nie czuł się dobrze, poza tym miał gdzieś najnowsze wydanie londyńskiego Proroka Codziennego. Nie miał zamiaru się podnosić. Za oknem sypialni na piętrze budynku kuźni, rosło wielkie, piękne drzewo. Zamierzał spędzić przy nim większość dnia, oporządzając materiały do pracy i podziwiając piękno tych okolic. Jutro miał widzieć się z Lazarusem w Little Hangleton, a dziś jeszcze mógł odpoczywać.

Odpoczywać, zanim Mroczny Znak zapłonie tak, jak jutro miała zapłonąć Anglia.

Ktokolwiek się temu przeciwstawi spłonie razem z nią.


Helloise,

od dawna nie odwiedziłaś Walii i chociaż wiem, że serce Twoje jest w Dolinie, przy Kniei będącej domem rodziny Greengrass, chciałbym Cię zobaczyć. Tutaj. Mógłbym przyjechać do Anglii, ale chcę zobaczyć Cię tutaj. Nie przebywam obecnie w Llanberis, więc nie musisz bać się spotkania z rodziną lub służbą – dni spędzam teraz wyłącznie w Beddgelert, pracując nad nowymi zleceniami.

Weź ze sobą kadzidła, proszę. Jak nazbieramy tu ziół i owoców, moglibyśmy złożyć je w darze Afronwyrom, a później pomodlić się do Matki. Przez ostatnie dni czułem się dziwnie. Dobrze zrobiłaby mi Twoja obecność. Nie mogę dużo o tym mówić, bo przysięgałem trzymać gębę na kłódkę, ale sama wiesz jak jest – to, że o tym nie gadam, nie usuwa tego z mojej głowy. Nie chcę tylko siedzieć i pić, a zanim sprawa nabierze takiego rozpędu, żebym wiedział na czym stoję, minie dużo czasu. Poza tym tęsknię za Twoim głosem.

U nas nie pada deszcz. Jest zimno, tak zimno, że nabieranie powietrza czasem piecze w gardło, ale cudownie się oddycha.


Koniec sesji


walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Seisyll Rowle (1515)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa