14.11.2025, 10:56 ✶
– Och, nigdy bym na to nie pozwoliła. Z jego karnacją? Wszyscy uznaliby, że jest wampirem – stwierdziła Charlotte. Czerń była dobra w pewnych okolicznościach, odpowiednio stylowa: w czerni praktycznie każdy wyglądał dobrze. Ale nosisz ją przez cały czas? Nie, nie, nie, to była wręcz zbrodnia na modzie, zwłaszcza czarodziejskiej modzie, która ceniła różnego rodzaju zdobienia.
– Dawaj ten olejek. I grzebień. I nożyczki, jeśli masz jakieś dobrze zaostrzone – zażądała Charlotte, obserwując jego włosy spod przymrużonych powiek, niczym chirurg, szykujący się do operacji. Nie była fryzjerką, to oczywiste, ale akurat robiła sobie wspaniałe fryzury dostatecznie często, aby móc pomóc Jonathanowi wyglądać jak człowiek, dopóki nie znajdzie prawdziwego fryzjera. – Skarbie, ja nie byłam odważna. Ja byłam samolubna. Zapewniam, że nie wbiegłabym do płonącego budynku ratować kogoś, kogo zupełnie nie znam – oświadczyła Charlotte samokrytycznie. Tu nie chodziło o robienie tego, co słuszne, mimo zagrożenia i konsekwencji. Chodziło o to, że gdy Charlotte czegoś chciała, musiała to dostać. Że nie zastanawiała się nad tymi konsekwencjami: bo uważała, że z każdymi sobie poradzi. Że nie zamierzała pozwolić, aby ktokolwiek kontrolował ją i jej życie.
I chyba w tym wszystkim wręcz za rzadko myślała o innych.
– Och nie. Ciebie? Za śmierciożercę? – zdumiała się, ściskając jego dłoń z jakimś wręcz współczuciem. – To przez tę fryzurę, jestem pewna. Inaczej przecież na pewno by cię poznali i wiedzieli, że nigdy nie założyłbyś tych paskudnych szat. A ten mroczny znak? Wąż w ustach? Proszę cię – oświadczyła krzywiąc się.
A potem zamilkła na moment.
Bo chciała powiedzieć: Voldemort osiągnąłby znacznie więcej, gdyby zadbał o odpowiedni wizerunek, Grindewald wiedział, jak to robić… ale jakoś nie mogła. Słowa zamarły jej na ustach, w gardle pojawiła się gula. Charlotte zrobiła zirytowaną minę i potarła palcami szyję, chociaż po prawdzie ta irytacja nie była niczym u niej nadzwyczajnym: mogło ją irytować, że ktoś rzucał ogniem w Jonathana. Albo ta jego fryzura. Może to i lepiej, wytrącona z równowagi, przynajmniej nie zrobiła niczego głupiego, czym nieświadomie potem by bardzo wkurzyła Anthonyego?
– Olejek – zażądała więc po prostu. Dlaczego nie mogła wymówić imienia Voldemorta będzie musiała potem rozgryźć, bo przecież... no niemożliwe... że się bała? Ona...?!
– Dawaj ten olejek. I grzebień. I nożyczki, jeśli masz jakieś dobrze zaostrzone – zażądała Charlotte, obserwując jego włosy spod przymrużonych powiek, niczym chirurg, szykujący się do operacji. Nie była fryzjerką, to oczywiste, ale akurat robiła sobie wspaniałe fryzury dostatecznie często, aby móc pomóc Jonathanowi wyglądać jak człowiek, dopóki nie znajdzie prawdziwego fryzjera. – Skarbie, ja nie byłam odważna. Ja byłam samolubna. Zapewniam, że nie wbiegłabym do płonącego budynku ratować kogoś, kogo zupełnie nie znam – oświadczyła Charlotte samokrytycznie. Tu nie chodziło o robienie tego, co słuszne, mimo zagrożenia i konsekwencji. Chodziło o to, że gdy Charlotte czegoś chciała, musiała to dostać. Że nie zastanawiała się nad tymi konsekwencjami: bo uważała, że z każdymi sobie poradzi. Że nie zamierzała pozwolić, aby ktokolwiek kontrolował ją i jej życie.
I chyba w tym wszystkim wręcz za rzadko myślała o innych.
– Och nie. Ciebie? Za śmierciożercę? – zdumiała się, ściskając jego dłoń z jakimś wręcz współczuciem. – To przez tę fryzurę, jestem pewna. Inaczej przecież na pewno by cię poznali i wiedzieli, że nigdy nie założyłbyś tych paskudnych szat. A ten mroczny znak? Wąż w ustach? Proszę cię – oświadczyła krzywiąc się.
A potem zamilkła na moment.
Bo chciała powiedzieć: Voldemort osiągnąłby znacznie więcej, gdyby zadbał o odpowiedni wizerunek, Grindewald wiedział, jak to robić… ale jakoś nie mogła. Słowa zamarły jej na ustach, w gardle pojawiła się gula. Charlotte zrobiła zirytowaną minę i potarła palcami szyję, chociaż po prawdzie ta irytacja nie była niczym u niej nadzwyczajnym: mogło ją irytować, że ktoś rzucał ogniem w Jonathana. Albo ta jego fryzura. Może to i lepiej, wytrącona z równowagi, przynajmniej nie zrobiła niczego głupiego, czym nieświadomie potem by bardzo wkurzyła Anthonyego?
– Olejek – zażądała więc po prostu. Dlaczego nie mogła wymówić imienia Voldemorta będzie musiała potem rozgryźć, bo przecież... no niemożliwe... że się bała? Ona...?!