18.02.2023, 21:09 ✶
Aktor nie był świadomy tego, że odgrywał właśnie swoją rolę życia. Rolę wartą każdej nagrody, bo opartą na prawdziwych, żywych emocjach. Dla niego była to okrutna, przerażająca rzeczywistość, z każdą chwilą zmieniająca się w coraz gorszy koszmar. Gdy usłyszał pierwsze poważne groźby (cokolwiek miało stać się za rogiem kawiarni, na pewno było to coś bardzo złego) skurczył się w sobie, bo realna szansa utraty życia była zbyt dużym ciężarem na jego ramiona. Choć kot był mały w porównaniu do dorosłego mężczyzny, to Theodore czuł, że zwierzak górował nad nim w każdy możliwy sposób.
- Moje? Hmm.. Ja… Eh… - wyjąkał, nie wiedząc, jak zacząć wypowiedź. Nigdy mu się to nie zdarzało, ale w tym momencie strach odbierał mu zdolność myślenia – Proszę, niech to nie będzie nic za tyym rogiem. Ja mam te, no, żony, znaczy żonę, no i dzieci. Bardzo chore. Potrzebują mnie żywego, całego i zdrowego – wydobył z siebie błagalnym tonem, w sposób, jakby ledwo co kontrolował to, co mówił, i przyjął smutnawą minę, jakby opowieść o chorych dzieciakach była prawdziwa. Miał nadzieję, że wspomnienie rodziny z problemami rozmiękczy serce kota i dzięki temu nie rzuci w Theo żadnych okropnym zaklęciem, gdy już opuści kawiarnie. Tylko tego w tym momencie pragnął – dożyć kolejnego dnia w jednym kawałku.
Kot obiecał, że włos mu z głowy nie spadnie, ale to tak naprawdę nic nie znaczyło. Spiskowcy potrafili wiele i byli nieprzewidywalni. Mógł przerobić mu mózg, usmażyć go od środka niczym jajecznice, kontrolować jego myśli i kto tam wie co jeszcze. Nie musiał rzucać avady, by osiągnąć swój cel.
Ależ on miał złowieszczy śmiech! Ależ złowroga przemowa! A ruchy, kocie, dynamiczne, celujące prosto w Theodora! Gdyby nieszczęśnik był zwierzakiem, to pewnie wskoczyłby w akrobatyczny sposób na żyrandol, jak najdalej od Salema, ale jako że był człowiekiem, to jego instynkt przetrwania kazał mu stać nieruchomo i trząść się niczym ofiara gotowa na zjedzenie.
- Panie Salemie, przepraszam, jeśli w jakiś sposób uraziłem pana szlachetną osobę – Jego głos, tak jak ciało, trząsł się niczym galareta. Zerknął w stronę drzwi, do których pragnął podbiec i uciec w siną dal. W tym momencie było to odległym marzeniem, Theo był pewien, że jeśli nie posłucha się kota, to niejeden włos z głowy mu spadnie. Wciąż przekonany, że kot groził mu wcześniej odebraniem życia, z bólem usiadł przy stoliku, w niekomfortowo wyglądającej pozie, na samym skrawku krzesła, jakby siedzisko go paliło.
- Wszystko jest w porządku, ja naprawdę nie chcę już pączka – kłamał, by jak najszybciej spiskowiec puścił go wolno. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać: stres, nerwy i przerażenie tak mocno nagromadziły się w jego ciele, a załzawione oczy wydawały się jedyną drogą ujścia.
- Moje? Hmm.. Ja… Eh… - wyjąkał, nie wiedząc, jak zacząć wypowiedź. Nigdy mu się to nie zdarzało, ale w tym momencie strach odbierał mu zdolność myślenia – Proszę, niech to nie będzie nic za tyym rogiem. Ja mam te, no, żony, znaczy żonę, no i dzieci. Bardzo chore. Potrzebują mnie żywego, całego i zdrowego – wydobył z siebie błagalnym tonem, w sposób, jakby ledwo co kontrolował to, co mówił, i przyjął smutnawą minę, jakby opowieść o chorych dzieciakach była prawdziwa. Miał nadzieję, że wspomnienie rodziny z problemami rozmiękczy serce kota i dzięki temu nie rzuci w Theo żadnych okropnym zaklęciem, gdy już opuści kawiarnie. Tylko tego w tym momencie pragnął – dożyć kolejnego dnia w jednym kawałku.
Kot obiecał, że włos mu z głowy nie spadnie, ale to tak naprawdę nic nie znaczyło. Spiskowcy potrafili wiele i byli nieprzewidywalni. Mógł przerobić mu mózg, usmażyć go od środka niczym jajecznice, kontrolować jego myśli i kto tam wie co jeszcze. Nie musiał rzucać avady, by osiągnąć swój cel.
Ależ on miał złowieszczy śmiech! Ależ złowroga przemowa! A ruchy, kocie, dynamiczne, celujące prosto w Theodora! Gdyby nieszczęśnik był zwierzakiem, to pewnie wskoczyłby w akrobatyczny sposób na żyrandol, jak najdalej od Salema, ale jako że był człowiekiem, to jego instynkt przetrwania kazał mu stać nieruchomo i trząść się niczym ofiara gotowa na zjedzenie.
- Panie Salemie, przepraszam, jeśli w jakiś sposób uraziłem pana szlachetną osobę – Jego głos, tak jak ciało, trząsł się niczym galareta. Zerknął w stronę drzwi, do których pragnął podbiec i uciec w siną dal. W tym momencie było to odległym marzeniem, Theo był pewien, że jeśli nie posłucha się kota, to niejeden włos z głowy mu spadnie. Wciąż przekonany, że kot groził mu wcześniej odebraniem życia, z bólem usiadł przy stoliku, w niekomfortowo wyglądającej pozie, na samym skrawku krzesła, jakby siedzisko go paliło.
- Wszystko jest w porządku, ja naprawdę nie chcę już pączka – kłamał, by jak najszybciej spiskowiec puścił go wolno. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać: stres, nerwy i przerażenie tak mocno nagromadziły się w jego ciele, a załzawione oczy wydawały się jedyną drogą ujścia.