• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[wiosna, 1972] Ulewa

[wiosna, 1972] Ulewa
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#1
26.02.2023, 21:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.04.2023, 19:59 przez Morgana le Fay.)  
Rozliczono - Patrick Steward - Bajarz

Odkryj wiadomość pozafabularną
ULEWA - Podczas twojej podróży pomiędzy Londynem i jedną z czarodziejskich wiosek, natrafiasz na wielką ulewę. Czymkolwiek się poruszałeś (włączając w to teleportację), przestało działać. Na jedną upiorną noc utknąłeś na z pozoru kompletnym bezludziu, ale wtedy w oddali dostrzegłeś światło. W środku starego dworku ugościł się pan Binns wraz z czterema pięknymi córkami. Spędziliście wieczór pełen żartów wraz z ich magicznym, mówiącym psem. Kiedy się obudziłeś, zauważyłeś, że nad tobą nie ma dachu! Łóżko, w którym tak wygodnie spałeś, było całkowicie mokre. Spałeś w starej, brudnej od ziemi pościeli. Wszystko, co działo się wczoraj, było złudzeniem, lub psotami dziwacznych duchów. Żaden to był dworek - to była rudera! Na szczęście magia znów działała (a jeżeli dotarłeś tu innym środkiem lokomocji niż teleportacja - został on magicznie naprawiony), więc mogłeś wrócić do domu.

Sesję prowadzi: P. Steward

Z tej pierwszej chmury pewnie wcale nie byłoby deszczu. Ale zaraz po niej pojawiła się kolejna. I kolejna. I kolejna. I nagle to nie tylko niebo stało się ciemne od zaściełających je deszczowych chmur, ale i na dworze zrobiło się ciemniej, jakby już zaczęło zmierzchać. Powietrze stało się wilgotne a w powietrzu zaczął unosić się zapach nadciągającej ulewy.
Zaledwie kilka chwil później lunął wreszcie deszcz. Od pierwszej kropli intensywny, głośny, dramatycznie utrudniający widzenie i tak mocny, że wystarczyło tylko parę sekund by każdy, kto znalazł się w tym momencie na dworze, stał się z miejsca przemoczony do suchej nitki. Krople spadały z nieba, uderzały o ziemię, niemal od razu tworząc kałuże i ochlapując wszystko, cokolwiek jeszcze żywego (lub nie) znalazło się w ich pobliżu.
Wiosenna ulewa. Jedna z tych, które nadchodzą z impetem po roztopach, zapowiadając nadejście cieplejszych temperatur i przebudzenia się do życia natury. Zwiastun przyszłego rozkwitu a jednocześnie niszczycielska siła, która niszczy ledwo wyrosłe z ziemi pierwsze, młode rośliny i zabija owady.
Woda spływała Mavelle po twarzy, włosach, dostawała się pod kurtkę, koszulę i do butów. Musiała podnosić rękę do czoła i robić z niej prowizoryczny daszek by krople deszczu nie próbowały dostać się jej do oczu.
W oddali majaczyło światło. Nie jedno, pojedyncze, które najpewniej zwiastowałoby tylko, że między Londynem a jedną z czarodziejskich wiosek grasuje albo zwodnik, albo jakiś inny, podobny do niej nieszczęśnik, który przypadkiem zabłądził o tej porze dnia w to samo miejsce co ona, ale sporo świateł. Nieruchomych, połyskujących w deszczu jak latarnie. Może nawet trochę wabiących, przywołujących podróżnych, ale tylko dlatego, że były w tym momencie jedynym jasnym punktem, gdziekolwiek spojrzała.
Im bliżej ich podeszła, tym lepiej widziała kontury wyłaniającego się z ulewnego deszczu dworku. Wyglądał na stary, ale zadbany. Bluszcz porastał jedno z skrzydeł, ustępując tylko miejsca oknom. Na parterze świeciły światła. Prowadziła do niego (teraz) błotniska ścieżka. Był ogrodzony niewielkim, kamiennym ogrodzeniem, ale brygadzistka Bones miała sporo szczęścia, bo gdy się ku niemu zbliżała, widziała, że bramę rozwarto szeroko, jakby całkiem niedawno ktoś stąd odjechał, a przez deszcze nie zdążono jeszcze jej zamknąć.
Była najwyżej dwadzieścia metrów od wejścia, gdy drzwi otworzyły się szeroko i stanął w nich niski, otyły, starszy mężczyzna. Uśmiechał się jowialnie i gestem zachęcał ją by podeszła bliżej i weszła do środka.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#2
01.03.2023, 22:52  ✶  
Ta wiosna najwyraźniej zaliczała się do wybitnie pechowych. Jak nie utknięcie na cholernych mokradłach, to… motocykl postanowił przestać działać. Tak po prostu, akurat wtedy, gdy specjalnie po niego sięgnęła, porządnie się stęskniwszy za szaleńczym pędem wiatru – zwłaszcza że nie biegała na czterech łapach, żeby móc choć spróbować prześcignąć wiatr.
  Jeszcze nie biegała.
  Niemniej, nie miało to znaczenia w przeciwieństwie do tego, że nie mogła znaleźć usterki, jak również standardowe zaklęcie naprawiające zdziałało dokładnie tyle, co jedno, wielkie, absolutne nic. Cóż, pozostawało tylko z niego zsiąść i poprowadzić, klnąc przy tym pod nosem.
  A potem bardziej niż tylko pod nosem – nie dość, że popsuła się maszyna, to i pogoda. Jeszcze trochę, a chyba trzeba będzie pogadać z jakimś klątwołamaczem, żeby sprawdził, czy przypadkiem coś się nie przyplątało. No dobrze, nie takie znowu do końca „się”, bo klątwy nie wyskakiwały z pierwszego lepszego pudełka, by przyczepić się do pierwszej napotkanej osoby – nie, zwykle stało za tym konkretne działanie, opcjonalnie kontakt z czymś przeklętym.
  Co gorsza, pogoda nie popsuła się tak po prostu – nie było mowy o zwykłym deszczyku, lecz konkretnej ulewie, którą najlepiej było spędzić w jakimś ciepłym wnętrzu, z kubkiem kawy w ręce i książką do kompletu. Mavelle dość szybko poczuła, iż nie została ani jedna sucha nitka; podejrzewała też, że ani chybi trzeba będzie skombinować eliksir pieprzowy, gdy tylko uda się dotrzeć do domu.
  Światło dało niewielką nadzieję – że może uda się znaleźć schronienie przed wdzierającą się dosłownie wszędzie wodą, może nawet przeschnąć w miarę porządnie. W miarę, bo też miała wrażenie, że przemokła tak bardzo, iż suszenie powinno zająć dobrych kilka dni, co najmniej.
  Krok za krokiem, ziąb przenikający praktycznie do kości – jeszcze chwila i była całkiem pewna, że zaraz zacznie szczękać z tego wszystkiego zębami, o ile jednak się nie roztopi niczym cukier i zmieni w kolejną na swej drodze kałużę – nie brzmiało to teraz aż tak nieprawdopodobnie, jak na co dzień…
  W całym tym pechu, najwyraźniej, trafiła się odrobina szczęścia, niczym ślepej kurze ziarno. Nadal otwarta brama skłoniła do przyspieszenia kroku – co w sumie nie było takie łatwe, biorąc pod uwagę błotnistość drogi i ciężar maszyny. Może faktycznie uda się przeczekać ten okropny deszcz…?
  Fakt, iż drzwi się otworzyły, zanim w ogóle zdążyła do nich podejść wzbudził lekki niepokój – niby mogła zostać po prostu zauważona przez okno, ale też jakie dokładnie były na to szanse? - niemniej chęć schronienia się była zdecydowanie silniejsza od perspektywy ulegnięcia paranoi i, co za tym szło, dalszego moknięcia na tym cholernym deszczu. Cóż, jak ewidentnie ją zapraszał, to nie godziło się kazać gospodarzowi czekać – postawiła motocykl przed dworkiem i pośpiesznie skierowała się do drzwi.
  - Bardzo dziękuję, panie…? – zawiesiła dość wymownie głos, wślizgując się przy tym do środka. W miarę dyskretnie się rozejrzała, zsuwając niemalże natychmiast buty – nie dość, że i tak spadała na głowę tutejszym lokatorom, to nie musiała dodatkowo im zabłacać podłogi, prawda…?

474
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#3
08.03.2023, 00:25  ✶  
Mężczyzna był niski, otyły. Miał pewnie przynajmniej sześćdziesiąt wiosen. Im bliżej niego Mavelle była, tym wyraźniej widziała, że ubrany był trochę staroświecko, przesadnie elegancko. Miał spodnie zaprasowane na kant, białą koszulę i szarą kamizelkę. Uśmiechnął się przyjaźnie do brygadzistki.
- Straszna dzisiaj pogoda, co? - zagaił. Cofnął się w drzwiach, by umożliwić Bones wejście do środka. - Taki deszcz. Wiosnę czuć w powietrzu. Zawsze powtarzam, że takie deszcze to na wiosnę idą. Byle tylko nie zalało pastwisk. Jak zaleje pastwiska, to krowy będą musiały zostać przez kilka dni w oborze a tego nie lubią.
Mavelle znalazła się w dość eleganckim korytarzu, który musiał być zrobiony na podobieństwo tych należących do mugolskiej arystokracji. Na ścianach gościły ciemne, eleganckie tapety, była też drewniana boazeria (utrzymana w tej samej kolorystyce i pewnie z tego samego drewna co podłoga). Jedne z drzwi były otwarte. Bones słyszała dochodzące ze środka kobiece głosy.
Mężczyzna zamknął drzwi wejściowe.
- Nazywam się pan Binns – przedstawił się, jednocześnie wreszcie odpowiadając na jej pytanie. – Widzę, że jesteś strasznie przemoczona. Trzeba ci przynieść jakiś ręcznik. I może coś ciepłego do wypicia? – zastanowił się. – Ale najpierw… - uniósł palec do góry by zwrócić na siebie jej uwagę.
Podszedł do drzwi, zza których słyszała kobiece głosy i otworzył je szerzej.
- Colette, Flosie, Luno i Mabel, mamy gościa! – zawołał. – Poznajcie… - urwał, czekając aż Mavelle sama się przedstawi.
W sporej wielkości saloniku siedziały cztery kobiety. Colette była smutkłą, eteryczną blondynką, która haftowała siedząc przy oknie. Flosie korpulentnym rudzielcem, która z zacięciem grała w karty z czarnowłosą Luną. Mabel, najmłodsza z całego towarzystwa, była jednocześnie najbardziej podobna do pana Binnsa (choć podobieństwo wyrażało się raczej w kształcie twarzy i lekko kartoflanym nosie niż nadwadze, bo tej nie miała). Siedziała w fotelu i karmiła sporej wielkości, białego jak mleko, charta angielskiego. Wszystkie cztery uniosły głowy by popatrzeć na Mavelle. To samo zrobił również pies.
- Ocho – powiedział pierwszy. – Ale będzie sprzątania! Z ciebie dosłownie płynie!
- Cicho, Osmel! – ofuknęła go Mabel. – To nieładnie tak mówić!
Colette podniosła się ze swojego miejsca przy oknie. Odłożyła robótkę ręczną na stolik. Wyglądała na najstarszą z sióstr – choć między wszystkimi było maksymalnie dziesięć lat różnicy i żadna nie przekroczyła jeszcze trzydziestego roku życia (a Mabela wyglądała na góra piętnaście lat).
- Przyniosę ci jakiś ręcznik – zaproponowała, spoglądając Mavelle. Policzki na jej bladej twarzy poczerwieniały lekko. Odwróciła się do jednej z sióstr. – Luno, chodź ze mną, przyniesiesz herbaty. Ona powinna się rozgrzać. Inaczej się zaziębi.
Luna zmarszczyła brwi.  Odłożyła swoje karty na stolik a potem grzecznie ruszyła za Colette. Obie wyszły z pokoju. Pan Binns uśmiechnął się przyjaźnie do Bones.
- Ogrzej się przy kominku – zaproponował. – Co cię w ogóle sprowadziło w te strony? Rzadko miewamy gości. Dlatego bardzo się cieszymy, gdy ktoś nas odwiedza.
Na kominku trzaskał ogień. Sprawiał, że w pomieszczeniu było ciepło, przyjemnie i jeszcze jaśniej. Jakby na przekór ciepłu panującemu w salonie, za oknem ciągle lało. Chart angielski porwał kolejny kawałek szynki, który podała mu Mabel.
- Podzieliłbym się z tobą, ale ludzie rzadko chcą jeść z podłogi – usprawiedliwił się.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#4
15.03.2023, 22:00  ✶  
W porównaniu z mężczyzną, Mavelle odnosiła wrażenie, że naprawdę jest zmokłą kurą. Nic, tylko wyżąć porządnie z wody i powiesić na sznurku, żeby wyschła. Czy zazdrościła mu suchości? Może troszkę... W każdym razie, wyglądało na to, że szczęście się jednak do niej uśmiechnęło, a co za tym idzie - miała okazję na doprowadzenie się do "normalnego" stanu. Przynajmniej taką miała nadzieję.
  - Przeokropna - zgodziła się cicho z mężczyzną, wślizgując się do środka. Razem z nią zaś do wnętrza wszedł i deszcz - wszak dosłownie ociekała wodą; spojrzała z niezbyt mądrą miną na podłogę. Och. Naprawdę nie wyglądało to szczególnie dobrze - Najmocniej przepraszam, wygląda, że tylko wam wszystko zamoczę... – wyrzekła najbardziej przepraszającym tonem, na jaki ją było stać – I tak, nie da się ukryć, zawsze na wiosnę – pokiwała głową, po namyśle zsuwając z siebie również i kurtkę – średnio teraz przydatną – i rozglądając się, gdzie ją może powiesić. Akurat mniej więcej wtedy, gdy po części ją zostawił, podchodząc do innych drzwi.
  - Mavelle - podpowiedziała, wyłapując moment, w którym powinna się odezwać i uzupełnić lukę w wiedzy pana Binnsa. I jego córek. I... psa? - Ty... mówisz? - zdziwiła się nielicho. Z którejkolwiek by strony nie patrzeć, jeszcze nie zetknęła się w swoim życiu z mówiącymi zwierzętami; nawet nieszczególnie takowe z lekcji kojarzyła! Chyba że to był sen, ale też nie mogła się pozbyć wrażenia, że we śnie nie byłby aż tak mokra i zziębnięta, o zmęczeniu już nie mówiąc…
  - Będę bardzo wdzięczna – posłała dość ciepły uśmiech w stronę Colette, oczywiście całkowicie nie pojmując, skąd ten nagły rumieniec na policzkach. Może zrobiło się jej za ciepło od bliskości kominka? Może wstydziła się gości…?
  - Och, ale wtedy zamoczę podłogę... - zawahała się. Z jednej strony nie chciała sprawiać gościnnym gospodarzom problemów, z drugiej - no, ogrzanie się przy ogniu było bardziej niż wskazane. Wprawdzie nie zakładała, że miałaby się pochorować od takiego deszczu - bo przecież nie należała do chorowitych osób - jednakże musiała wziąć pod uwagę, że naprawdę przemokła do ostatniej nitki. Nie ostała się ani jedna sucha, a to jednak sugerowało sporą dawkę eliksiru pieprzowego, gorącą kąpiel i owinięcie się kołdrą. Może nawet dwoma.
  Dlatego też ostatecznie zdecydowała się podejść bliżej kominka, zostawiając – niestety! - za sobą mokre plamy. Przycupnęła przy nim, wyciągnęła dłonie bliżej ognia, zdecydowanie chcąc się ogrzać.
  - Chyba… zrządzenie losu? Dziecinka... – zawiesiła się, zreflektowała, że to może nie być dość jasne określenie – … motocykl mi się popsuł. A potem po prostu się rozpadało i był to jedyny dom po drodze... – zawiesiła głos. Oczywiście że nie planowała spowiadać się, jakie sprawy ją wiodły tą trasą; zresztą to nie było istotne.
  Zadrżała, czując, jak chłód się opiera i nieszczególnie chce ustąpić miejsca ciepłu, lęgnąc się gdzieś w głębi ciała, sięgając kości.
  - Nie szkodzi – zapewniła psa – Zresztą, i tak nie potrafiłabym niczego wziąć od jakiekogolwiek psa, chyba że mówimy o patyku. Albo piłeczce. I to tylko po to, żeby nią rzucić – oświadczyła, biegnąc myślami chociażby do Gałgana.

492/966
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#5
24.03.2023, 18:07  ✶  
Colette zniknęła za drzwiami. Zaraz za nią z saloniku wyszła również Luna, choć ta z dużo mniejszą ochotą, wyraźnie posyłając groźne spojrzenie rudowłosej Flosie.
- Będę pilnować, żeby nie oszukiwała przy kartach! – zawołała za ciemnowłosą siostrą Mabel.
Osmel oblizał pysk. Nie miał zamiaru odpowiadać Mavelle na tę oczywistą, oczywistość. Rzeczywiście, był gadającym psem, ale każdy miał jakieś mniejsze lub większe wady. On przynajmniej nie roznosił wody po całym saloniku. I pewnie była w tym jakaś osobliwa ironia, ale ze wszystkich zebranych w tym pokoju, to jemu najmniej odpowiadała woda, którą nowoprzybyła naniosła.
Pan Binns posłał brygadzistce przepraszające spojrzenie. Dokładnie takie, które mógł skierować w jej stronę tylko ojciec, posiadacz czterech córek, nad którymi zupełnie nie panował.
- A może ty miałabyś ochotę zagrać ze mną w karty? – zapytała Mavelle Flosie. Siedziała z miną niewiniątka przy stoliku. Ale, jakby się dobrze przyjrzeć, to tak jakoś minimalnie zbliżyła się do kart, które należały do jej siostry.
- Nie graj z nią, ona strasznie oszukuje – ostrzegła Mabel.
- Wcale nie oszukuję!
Ogień przyjemnie ogrzewał ręce Mavelle. Osuszał wyziębione przez niesprzyjającą pogodę ręce i twarz. Za jej plecami siostry zaczęły właśnie walczyć o karty Luny. Flosie upierała się, że wcale nie chciała do nich zajrzeć. Mabel była przekonana, że złapała siostrę na gorącym uczynku. Pan Binns prosił obydwie cicho, by zachowywały się lepiej, bo przecież miały niespodziewanego gościa i powinny jak najlepiej zachowywać się w towarzystwie.
Osmel podniósł psi łeb na Bones. Wyglądał na odrobinę skonsternowanego.
- Skąd w ogóle pomysł, że zechciałbym ganiać za piłeczką? Albo za patykiem? – zapytał ją. – Nie jestem byle kundelkiem by oddawać się tak bardzo psim czynnościom. Dużo chętniej dałbym się podrapać po brzuchu i pomiziać za uchem.
Pogoda za oknem była taka, że właściwie i tak tylko te dwie czynności wchodziły w jakąkolwiek rachubę.
- Dobrze, nie musimy grać w karty – rzuciła głośniej Flosie. – Możemy zagrać w warcaby. Albo w chińczyka. Albo…
- Albo w prawdę czy wyzwanie! – wtrąciła z entuzjazmem Mabel.
Pan Binns westchnął, ale nie zdążył powiedzieć ani słowa, bo mniej więcej w tym samym momencie do saloniku wróciła Colette. W rękach niosła aż dwa miękkie ręczniki.
- Jak chciałabyś grać w prawdę czy wyzwanie z własnym ojcem i psem? – zapytała dość chłodnym tonem.
Zbliżyła się do Mavelle by podać jej przyniesione ręczniki. Była najsmuklejsza ze wszystkich sióstr. Bardzo wiotka i blada, z drobnymi zasinieniami pod oczami.
- Coś byśmy wymyślili – zamarudziła Mabel. – Przecież nie musimy rzucać żadnych okropnych wyzwań!
- Czy wyzwanie, byś posprzątała w swoim pokoju mieści się w twojej definicji okropnych wyzwań?
- Ej, to jest cios poniżej pasa!
Colette uśmiechnęła się kwaśno.
- Ale myślałam raczej o prawdzie. Chciałabyś, żeby papa dowiedział się, kto wczoraj stłukł ostatni słoik jego ulubionej konfitury malinowej?
- To byłem ja – wtrącił lojalnie Osmel, ale po minie najmłodszej córki pana Binnsa dało się poznać, że to jednak nie pies odpowiadał za tę małą zbrodnię.
Drzwi do saloniku znowu się otworzyły i wróciła Luna, niosąc tacę z herbatą i ciasteczkami maślanymi.
- Chciałam przynieść jeszcze konfiturę z malin, ale ktoś stłukł ostatni słoik – powiedziała.
Mabel jęknęła z oburzeniem, ale na pomoc przybył jej nieoczekiwanie ojciec.
- Taka gra to właściwie całkiem dobry pomysł – zauważył. – Niewiele pożytecznych rzeczy da się zrobić w taką pogodę. A wszystkie miałybyście rozrywkę. Ja, po prostu posiedzę w fotelu i poczytam książkę – zaproponował, w ten sposób usuwając swój kłopotliwy udział w całej zabawie.
- Więc jak? – zapytała z nadzieją Mabel, pytanie kierując prosto do Mavelle.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#6
29.03.2023, 23:52  ✶  
Powoli zaczynała odnosić wrażenie, że już nie zamienia się w lodowy posąg. Do suchości oczywiście było daleko, niemniej wciąż – istniało to niewielkie światełko w tunelu, dające nadzieję, że prędzej czy później przestanie być zmokłą kurą. Właściwie to aż się prosiło o wyskoczenie z ubrań; materiał zdecydowanie jakoś łatwiej schnął, gdy nie znajdował się na człowieku.
  Tyle że po prostu nie wypadało.
  - Hm... – zastanowiła się mało dyplomatycznie. Przyjacielska gra w karty – w sumie nie bardzo wypadało odmawiać gospodarzom, zwłaszcza że właśnie ratowali ją od rozpuszczenia się niczym kostka cukru przez tę całą cholerną ulewę. Przestrogi o oszustwach zaś mogły być zarówno dobrą radą, jak i jakimś wewnętrznorodzinnym żartem – toteż nie do końca była pewna, która opcja jest właściwa.
  Ale znów, nie wypadało tak po prostu odmówić… Na chwilę z opresji wybawił ją pies, który wtrącił swoje trzy knuty. Hej, przecież…!
  - … ale nic takiego nie miałam na myśli, że konkretnie ty miałbyś się uganiać za piłeczką czy patykiem. Po prostu… mówiłam tylko, że nie podbieram psom ich posiłków. Co najwyżej zabawki i to o ile rzeczywiście chcą się bawić – wyjaśniła w nadziei, że tym razem jaśniejszym będzie to, co starała się przekazać, zwracając się do czworonoga – Wiesz…? W domu mamy trzy psy, więc jeśli naprawdę chcesz, to mam wprawę w drapaniu – zapewniła, posyłając uśmiech w stronę sierścia.
  Wstała, gdy Colette powróciła i podeszła do niej z ręcznikami. Podziękowała z uśmiechem, po czym zaczęła się pozbywać nadmiaru wody na sobie, czyniąc z nich użytek, łowiąc przy tym jednym uchem prowadzoną rozmowę. Nadal nie było idealnie, niemniej narzekać nie mogła – obecna sytuacja zdecydowanie malowała się o wiele bardziej kolorowo niż przed raptem paroma chwilami. Oczywiście nadal pozostawała kwestia niedziałającej magii oraz dotarcia do cywilizacji, niemniej to już zdecydowanie był problem na później. Może na rano, może na raptem za parę godzin – mimo wszystko nieszczególnie chciała nadużywać gościnności gospodarzy no i…
  … wiedziała, że za żadną cholerę nie zaśnie w tak bardzo obcym miejscu.
  Zawahała się krótko. Już pomijając, że gra była sposobem na zabicie czasu, to wręcz nie wypadało schować się gdzieś w ciemnym kącie – choć w przypadku Mavelle raczej: przyspawać się do kominka – zwłaszcza że całe towarzystwo wydawało się być naprawdę przyjazne i wyglądało na to, że mogła zebrać parę całkiem miłych wspomnień do kolekcji.
  - Czyli… karty, warcaby, chińczyk albo prawda czy wyzwanie? – upewniła się, owijając włosy ręcznikiem. Te też miały w sobie przemnóstwo wody… i otrzepanie się, niczym pies, bynajmniej nie polepszyłoby sprawy – Może chińczyk? – zasugerowała, przenosząc spojrzenie pomiędzy córkami pana Binnsa. Chociaż… - Tylko że to gra dl czterech osób, prawda? Może coś innego? Kalambury? Wtedy pan też mógłby wziąć w tym udział – podsunęła, zerkając na mężczyznę. No, chyba że książka naprawdę była jego marzeniem?

448/1414
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#7
04.04.2023, 01:52  ✶  
Osmel posłał Mavelle spojrzenie, które z łatwością można by było opisać jako spojrzenie, które mógł jej posłać jedynie taki pies, który bardzo nie chciał być potraktowany jak pies a jednocześnie bardzo mu zależało na podrapaniu po brzuchu i pomizianiu za uszkiem. Wydał z siebie nawet krótki przypominający ni to rozczarowane jęknięcie, ni to pełen prośby skowyt.
- Może tyci tyci podrapanie za uchem? – zapytał najbardziej nonszalanckim tonem, na jaki tylko było go stać. Ale ogon, zdradził go przeklęty ogon. Zamerdał nim z entuzjazmem.
- Straszny z niego pieszczoch – rzuciła głośno Mabel, czym zarobiła sobie na pełne irytacji spojrzenie psa. – I jest beznadziejny w kalambury!
- Wcale nie jestem beznadziejny! – oburzył się Osmel.
- Nie jest – powiedział lojalnie pan Binns, ale na jego ustach pojawił się znaczący uśmieszek. Taki, który trochę przeczył wypowiedzianym słowom.
- Jest beznadziejny. Tak samo jak w karty. Jak tylko przyjdzie mu dobra karta to merda ogonem – mruknęła Flosie. – A jak zła to od razu klepną mu uszy.
Luna postawiła na stoliku tacę z herbatą i ciasteczkami maślanymi. Z imbryka jeszcze parowało. Posłała Mavelle pytające spojrzenie, a potem, trochę nie czekając na zachętę, nalała do jednej z filiżanek herbaty.
- Słodzisz? – zapytała ją.
Colette zaczekała aż brygadzistka osuszy swoje włosy i co tam jeszcze osuszała z wody a potem wyciągnęła rękę by odebrać od niej mokre ręczniki. W jej oczach migotało coś, gdy spoglądała na Mavelle. Pan Binns chrząknął, a potem wyszedł na środek salonu.
- Mogę być pierwszy – powiedział. – Ustalmy, że kategoria to tytuł książki.
- Tytuły książek są trudne – zamarudziła cicho Mabel. – Chociaż papa zawsze bierze na tapet Biblię i historię o… - urwała, zasłaniając sobie rękoma usta. Przez kilka sekund wyglądała tak, jakby powiedziała odrobinę za dużo.
Tymczasem pan Binns wskazał palcem na siebie. A potem po kolei na Mabel, Flosie, Lunę i Colette.
- Ty. My…? – zaczęła Flosie. Przy pierwszym słowie ojciec kiwnął głową, przy kolejnym pstryknął palcami i pokręcił głową. – Ty i kobiety? – Znowu pstryknięcie palcami. – Ty i córki?
Przytaknął, wskazując, że jej tok rozumowania szedł w prawidłową stronę. Potem wyciągnął w ich stronę pięć palców.
Collette wciąż stała z ręcznikami. Nawet ona dała się trochę ponieść zabawie. Oddaliła się jedynie pod ścianę, by nie przeszkadzać w pantomimie, którą odgrywał właśnie jej ojciec.
- Ojciec ma pięć córek – zaryzykowała.
Pan Binns znowu gwałtownie pokiwał głową a potem wypiął dumnie pierś do przodu i założył ręce na piersiach. Spoglądał na wszystkich zgromadzonych w salonie, unosząc podbródek do góry.
- Bufon! – krzyknęła Mabel. – Zarozumiały ktoś? Wiecie kto był zarozumiałym bufonem?
Collette przewróciła oczami.
- To zbyt łatwe – mruknęła. – Pójdę przygotować pokój dla Mavelle. Nic jej tak dobrze nie zrobi po tym deszczu, jak przespanie się w ciepłej pościeli.
Skrzypnęły cicho drzwi, gdy wychodziła z saloniku. Tymczasem pan Binns popatrzył na Osmela i szybko odwrócił się do niego plecami.
- Ojciec, który nie lubi psa. Nie znosi psa. Jest uprzedzony do psa? – wyliczała Mabel, próbując sobie przypomnieć jakąś książkę, która mogłaby mieć nawiązujący do tego tytuł.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#8
08.04.2023, 01:43  ✶  
Ach, te psy! Uwielbiała futrzaki, mogła je czochrać godzinami, biegać z nimi po lesie, rzucać im piłeczki, patyki czy nawet bawić się w przeciąganie liny – pozwalając im, oczywiście, raz za razem wygrywać. To spojrzenie, które właśnie rzucił Osmel? Rozczuliło do głębi, nie mogła więc nie rzucić psisku uśmiechu podobnego do tych, które wywoływały czworonogi w posiadłości Longbottomów. W szczególności Gałgan, któremu pozwalała spać w nogach łóżka – bo dlaczego by nie?
  - Dobrze, tyci-tyci podrapanie za uchem – zgodziła się od razu; naprawdę nie trzeba jej było do takich rzeczy namawiać – bo jakżeby mogła odmówić, no jak, zwłaszcza patrząc w te psie oczy? Nie mówiąc już o ogonie! Tak, ogon-zdrajca, z drugiej strony dzięki niemu mogła poczynić pewne założenie, że nie do końca takie „tyci” drapanko – Daj mi tylko jeszcze chwilę – poprosiła – w końcu nie chciała jeszcze bardziej zamoczyć podłogi i przysporzyć tym samym gospodarzom jeszcze więcej problemów… Toteż wszystko po kolei: najpierw doprowadzenie się do względnego stanu suchości – a przynajmniej jedynie wilgotności, miast zmokłej kury – a potem dopiero przykucnięcie przy futrzaku, żeby podrapać za uchem. Albo i uszami. A nawet i… och, zdecydowanie było znacznie więcej punktów, które mogła wydrapkać! O ile tylko Osmel zechce, oczywiście.
  - Och, jestem pewna, że naprawdę dobrze sobie radzi – oznajmiła, odruchowo chcąc wesprzeć psiaka. Rzecz jasna – może i mówił, ale nadal był… psem. Co za tm idzie, możliwości też miał dość ograniczone.
  Skinęła krótko głową, potwierdzając, że tak, jak najbardziej, bardzo chętnie napije się herbaty. I zaraz też pokręciła, w geście zaprzeczenia.
  - Dziękuję, nie, nie słodzę – odparła, wyciskając w tej chwili, co się tylko dało, z włosów. Uch, po takiej przymusowej „kąpieli” to można było mieć dość wody na jakiś czas… Gdy skończyła, oddała ręczniki Colette – może nawet trochę za długo trwało to całe przekazanie, z niewiadomych powodów - której posłała przyjazny uśmiech. I podziękowała cicho. A skoro Osmelowi obiecała porcję pieszczot, to nie mogła teraz nie podejść do niego, żeby zaraz przykucnąć.
  - To od którego ucha mam zacząć? – spytała, wyciągając rękę. Miała zamiar poskrobać dokładnie tam, gdzie futrzak chciał, a przynajmniej zacząć – bo potem to kto wie? Może tyci-tyci drapanko zmieni się w bardzo-długie-drapanko? Przy czym zerkała co chwilę na Binnsa, próbując wydedukować tytuł powieści. Hmmm. HM. Ojciec pięciu córek, uprzedzony… zaraz.
  - Uprzedzenie? – wyrwało się jej i… tak, kojarzyła taką książkę! - Duma i uprzedzenie? – wypaliła zaraz, będąc całkiem pewną, że to powinno być właśnie to.

395/1809
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#9
08.04.2023, 02:45  ✶  
Osmel pozwolił się łaskawie podrapać za uchem Mavelle. Gdzieś w międzyczasie zaczął nawet merdać ogonem, udowadniając wszystkim, że Flosie miała rację, gdy zdradziła, że nie potrafił zupełnie panować nad swoimi psimi emocjami.
Colette wyszła z saloniku. Zaraz za nią poszła Luna, ta znowu z pewnym niezadowoleniem wymalowanym na twarzy. Ale póki wszyscy zajęci mieli być kalamburami, póty istniała szansa, że siostra nie będzie podmieniała jej kart.
- Tak! Dokładnie tak! – zawołał pan Binns, gdy Bones poprawnie odgadła tytuł pokazywanej przez niego lektury. – To teraz ty powinnaś… - zaczął, ale Mabel przerwała mu wpół słowa.
Była najmłodsza z sióstr i jeszcze, jakby się uprzeć jej twarz miała bardziej dziecinne rysy twarzy niż młodzieńcze. Zerwała się ze swojego miejsca.
- Teraz ja. Ja chcę – poprosiła szybko, a widząc, że Mavelle bardziej była zajęta psem, niż grą stanęła na miejscu swojego ojca.
Pan Binns usiadł na fotelu. Patrzył z uwagą na córkę. Ta wskazała na siebie rękami.
- Ty – powiedział powoli, ale Mabel szybko pokręciła głową i znowu pokazała na siebie. – Dziewczyna. Młoda dziewczyna.
Tu został nagrodzony przyjaznym uśmiechem. Flosie poprawiła się na krześle, mrużąc oczy. Stojąca na tacy herbata czekała na wypicie. Mabel w tym czasie zaczęła szybko poruszać nosem. Przyłożyła także ręce do swojej głowy w jakiejś dziwacznej wersji dużych uszu. W tym momencie Luna wróciła do salonu.
- Jesteś królikiem – zaryzykowała Flosie, a po kolejnych kilku ruchach dodała nawet. – Królik w kapeluszu… A JUŻ WIEM! Alicja w krainie czarów!
- Dobra byłam prawda?
- Najlepsza – zgodził się z najmłodszą córką pan Binns.
Chwilę później miejsce Mabel zajęła Flosie. Dobrą chwilę zajęło aż Luna odgadła pokazywany przez nią tytuł. W tym momencie Osmel zaczął się obruszać, że to było ustawione i każdy zwykły człowiek, myśląc o „Psie Baskerville’ów” wskazałby na niego a nie na figurkę charta (stała na kominku), ale udobruchał się dość szybko, gdy i jemu pozwolono wziąć udział w kalamburach. Sam próbował im pokazać „Opowieść wigilijną”, dość długo mu to zajęło (bo nie pamiętał o czym była ta książka) a na końcu i tak musiał przerwać, gdyż do salonu weszła Colette.
- Późno się robi – powiedziała, spoglądając najpierw na ojca, potem na siostry, psa i wreszcie na Bones. To na niej skoncentrowała głównie uwagę a w jej głosie pojawiły się łagodniejsze tony. – Przemokłaś do suchej nitki. Przygotowałyśmy ci z Luną pokoik na piętrze. Mam nadzieję, że do rana ulewa przeminie i będziesz mogła kontynuować swoją podróż.
Następnie odprowadziła ją do opisanego pokoiku.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#10
10.04.2023, 17:06  ✶  
Drapanie psa za uchem stanowiło najczystszą przyjemność – i to raczej obopólną, patrząc na ogon futrzaka. Zatem nie widziała powodu, żeby przerwać tę czynność… och, chwila, w zasadzie taki był – w końcu odgadła! Zatem kolejny tytuł powinna była sama przedstawić! Ale Mabel się wyrwała, więc…
  - Śmiało – zachęciła dziewczynę, dochodząc do wniosku, że skoro bardzo CHCE, to przecież nie ma o co kruszyć kopii. Mieli się po prostu zabawić i tyle, prawda? To czysta rozrywka, nic na poważnie, od czego zależałyby losy wielu osób.
  Dlatego zatem pozwoliła na zamianę… no i oczywiście również dlatego, że naprawdę aż żal było odrywać się od drapania pieska. Czas mijał wręcz niepostrzeżenie i właściwie zdziwiła się dość mocno, gdy Colette zwróciła uwagę na porę. Tak, miała rację - zrobiło się późno, najwyższa pora udać się na spoczynek i to nawet nie z powodu przemoknięcia do ostatniej nitki.
  I choć Mavelle była całkiem pewna, że nie uśnie, tylko będzie się przewracać z boku na bok aż do świtu i dłużej, gdy słońce już trochę wzniesie się nad horyzont, to jakimś cudem osunęła się w objęcia ciemności…
  … i nagle się zorientowała, że jest jej bardzo zimno; wcale nie znajduje się w ciepłym, miękkim łóżku, pokoik, który oddano jej do dyspozycji, wcale nie okazywał się być tak przytulny, jak poprzedniego wieczora. Jedna, wielka ruina, zupełne przeciwieństwo tego, czego dopiero co była świadkiem! Nawet solidny dach się gdzieś ulotnił, przez co Mavelle znowu była mokra – tak samo jak i stare łóżko, w którym spała, nie mówiąc już o pościeli. Również przemoczonej i drażniącej powonienie przykrą wonią.
  Absolutnie nic z tego nie rozumiała – bo i jak? Ząb czasu mógł być wytłumaczeniem, owszem, niemniej takie zniszczenia nie powstawały w jedną noc, nie, gdy domostwo było przecież zamieszkane i zadbane… Wygrzebała się z legowiska, wzdrygając przy tym – naprawdę, jakim cudem zasnęła w tym czymś? Jedno było pewne, nie mogła tu zostać.
  Schodząc ostrożnie na dół (bo schody też się jakieś podejrzane wydawały – nazbyt skrzypiące, nazbyt kruche), z pewnym zdumieniem odkryła wiszący na ścianie obraz, przedstawiający rodzinę, którą wczoraj poznała. Jak nic – Binns, jego córki i Osmel, który sprawiał wrażenie, że zaraz zamacha ogonem! Ale nie działo się nic – żadna z malowanych postaci się nie poruszała, żadnego mrugnięcia oczkiem, dosłownie nic.
  Na Merlina, czy to wszystko było jedynie snem?
  Niedługo potem kobieta zorientowała się, że jej motor działa, tak jak i magia – mogła zatem ruszyć w dalszą podróż.
  Ale ten wieczór miała zapamiętać na długo – i być może nie tylko zapamiętać.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Mavelle Bones (2290), Norvel Twonk (2553)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa