• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[grudzień 1967, okolice Yule] You're gonna carry that weight

[grudzień 1967, okolice Yule] You're gonna carry that weight
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#1
28.12.2025, 20:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:41 przez Alexander Mulciber.)  
USA, Nowy Orlean

Leżał na rozkładanej kanapie w komunie gdzieś między Nowym Orleanem a końcem świata. Z sufitu zwisała naga żarówka, mrugająca nieregularnie, jak gdyby sama miała objawy odstawienia. A odstawienie, stwierdził półprzytomny Alexander, było jak powolne umieranie. Studium rozkładu w czasie rzeczywistym, zapis powolnej detorioracji ciała i duszy, w którym był zarówno badaczem, jak i obiektem badanym. Najpierw przestawał należeć do własnych rąk, potem do nóg. Na końcu zaś do własnych myśli. Każdy dźwięk był zbyt głośny, każde światło zdawało się zbyt jasnym dla jego oczu. Każda sekunda odmierzana tykaniem zegara wiszącego na ścianie przedpokoju przeciągała się w nieskończoność. Targały nim torsje. Chociaż wiedział, że nie brał od dokładnie czterdziestu godzin, czuł się tak, jak gdyby minęło już czterdzieści dni. Ameryka nie miała czasu dla ludzi na głodzie. Nie miała też dla nich litości. Nie zatrzymywała się nad bezdomnymi śpiącymi na ulicach, nie patrzyła w stronę snujących się otępiale ćpunów, ignorowała nawoływania stręczycieli i prostytutek. Ameryka obiecywała transcendencję tylko w teorii, a w praktyce dawała podsycane substancjami sny, które kończyły się w rynsztoku. Tutejsze lata sześćdziesiąte miały kolor wyblakłego denimu, plakatów z hasłami o wolnej miłości i brudnej podłogi, z której Alexander nie dał rady się podnieść. Podciągnął kolana pod brodę, próbując znaleźć pozycję, w której ból byłby choć odrobinę mniejszy. Nie znalazł takiej. Nie było takiej. Jęknął. Było mu zimno. Drżał cały, mokry od potu zalewającego kark i plecy, jak gdyby ciało próbowało samo wypłukać się z trucizny. Targały nim dreszcze. Czuł, że szczęka zębami, ale gdy tylko zdołał przykryć się skopanym chwilę wcześniej kocem, znowu było mu gorąco. Skóra go paliła. Drapał się nieustannie, bo wszystko go swędziało. Lewe przedramię rozdrapał sobie aż do krwi. Gdyby tylko mógł zedrzeć z siebie skórę, a potem podrapać się po odsłoniętych wnętrznościach. Skręcało go bowiem od środka, a skurcz w żołądku zdawał się nie mieć końca, podobnie jak i ból. Bo chociaż ból przychodził falami, i falami znikał, pozostawiał po sobie pustkę, która bolała najbardziej.

Najgorsze były jednak noce. To zawsze z jakiegoś powodu musiały być noce. Myśli uciekające w panice przed swym własnym echem, niosącym się w przestrzeni umysłu Alexandra, wybrzmiewały wtedy najgłośniej. Myślał o powrocie do domu, ale nie mógł wrócić... Nie w takim stanie. Wyobrażał sobie, że przekraczając wody oceanu dokona rytualnej ablucji. Oczyści się w bezmiarze wody dzielącym Anglię od Ameryki. Wyobrażał sobie, że wróci odmieniony. Śnił więc o domu, chociaż sen przychodził tylko po to, by zaraz zamienić się w koszmar. Widzenia nachodziły go jak choroba. Ściany falowały, gdy trwał pogrążony w swej gorączce. Sufit groził, że spadnie mu na głowę. Obrazy przyszłości i przeszłości splatały się w jedno, nie pytając Alexandra o pozwolenie. Widział twarze bliskich. Widział twarze ludzi, których nigdy nie spotkał. Widział... Widział za dużo. Dar, który kiedyś uważał za błogosławieństwo, teraz był mu klątwą. Bez pomocy narkotyków nie mógł go uciszyć. Bez narkotyków nie mógł znaleźć choćby chwili wytchnienia. A jednak wystarczyło, żeby zamknął oczy, żeby znalazł się w innym miejscu. Na materacu rzuconym bezpośrednio na podłogę, w pokoju, który kiedyś musiał być czyimś salonem. Teraz był tylko przystankiem dla ciał w drodze donikąd. Ciał, nie ludzi. Bo ludzie zniszczeni uzależnieniem istnieli tylko wtedy, gdy zaspokajali potrzeby ciała. Nic innego się nie liczyło. Tylko ta pusta skorupa napędzana szprycą. Nawet teraz w kącie leżało czyjeś porzucone ciało. Nie wiedział, czyje. Skręcone było jednak w ten charakterystyczny dla narkomanów sposób, który napawał Alexandra obrzydzeniem. A przynajmniej próbował się oszukiwać, że to co czuje, to obrzydzenie. Przede wszystkim czuł bowiem zazdrość. Nie wiedział nawet, czy człowiek w kącie żyje. Nie poruszał się. Jeżeli oddychał, oddychał tak płytko, że nie widać było nawet, jak rozszerzają mu się żebra, jak unosi się klatka piersiowa. Mógłby być nawet trupem, ale w tej chwili Alexander mu zazdrościł. Zazdrościł, że nie jest nim. Wolałby być przecież tym zaszczanym mugolem niż sobą. Nawet jeżeli zdychał, zdychał przynajmniej z narkotykiem w żyłach.

Nowy Orlean zimą nie udawał, że jest czymś innym niż raną na jego przedramieniu. Ciepłą, wilgotną, sączącą się raną na mapie Ameryki. Powietrze było ciężkie jak oddech chorego. Jak oddech Alexandra. Przeznaczenie wciąż dyszało mu w kark, ale było to jedno z niewielu miejsc, w których przyszłość nie udawała, że jest lepsza od przeszłości. Nowy Orlean był śmietnikiem objawień. W zaułkach French Quarter mieszały się języki, modlitwy i zaklęcia. Okno nie domykało się do końca, więc zimne, nocne powietrze wpełzało do środka razem z dźwiękami miasta. Afryka była w jego bębnach, dudniących hen od Congo Square, Francja w nazwach ulic i melodyjnym akcencie ich mieszkańców. Hiszpanię odnajdywał w skrzypiących na wietrze stylizowanych barierkach balkonów. O Anglii przypominał mu smród bijący od rzeki płynącej tuż pod jego oknami. Zapach mulisty, zaskakująco ciężki, zaskakująco słodkawy, jak gdyby coś zdechło, a potem zgniło na dnie. Mississippi niosła ze sobą wszystko to, o czym Nowy Orlean nie chciał pamiętać. Wszystko to, o czym nie potrafił zapomnieć... Alexander wciągnął jej zapach do płuc, zaciągnął się nim jak dymem z papierosa, gdy wyszedł na ulicę. Całym sobą oddychał miastem. Jego skóra zdawała się za ciasna na jego ciało. Kości obcierały się o siebie, z trudem powstrzymując konstrukcję, jaką był Alexander Mulciber. Był... Wciąż jeszcze był. Chociaż serce biło tak gwałtownie jak gdyby chciało wyskoczyć mu z piersi i uciec w stronę rzeki. Utopić się w jej odmętach. Może na dnie odnalazłby spokój, pomyślał, przystając tylko po to, aby drżącymi rękoma przytrzymać się bramy, gdy wymiotował w zaułku.

Szedł powoli, za wolno jak na własne myśli, za szybko jak na ciało, które wciąż nie wiedziało, czy chce umrzeć, czy jeszcze trochę pożyć. Mijał sklepy z talizmanami, bary, w których podłogi lepiły się od rozlanego alkoholu, otwarte do późna kościoły. Nowy Orlean był ziemią obiecaną wróżbitów. Tych, którzy widzieli za dużo, i tych, którzy widzieli tylko pieniądze. Obwieszeni amuletami szamani pili słodkie wino z kapłankami vodou z Tremé. Chrześcijańscy mistycy z różańcami ściskanymi w lepkich od potu dłoniach grali w karty z ounganami. Duchy z bagien parzyły się z przywiezionymi z Europy demonami. Mieszało się tutaj wszystko, jazz i modlitwa, tarot i ewangelia, biali chłopcy z północy i czarne kobiety z południa. Katolicyzm był w figurach świętych, a pogaństwo w tym, co robiono z nimi po zmroku.

– "Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało".

Spotkał ją na schodach starej kamienicy. Oparta plecami o brudną ścianę, siedziała dziewczyna. Młoda, ocenił. Kości policzkowe rysowały się ostro na zapadłej twarzy, przypominającej bardziej czaszkę obciągniętą skórą. Kiedyś musiała być nawet ładna. Jak modelka, chociaż chuda była w sposób, który nie miał nic wspólnego z modą. Oczy miała wielkie, ciemne, z tym charakterystycznym, nieobecnym blaskiem... Oczy miała tak spokojne, że aż budziły w Alexandrze gniew. Czułby agresję, gdyby tylko był w stanie ją z siebie wykrzesać. A nie potrafił nawet zacisnąć pięści, jak w snach, w których pozbawione wagi ciosy nie sięgały celu. Potem budził się ze skopaną kołdrą, boksując gniewnie powietrze, sfrustrowany. Jego własne oczy też błyszczały niezdrowo, gdy zatrzymał się wbrew sobie obok mugolki, która siedziała ze skrzyżowanymi nogami, obracając w rękach podniszczoną książeczkę. Pismo Święte, głosił napis wytłoczony na okładce. Papier był pożółkły, brzegi stron poszarpane. Ze środka wystawały karty tarota, które musiały służyć jej za zakładki.

– "W Nim było życie" – recytowała dalej słodkim głosem, uśmiechając się z nieznośną wręcz łagodnością, nieprzystojną mugolskiej nacji – "a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. I pojawił się człowiek posłany przez Boga..."

– Prorok? – wszedł jej w słowo ledwie żywy Alexander, czując przemożną irytację, gdy dziewczyna potrzasnęła głową. Irytacja była jedynym uczuciem, które nie wymagało od niego żadnych nakładów energii. Nie spytał, lecz wychrypiał, głos bowiem go zawodził.

– Jezus był kimś więcej niż prorokiem – odpowiedziała. Alexander z niechętnym zaciekawieniem przysłuchiwał się jej drżącym słowom, które odbijały się zwielokrotnione w przestrzeni jego umysłu, zanim jeszcze zostały wypowiedziane na głos. – Jezus Chrystus. Bóg, który stał się człowiekiem. Słowo, które stało się ciałem. Bóg z Boga, światłość ze światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Boży Syn. Jest tutaj z nami wiesz? Bo "gdzie dwóch gromadzi się w imię moje, tam i ja jestem między nimi"...
Zaczęła mu tłumaczyć, kim był Jezus Chrystus. Mówiła o bogu, który zszedł na ziemię i znał głód, strach, samotność. O tym, że dzięki niemu można przestać ćpać.
– ...Bo Jezus był z tymi, których wszyscy spisali na straty. Z opętanymi. Z chorymi. Z zagubionymi. – Pierdoliła, że gdyby Jezus znał heroinę, byłby dzisiaj tuż obok. Siedziałby z nią na schodach i sprzedawał wróżby, bo według niego każdy zasługiwał na zbawienie. Oszukiwała się. Alexander widział to w jej oczach. Oszukiwała się jak każda ćpunka. "Więcej już nie wezmę". "To ostatni raz, przysięgam". Przecież powtarzał sobie te same kłamstwa. Oszukiwał się, tak jak to robił każdy ćpun.
– Czy ty też czujesz się zagubiony? – wyszeptała nagle dziewczyna, nie wiedzieć kiedy nachylając się bliżej. Zbyt blisko. – Czy czujesz się samotny? – Uśmiechnęła się słodko, aż serce Alexandra zadrżało mu w piersi. – Za parę dolarów mogę ci postawić tarota – zaproponowała omdlewającym głosem, który w zamierzeniu miał chyba brzmieć uwodzicielsko. – Albo się z tobą pomodlić, mon cher. Mogę... – urwała na moment, jak gdyby się nad czymś zastanawiała. Alexander dopiero po chwili zrozumiał, że rozchyliła przed nim zapraszająco nogi, nagie pod cienką spódnicą, mimo panującego na ulicy zimna. – Mogę pomóc ci zapomnieć – wyszeptała, wyciągając ku niemu rękę. Na przedramionach miała pełno blizn i śladów po wkłuciach. Alexander uświadomił sobie, że nosił na swoich takie same stygmaty. Dziewczyna wciąż mówiła, ale Alexander już jej nie słuchał. Czuł do niej odrazę, do jej boga zresztą też. Mugolski bóg. Mugolskie obietnice. Zbawienie w strzykawce zamienionej na krzyż... A przecież odstawienie było dla tej dziewczyny tylko jednym z wielu kręgów piekła. Tym, przez który przechodziła regularnie, z przekonaniem, że może tym razem wycierpiała wystarczająco, żeby pójść prosto do nieba. – Mwen bezwen medikaman. Mon remède... – wybełkotała, przeciągając głoski w tej szczególnej nowoorleańskiej mieszance francuskiego z kreolskim. Alexander zrozumiał z tego wszystkiego tylko jedno słowo. Lekarstwo. Nie wiedział, czy lekarstwem miał być bóg, czy heroina. Może to było już dla dziewczyny wszystko jedno i to samo.

Alexander odwrócił się gwałtownie i ruszył przed siebie, chwytając się ściany, żeby nie upaść.

Uciekając, wypadł na jedną z głównych ulic miasta. Święta wisiały tu w powietrzu jak tania dekoracja. Plastikowe gwiazdy bujały się na balkonach, lampki migotały nad drzwiami barów, z których sączył się jazz... Boże Narodzenie, tak mówili na to mugole. Wiedział, że gromadzą się w świątyniach, żeby śpiewać, że tłumnie podążają w stronę restauracji, żeby uczcić obchody swego święta jedzeniem i piciem. Wszystko to były zwyczaje, które zawłaszczyli czarodziejom. Ale przecież wierzyli. Alexander zastanawiał się, jak naprawdę należy zwracać się do boga, o którym mówiła dziewczyna. Jakie miał imię, jakich modlitw żądał od swych wyznawców. Czy trzeba było klękać? Składać ręce? Śpiewać na głos? Prosić? Dziękować?
Alexander nie umiał żadnej z tych rzeczy. Bo przecież nigdy nie prosił, nigdy nie dziękował... Zawsze tylko brał.
Alexander Mulciber uświadomił sobie nagle, że jest złym człowiekiem.
Z tą świadomością nie przyszło jednak żadne postanowienie poprawy. Bo być może tylko to umiał. Brać. Do tego się przecież urodził. Może jeżeli zajrzy do jeszcze jednego baru, znajdzie kogoś, kto mu sprzeda to, czego tak bardzo potrzebował. Jego... Lekarstwo.

Ostatni raz, obiecał sobie, próbując nie zwymiotować, gdy obracał słowa mugolskiej prostytutki na języku. Ostatni raz.

Gdzieś ktoś zaczął śpiewać kolędę po francusku.

Koniec sesji


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (1904)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa