Scenariusz "Pan Mruczkens"
kwiecień 1972
Vincent & Patrick
Ulewa
Znajdowałeś się na Ulicy Pokątnej. W jednym z zaułków blisko Nokturnu zauważyłeś jakiś ruch, a następnie usłyszałeś pisk małego dziecka. Postanowiłeś zbadać sprawę. Kiedy znalazłeś się bliżej, twoim oczom ukazała się mała dziewczynka próbująca złapać naprawdę szybkiego kocura. Po chwili namysłu, zapłakana i spuchnięta, prosi cię o pomoc w schwytaniu swojego ukochanego przyjaciela.
Nic nie zwiastowało tego dziwnego wydarzenia, w którym lada moment mieli wziąć udział. Choć godzina była młoda i chętnie posiedziałby w lokalu jeszcze dłużej, wiedział że jutro musi być pełni sił i chęci do życia, by stawić się w budynku ministerstwa, gdzie wypełniał typową papierkową robotę, która była wisienką na torcie, crème de la crème każdej pracy w terenie, w jakiej przyszło mu wziąć udział. Wiedział, że odstaje od pracowników biurowych. Wyglądem, sposobem bycia. Wypastowane buty go obcierały, zawiązany na szyi krawat zaciskał się niczym dłonie, pozbawiając swobodnego oddechu, a koszula, choć powinna być idealnie wyprasowana, zawsze się gdzieś odgniotła. O ile kiedyś przejmował się tym aż za bardzo, tak teraz zdarzało mu się pojawiać w pracy w odzieży, jaką nosił na co dzień. Wiedział, że nikt mu nic nie powie - chroniła go posiadana wiedza, zaangażowanie w pracę oraz doświadczenie. Nie wiedział jednak, czy te okażą się wystarczające, nim ktoś przypomni sobie o jego nieodpowiednim statusie krwi. Póki co, starał się nie rzucać w oczy i po prostu robić swoje. Nie był głupi, miał świadomość, że prędzej czy później bańka w której żyje pęknie.
Patricka znał jeszcze z czasów szkolnych - byli na tym samym roku, dzięki czemu chcąc nie chcąc, zdążyli się trochę poznać. Lubił Stewarda. Uważał go za porządnego gościa, który jak nikt rozumie jego niechęć do pracy biurowej. Nic dziwnego, że gdy tylko wrócił do Londynu, odezwał się do niego, z zapytaniem o spotkanie.
- I ja mu wtedy mówię... - idąc obok Stewarda wąskimi uliczkami, gestykulował zamaszyście. Zawsze wczuwał się w podczas opowiadania anegdot, a najwięcej miał ich świeżo po podróży. - Chłopie, coś Ty zrobił? A on do mnie, że przeprasza... - wziął głębszy wdech i już miał dodać, że przeprosiny od chłopa chuja dały, bo tylko dorzucił im dodatkową robotę, gdy to jego uszu dobiegł płacz. Dziecięcy płacz. Albo pisk, ciężko stwierdzić. Zerknął w stronę Patricka, jakby wymownym spojrzeniem chciał zapytać, czy się nie przesłyszał. Nie, nie było mowy o przesłyszeniu - pisk rozległ się ponownie. Odruchowo przyspieszył kroku w stronę, z której dochodził, bo przecież nie mógł go tak po prostu zignorować. Tym bardziej, że niemal jasne było, że i Steward nie przejdzie obok czegoś takiego obojętnie.
Jego oczom ukazała się dziewczynka, na oko ośmioletnia. Zapłakane oczy i pociąganie nosem pozwoliły im domyślić się, że to ona chwilę temu piszczała.
- Mój kotek... - odezwała się, wskazując palcem na dach jednego z okolicznych budynków. - O-on... u-uciekł... mój k-koteczek...