Słota nie przyniosła zbawiennej ochłody; rozbijając się igiełkami deszczu o jej bladą skórę, jedynie wzmogła duszność o nuty wilgoci, które uczyniły z rozwichrzonej czupryny chaos nieopisany. Uśmiech uginał jej wargi w ukłonie; wargi drżały nieprzejednane, a stukot wysokich obcasów uderzających o bruk stanowił swoistą melodię; zupełnie jak nuta perfum moszcząca się w zagięciu szyi słodką wonią. Usta powleczone karminem, prawdopodobnie jednym z droższych odcieni czerwieni, naprzemiennie zaciskała i rozluźniała, co chwilę marszcząc, jakby chciała wyprostować zmięte prześcieradło. Parę głębokich wdechów wypełniło płuca ciepłym powietrzem, wyostrzając percepcję – ta jednak zmrużyła oczy, rozglądając się pilnie po okolicy.
Początki wiosny nie należały nigdy do łaskawych; wraz z każdą z nich nadchodziło kolejne fatum budzenia się do życia – ona także wzbijała się ponad padół z pierwszymi ciepłymi promieniami blasku, przebijającego się przez tęgie, masywne kotary przysłaniające okna w rodowej rezydencji. U Loretty ta pora roku budziła jednak także obawy i niechęć do obmierzłego „ja”, które codziennie zastawała w lustrze; nie miała przyjaciół, a ekscentryczny ubiór przypiął jej łatkę delikatnie, nienagannie szalonej. Próbowała błyskać zębami, jakby jej domyślna prezencja nie była dostatecznie przyjaźnie pogodna – uśmiechała się więc szeroko, ukazując odrobinę nierówne kły.
Bo w gruncie rzeczy, była absurdalnie radosna w całej swojej krasie. Śmiała się głośno, tańczyła ochoczo i gawędziła kulturalnie – łata wariatki opadła na nią barchanowym całunem z nicości; może to te kapelusze o niezwykle szerokim rondzie?; może to te pstrokate koszule, do których nigdy nie ubierała spódnic?
Przemierzając ulicę – a przemierzała ją z konieczności, aby nie zostać momentalnie zbitą z pantałyku – wzięła głęboki wdech. Po chwili ujrzała swoje odbicie w jednej z witryn sklepowych – przejrzała się w niej, poprawiła włosy i upewniła, czy nie rozmazała szminki. Tego jednego z droższych odcieni czerwieni.
Zadarła głowę wysoko, wbijając wzrok w niebo, z którego zwolna zmykał szal słońca. Zachody miały w sobie nutę rzewności, jednak to w nocy nie szkoda tego, co widzi serce – rozkochała się więc w porach zmierzchowych, szczególną atencją zaszczycając wschody gorącej kuli wędrującej po niebie.
Gdy już stała pod jego drzwiami, nim chwyciła za kołatkę, szczypnęła się kilkukrotnie w policzki, aby nadać im barwy; aby nie była trupioblada – on wiedziałby, znał ją jak własną kieszeń, a może i bardziej. Musiała więc zachować wszelkie pozory i zagrać z nim w iście demoniczne szachy emocjonalnie. I choć chciała go wielokroć zdzielić, powstrzymywała się ochłapami równowagi emocjonalnej – jej deficyty niestety często ją zastawały.
Gdy tylko drzwi ustąpiły, wparowała do środka z naturalną sobie radosną uwerturą; rzuciła się Leandrowi w ramiona, w jej oczach jednak zabłysły sztylety.
Absurdalnie dobra z Ciebie aktorka, Loretto.
– Dobry wieczór, kochany! – rzuciła miękko, składając na jego policzku szybki pocałunek. Naciągnęła potem jednak rękaw koszuli, aby z jego policzka zetrzeć ślad szminki. Tego jednego z droższych odcieni czerwieni.
– Czy dzisiaj też zatańczymy walca? Nic nie smakuje tak dobrze, jak nocny walc. – Uniosła jedną brew, w głowie kalkulując działania.
Olbrzymia krew pływająca w jego żyłach sprawiała, że z jego ogromem wzrostu, marne półtora metra w kapeluszu, którym odznaczała się Loretta, wyglądali dziwacznie. Nie przeszkadzało jej to w żadnej mierze, jednak musiała być pragmatyczna – czy da radę zacisnąć dłoń w pięść i złamać mu nos? Z zasady po przemoc nie sięgała, jednak tym razem miała ochotę splunąć mu w twarz i doprawić… Ach, marzenia! Nie mógł jednak dostrzec, iż emocjonalnie jest rozedrgana – zachowywała doskonałe pozory, a jej zachowanie nijak nie odbiegało od enigmatycznie uśrednionej normy.