Całokształt jej niebezpieczności zawierał się w otuloną kaszmirowym szalem dualizmie duszy; z jednej strony miękka jak galaretka, ulotna jak babie lato i lepka jak nicie waty cukrowej – potrafiła budzić atawistyczne przerażenie, o którym nie śniło się nawet najbardziej wyrachowanym, skąpanym w maśle brutalności okrutnikom. A ona – drobna i mikra, bardziej kobieca, aniżeli butnie chłopięca – przybierała maskę skutej chłodem lichwiarki, która za nic miała wartość życia i istnienia ludzkiego. Jej wychowanie w końcu, było oblepione ciepłym sokiem orkiestr wybijających pory roku, sweterkami z monogramami i snobistycznym akcentem – nikt nie spodziewał się, jak wielki, gargantuiczny wręcz potwór, umości się na dnie klatki żeber; a niekarmiony krwią, obijał się o płuca, żądając natychmiastowego wybuchu gwałtownej, acz metodycznej agresji.
Czasami wodziła niespokojnie wzrokiem za Macmillanem; a w jej spojrzeniu było coś efemerycznie ulotnego. Obserwowała spójność i spokój w jego ruchach, nieprzebrniętej fosy naturalnej stoickości. Nawet jeśli myślała o nim brudnie, to myśli te zawierały się i kończyły na jednej pięciolinii, nie pozwalając umknąć temu, co niewidoczne. Uwielbiała działać w jego asyście; pracować jak prawdziwa, skuta mroźnym szronem okrucieństwa artystka, której w fatalistycznym ukracaniu życia nie miała sobie równych.
Alexander z kolei, był zupełnie inną, zamkniętą w brylantowej szkatułce kwestią. Miłość kwitła w niej niespokojnie, dotrzymując kroku trawiącej nienawiści – czuli do siebie wszystko, całą paletę emocji, poza obojętnością. Możliwe, że dlatego stała się dla niego największym spośród narkotyków – a po biały szron sięgał wszak nader chętnie; zwłaszcza, gdy miał słać ku niej zaćpane listy.
Dlaczego piszesz do mnie zawsze naćpany? – dzwoniło pośród liter, układających się w zwięzłe słowa.
Ich ślub był czymś zupełnie niespodziewanym; tym bardziej, że zawierając go, znaczyła ją przysięga z Leandrem. Odruchowo schowała dłoń do szaty, wyczuwając okrągły, stalowy pierścionek z grawerem moja – zawsze przypominał jej o tym, co przysięgali przed bóstwami i równie pijanym jak oni, szamanem.
Dopiero inkantacja rzucona przez Murtagha wyrwała ją z wartkiego potoku wspomnień i wartości, których przecież nie miała za grosz. Nie kochała przecież nikogo tak gorliwie jak papierosów i własnej sławy.
– Fabian – rzekła komicznie parodiując załkane słowa dziewczyny, z niejakim obrzydzeniem do ich rozbitej barwy, urywanej solidnymi pociągnięciami nosem. – Musi być słodki. Czy wiesz, co robię ze słodkimi chłopcami? – zabrzmiała pytaniem, unosząc jedną brew. Zbliżyła się do niej niebezpiecznie blisko, pochylając się nad jej obliczem, dzieląc je dystansem kilkucentymetrowym. – Jem ich na śniadanie – odparła, a przeraźliwie niebezpieczny uśmiech ulokował się na jej wargach.
Żądza krwi rozgorzała na dobre w kruchym ciele.
– Absolutnie nie jest tego godna – odparła miękko na słowa Macmillana.
Skrzyżowawszy ręce na piersi, poczęła przemierzać ponownie pomieszczenie, a myśli parszywe i brutalne wypełniały jej umysł bez reszty. Palce świerzbiły niespokojnie, welon rzęs coraz częściej uginał się pod swoim ciężarem, a oddech nieznacznie przyspieszył. Zatrzymała się dopiero przy tablicy korkowej, na której widniały podstarzałe sepią, czarno-białe zdjęcia – na jednym z nich była ich ofiara w towarzystwie ryżego chłopca o uśmiechu cherubina. Uniosła dłoń i zerwała je z ówczesnego miejsca przylegania.
– Czyżby był to Fabian? – spytała tonem ociekającym słodyczą. – Słuchaj mnie teraz uważnie – podeszła do niej, prędko pokonując kilkumetrową odległość, pochylając się nad nią, ręce oparłszy o ramiona krzesła. – Zadbamy o to, że będziesz pamiętać tylko to, czego sobie zażyczymy. Zdjęcie zachowam na pamiątkę, abyś mogła być pewna, że jeszcze jeden szlamowaty ruch, a zajmiemy się też nim.