11.02.2026, 15:20 ✶
Róż. Alexander nie przepadał za tym kolorem. To nie tak, że go nienawidził... Po tym jak Brenna próbowała go kiedyś przekonać, że różowe zasłony do jego domu będą wpasowywały się idealnie w harmonię Little Hanglenton, Alexander zaczął poważnie rozmyślać nad tym kolorem. No bo w zasadzie, to co było złego w różu? Przecież sam kupił kiedyś Yelenie różowe perły, które tak bardzo chciała. Chyba chciała. A może tak tylko suszyła mu o nie głowę, byle tylko suszyć mu o nie głowę. Nadal jednak czuł jakąś taką bazową niechęć do tego koloru, jakby była zakodowana w jego genach. Razem z nienawiścią do Karkaroffów. A tak się akurat składało, że miejsce, które dzisiaj odwiedzał było całe pomalowane na różowo. Słodko. Nawet zapach, który wydobywał się z tego miejsca był... Słodki. Jakby kolor i zapach były ze sobą silnie powiązane i nierozerwalne. Jednak zapach, który dotarł do jego nosa, gdy Aristov stanął pod Klubokawiarnią, zdawał się dotykać jakiegoś takiego prywatnego zakamarka jego duszy.
Co jednak Alexander robił w Norze Nory? Była godzina osiemnasta, punktualnie. Jakby Alexander stanął tam z zegarkiem w ręku. No i oczywiscie to wszystko była sprawka Brenny. To jej wina, ze się tam znalazł, a może w zasadzie zasługa? Panna Longbottom kiedyś poleciła mu to miejsce, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo przecież Brenna mówiła wiele rzeczy, częśc z nich Alexandrowi umykała, ale miał wrażenie, że to akurat miejsce Brenna określiła jako jedyne w swoim rodzaju. I w zasadzie Alexander nie mógł się z tym niezgodzić. Cała ulica była poważna, stonowana, spokojna. I nagle TO. Cały ten róż, słodki zapach. Umówił się więc z klientem w tym miejscu, bo klient nasz Pan, a tamten chciał spotkać sie w miejscu publicznym. Więc Alexander zaufał opisowi Brenny i podał ten adres jako miejsce, zaznaczył też wyraźnie czas, bo przecież człowiek, który bierze poważnie swoją pracę, ceni swój czas, jakby był pieniądzem. I podobno tak właśnie jest.
Jednak co takiego, ten zapach, to miejsce, Aristovowi przypomniało? Co takiego poczuł, co takiego zostało dotknięte w nim tak głęboko, że wywołało tak silną reakcję? Bo widzicie, rosjanin stał przed wejściem, przed drzwiami, z których wydobywała się słodka dłoń... i płakał. To znaczy nie do końca płakał, nie szlochał, nie beczał. Łzy powoli spływały mu po policzkach, gorące, słone, aby zaraz zniknąć na jego płaszczu. Aby zginąć, gdzieś na ziemi. Powoli podniósł dłoń do twarzy, odnajdując tam wilgotne krople.
-Слезы? - zapytał jakby sam siebie z niedowierzaniem. Przecież on nigdy nie płakał. Zdarzyło mu się to może kilka razy w życiu. Ostatnio na pogrzebie jego matki. - мама? - powiedział jeszcze po rosyjsku, stając przed wejściem jak ten kretyn.
Bo to właśnie to ten zapach mu przypomniał. Matkę. Jak stała w kuchi, mimo że mieli przecież od tego ludzi, piekła i gotowała mu pyszności, gdy był jeszcze małym chłopcem. Gdy siedział na za dużym krześlem, machając nogami, a ona uśmiechała się ciepło, nucąc pod nosem jakieś wesołe piosenki. Nie myślał o niej od tak wielu lat. Nie wspominał jej od tak dawna, że ze strachem zauważył, że nie może przywołać w swojej pamięci nawet tego jak wyglądała jej twarz. Postawił więc krok do przodu. Spotkanie z klientem zeszło teraz na dalszy tor, gdzieś zniknęło w jego umyśle, bo im bardziej zbliżał się do kawiarni tym więcej z matki sobie przypominał. Co za dziwne miejsce. Osobliwe. Może... Może nawet jednak polubi ten róż.
Wszedł więc powoli do środka, zamykając za sobą drzwi. Zapach był tutaj znacznie bardziej intensywny, może nawet odroinę przytłaczający, przynajmniej dla niego, ale nie przeszkadzało mu to. Nie w tej chwili. I wtedy zobaczył ją po raz pierwszy. To zapewne była ta Nora, krążyła pomiędzy kuchnią a salą, jakby była w swoim własnym świecie, jakby była w tym miejscu niezniszczalna. A może tylko takie sprawiała wrażenie. Akurat tego późnego popołudnia ruch nie był zbyt duży, choć Alexander nie mógł jasno określić jak "duży' ruch był tutaj zazwyczaj, skoro znajdował się tym miejscu po raz pierwszy. Raz jeszcze wciągnął powietrze głęboko do swoich płuc i powoli zdjął swój płaszcz, odwieszając go na wieszak, stojący koło wejścia. Jak zwykle przy spotkaniach z klientami, Alexander był ubrany dość elegancko. Ciemne spodnie, biała koszula, rozpięta na jeden guzik pod szyją. Nie spodziewał się tutaj żadnych niespodzianek, a jednak. Znalazł tutaj coś, w tym słodkim, różowym miejscu, co przyciągało go do środka. W głąb. Jakby głos matki miał zaraz zabrzmieć kołowo jego ucha jakby jej dłoń miała odgarnąć kosmyki niesfronym włosów z jego czoła. Więc z tym wspomnieniem, Aristov ruszył powoli do lady, obserwując uważnie to co się działo wokół niego. Ludzie zdawali się być tutaj szczęśliwi. Było kilka par, no dobra, większość to były pary, ale jemu towarzyły inne uczucia. Prawda, miłość to miłość, ale zdecydowanie inna, ta nieromantycza, ta towarzysząca relacji dziecko-rodzic. Dlaczego tak łatwo zapomniał o matce? Dlaczego...
Pokręcił szybko głową, za mocno się rozpraszał. Przeniósł swoje spojrzeniem na oszkloną ladę, potem na Norę, jak sądził to była ona, a potem ponownie na ladę, pod którą skrywały się najróżniejsze ciastka, ciasta, torty i inne wypieki i nie tylko. Jego klienta jeszcze tu nie było, więc mógłby w zasadzie coś zamówić, zająć miejsce i czekać. Ale to byłaby strata czasu. Mogłby to spożytkować jakoś inaczej. Nie chciał też za bardzo zatracać się we wspomnieniach. Na to jeszcze przyjdzie czas, na wspominanie matki. Teraz wolał zająć się czymś innym.
-Dzień dobry. - powiedział bardzo spokojnie, nie uśmiechając się ani trochę. Wyraz twarzy miał chłodny, zdystansowany. -Nie jestem dobry w słodycze i inne wypieki, więc... czy jest coś co mogłaby mi Pani polecić? Zdam się na całkowicie na Panią. I poprosiłbym jeszcze czarną kawę.
Może troszeczkę, ale tylko troszeczkę, w jego głosie zabrzmiała nuta nadzei. Jakby chciał, aby to co zaproponuje mu kobieta przy ladzie, przywołało więcej wspomnień. Głupia myśl. Alexander nie potrzebował przecież wspomnień, był szczęśliwy z tym co miał teraz. Z tym wszystkim do czego doszedł swoimi własnymi rękoma, z niechcianego małżeństwa, z domu któego nigdy nie potrzebował, z przeprowadzki do obcego kraju, z zostawienia siostry samej z ojcem, którego oboje nie kochali. Był szczęśliwy? Nawet jeśli nie był to nikomu o tym nie powie, a jeśli był.. to tym bardziej będzie milczał.
Co jednak Alexander robił w Norze Nory? Była godzina osiemnasta, punktualnie. Jakby Alexander stanął tam z zegarkiem w ręku. No i oczywiscie to wszystko była sprawka Brenny. To jej wina, ze się tam znalazł, a może w zasadzie zasługa? Panna Longbottom kiedyś poleciła mu to miejsce, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo przecież Brenna mówiła wiele rzeczy, częśc z nich Alexandrowi umykała, ale miał wrażenie, że to akurat miejsce Brenna określiła jako jedyne w swoim rodzaju. I w zasadzie Alexander nie mógł się z tym niezgodzić. Cała ulica była poważna, stonowana, spokojna. I nagle TO. Cały ten róż, słodki zapach. Umówił się więc z klientem w tym miejscu, bo klient nasz Pan, a tamten chciał spotkać sie w miejscu publicznym. Więc Alexander zaufał opisowi Brenny i podał ten adres jako miejsce, zaznaczył też wyraźnie czas, bo przecież człowiek, który bierze poważnie swoją pracę, ceni swój czas, jakby był pieniądzem. I podobno tak właśnie jest.
Jednak co takiego, ten zapach, to miejsce, Aristovowi przypomniało? Co takiego poczuł, co takiego zostało dotknięte w nim tak głęboko, że wywołało tak silną reakcję? Bo widzicie, rosjanin stał przed wejściem, przed drzwiami, z których wydobywała się słodka dłoń... i płakał. To znaczy nie do końca płakał, nie szlochał, nie beczał. Łzy powoli spływały mu po policzkach, gorące, słone, aby zaraz zniknąć na jego płaszczu. Aby zginąć, gdzieś na ziemi. Powoli podniósł dłoń do twarzy, odnajdując tam wilgotne krople.
-Слезы? - zapytał jakby sam siebie z niedowierzaniem. Przecież on nigdy nie płakał. Zdarzyło mu się to może kilka razy w życiu. Ostatnio na pogrzebie jego matki. - мама? - powiedział jeszcze po rosyjsku, stając przed wejściem jak ten kretyn.
Bo to właśnie to ten zapach mu przypomniał. Matkę. Jak stała w kuchi, mimo że mieli przecież od tego ludzi, piekła i gotowała mu pyszności, gdy był jeszcze małym chłopcem. Gdy siedział na za dużym krześlem, machając nogami, a ona uśmiechała się ciepło, nucąc pod nosem jakieś wesołe piosenki. Nie myślał o niej od tak wielu lat. Nie wspominał jej od tak dawna, że ze strachem zauważył, że nie może przywołać w swojej pamięci nawet tego jak wyglądała jej twarz. Postawił więc krok do przodu. Spotkanie z klientem zeszło teraz na dalszy tor, gdzieś zniknęło w jego umyśle, bo im bardziej zbliżał się do kawiarni tym więcej z matki sobie przypominał. Co za dziwne miejsce. Osobliwe. Może... Może nawet jednak polubi ten róż.
Wszedł więc powoli do środka, zamykając za sobą drzwi. Zapach był tutaj znacznie bardziej intensywny, może nawet odroinę przytłaczający, przynajmniej dla niego, ale nie przeszkadzało mu to. Nie w tej chwili. I wtedy zobaczył ją po raz pierwszy. To zapewne była ta Nora, krążyła pomiędzy kuchnią a salą, jakby była w swoim własnym świecie, jakby była w tym miejscu niezniszczalna. A może tylko takie sprawiała wrażenie. Akurat tego późnego popołudnia ruch nie był zbyt duży, choć Alexander nie mógł jasno określić jak "duży' ruch był tutaj zazwyczaj, skoro znajdował się tym miejscu po raz pierwszy. Raz jeszcze wciągnął powietrze głęboko do swoich płuc i powoli zdjął swój płaszcz, odwieszając go na wieszak, stojący koło wejścia. Jak zwykle przy spotkaniach z klientami, Alexander był ubrany dość elegancko. Ciemne spodnie, biała koszula, rozpięta na jeden guzik pod szyją. Nie spodziewał się tutaj żadnych niespodzianek, a jednak. Znalazł tutaj coś, w tym słodkim, różowym miejscu, co przyciągało go do środka. W głąb. Jakby głos matki miał zaraz zabrzmieć kołowo jego ucha jakby jej dłoń miała odgarnąć kosmyki niesfronym włosów z jego czoła. Więc z tym wspomnieniem, Aristov ruszył powoli do lady, obserwując uważnie to co się działo wokół niego. Ludzie zdawali się być tutaj szczęśliwi. Było kilka par, no dobra, większość to były pary, ale jemu towarzyły inne uczucia. Prawda, miłość to miłość, ale zdecydowanie inna, ta nieromantycza, ta towarzysząca relacji dziecko-rodzic. Dlaczego tak łatwo zapomniał o matce? Dlaczego...
Pokręcił szybko głową, za mocno się rozpraszał. Przeniósł swoje spojrzeniem na oszkloną ladę, potem na Norę, jak sądził to była ona, a potem ponownie na ladę, pod którą skrywały się najróżniejsze ciastka, ciasta, torty i inne wypieki i nie tylko. Jego klienta jeszcze tu nie było, więc mógłby w zasadzie coś zamówić, zająć miejsce i czekać. Ale to byłaby strata czasu. Mogłby to spożytkować jakoś inaczej. Nie chciał też za bardzo zatracać się we wspomnieniach. Na to jeszcze przyjdzie czas, na wspominanie matki. Teraz wolał zająć się czymś innym.
-Dzień dobry. - powiedział bardzo spokojnie, nie uśmiechając się ani trochę. Wyraz twarzy miał chłodny, zdystansowany. -Nie jestem dobry w słodycze i inne wypieki, więc... czy jest coś co mogłaby mi Pani polecić? Zdam się na całkowicie na Panią. I poprosiłbym jeszcze czarną kawę.
Może troszeczkę, ale tylko troszeczkę, w jego głosie zabrzmiała nuta nadzei. Jakby chciał, aby to co zaproponuje mu kobieta przy ladzie, przywołało więcej wspomnień. Głupia myśl. Alexander nie potrzebował przecież wspomnień, był szczęśliwy z tym co miał teraz. Z tym wszystkim do czego doszedł swoimi własnymi rękoma, z niechcianego małżeństwa, z domu któego nigdy nie potrzebował, z przeprowadzki do obcego kraju, z zostawienia siostry samej z ojcem, którego oboje nie kochali. Był szczęśliwy? Nawet jeśli nie był to nikomu o tym nie powie, a jeśli był.. to tym bardziej będzie milczał.