To nie jest tak, że Mavis zamierzała pomagać z dobroci serca. To co wydarzyło się na sabacie nie dotyczyło ani jej, ani nikogo z jej rodziny - nie miała zatem interesu, by rzucać się na ratunek poszkodowanym, przy okazji głośno wykrzykując, że Voldemort i jego poplecznicy to skończone pojeby, że doprowadzają do tak wielu ofiar i tak licznych zniszczeń. Nie była jednak głupia i miała świadomość, że jeżeli Voldemort będzie rósł w siłę, prędzej czy później jego wzrok skieruje się w stronę Podziemnych Ścieżek i te staną się kolejnym celem jego zainteresowania. To jej rodzina rządziła w Podziemiu i, na tyle na ile ją znała, wiedziała że nie odpuszczą tak łatwo i nie oddadzą władzy bez walki. Wiedziała też, że matka je obroni. To, co mogło napawać ją niepokojem, to lojalność mieszkańców tamtych okolic - czy stchórzą i będą kłaniać się w pas ich nowemu władcy, czy nawet w obliczu zagrożenia będą pamiętać komu winni są lojalność.
Nie zamierzała jednak zaprzątać sobie głowy takimi problemami, przynajmniej teraz. Pojawiła się na polanie i wzrokiem omiotła okolicę. Nawet ona musiała przyznać, że to, co tu się wydarzyło przechodziło wszelkie ludzkie pojęcie. Nie zamierzała jednak biegać od namiotu do namiotu i pomagać rannym, bo nie była od takiej roboty. To, co ją interesowało, to wejście do lasu. Żeby pomóc? Może, przy okazji. Może odnajdzie w niej bogatego paniczyka, za którego zażąda okup, a bogata rodzina bez zastanowienia zasili jej konto soczystą sumą? A może znajdzie tam różdżkę jakiegoś zamaskowanego idioty, który za wszelką cenę będzie chciał odzyskać własność, a ona zagrozi, że jeżeli nie stanie się posłusznym pieskiem jej rodziny, zdradzi jego tożsamość? Opcji było wiele, każda brzmiała pięknie.
Zapisała się listę wolontariuszy, choć mina kobiety odnotowującej kto wyrusza do lasu była raczej nietęga. Brew Mavis uniosła się lekko, jakby w oczekiwaniu na to, co ta powie.
- Musimy się jednoczyć w tak trudnym okresie dla nas wszystkich... - rzuciła spokojnym głosem, co było wierutnym kłamstwem. Gdy okazało się, że towarzyszką jej dzisiejszej wędrówki będzie Noemie, nie kryła swojego rozbawienia. Kącik jej drgnął w delikatnym, tajemniczym uśmiechu.
- Nie posądzałabym Cię dobre serce i chęć pomocy poszkodowanym, Delacour. Z tej strony cię nie znałam - skomentowała spokojnie. Nie wnikała, jaki cel w wędrówce po lesie ma Noemie, bo nie by to jej interes, a Mavis znana była z tego, że jeżeli coś nie dotyczyło jej rodziny lub jej osobiście, kompletnie się tym nie interesowała.