Czy kogoś z nich w ogóle obchodził ten quidditch w tym momencie? Oczywiście to nie tak, że Laurentowi było wszystko jedno i że mogli rozmawiać o niebieskich migdałach, ale... w zasadzie to nie, jednak nie. Faktycznie mogli rozmawiać o czymkolwiek - mógł to być quidditch, a mogłoby być twierdzenie pitagorasa. Świat widziany oczami Olivii był zupełnie inny od tego, który widział on, a to wystarczyło, żeby chcieć go poznać. Nie w tym rzecz. Zastanawiał się, czy rudowłosa ma w zwyczaju tak się otwierać i uzewnętrzniać ze swoimi niedociągnięciami i problemami, czy może w jakiś sposób działał na nią stres? Albo napięcie? Może nie czuła się na wystarczająco rozluźnioną, a może... zupełnie coś innego chodziło jej po głowie? Tak czy inaczej blondyn zaczynał odbierać to wrażenie, że jakiekolwiek słowa by tutaj w danej chwili nie przeleciałyby, byłyby tylko tłem dla głównej scenerii. Hmm, wrażenie. Jak to słodko i zupełnie niewinnie brzmi wobec wszysktich gestów, spojrzeń i przyjmowanego tonu. Jej reakcji na przypadkowy dotyk (a może zrobiła to celowo?), na zaciszne biuro i powolne gubienie słów. Nie własnych - tych jego. Więc nasza mała bohaterka kiedyś grała w quidditcha, ale to żadna strata, że przestała, drużyna się rozpadła, żaden to żal i była trochę niezdarna, a przynajmniej nie miała koordynacji oko-ręka odpowiednio szybkiej, żeby coś złapać.
- Zapamiętam, żeby tej pięknej kobiecie podawać wszystko do rąk własnych. Jaką zbrodnią byłoby obicie tego czółka... - Zerknął na nią z aksamitnym uśmiechem, nim wzrok odwrócił. Powietrze wypełniło się kolejnym zapachem - teraz już nie perfum, a herbaty. Malin i dzikiej róży. Przeniósł filiżanki na stolik, układając jedną po swojej stronie, drugą po jej, rzecz jasna na spodku. Porcelana była pięknie zdobiona, malowana na wzór sztuki włoskiego renesansu z elementami tamtejszych krajobrazów nawiązujących do życia codziennego dawnej Italii. Laurent przyniósł również cukiernicę, miód - cała zastawa była, rzecz jasna, w komplecie.
- Mam nadzieję, że wybaczysz mi samodzielny dobór herbaty. Maliny, dzika róża i kwiat lipy są doskonałe na rozgrzanie. - I chociaż mogło się okazać, że kobieta nie przepadała za tym połączeniem to gotów był zaryzykować tą jakże "samolubną decyzję", żeby przekonać się, czy trafi. Bo strzelał w to, że przepadała za taką herbatą. Szczególnie, że nie była kupioną w sklepie gotową mieszanką, a prawdziwymi liśćmi kwiatów i suszonych owoców. - Olivio. - Wypowiedział jej imię, smakując je na krańcu języka. Kobieta sprawiała wrażenie dość rozkojarzonej, ale to nie był minus. Nie, skądże. Imiona były ważną częścią życia. Coś znaczyły. Określały nas, opisywały, kiedy o kimś mówiłeś i chciałeś czasem ująć jego charakter to nagle okazywało się, że taka Olivia... była po prostu Olivią. Albo AŻ Olivią. Cały szereg naszych cech, wszystkich wypadkowych, mieścił się w tym jednym, magicznym słowie, które nadano ci przy poczęciu. Laurent lubił je wypowiadać - te imiona. Zapamiętywać wraz ze wszystkimi emocjami, które były wnoszone wraz z tą osobą do jego historii. - Żaden problem. - Odpowiedział po krótkiej pauzie, jaką zastosował. - Jak już się trochę ogrzejesz pokaż mi proszę te eliksiry i rozliczymy się zawczasu, żeby potem mieć go tyle, ile zapragniesz. - Dla siebie samej. Ewentualnie mniej elegancko można by było powiedzieć: żebyś potem miała mnie samego na tyle, ile zapragniesz. Usiadł po przeciwnej stronie, zakładając nogę na nogę i odruchowo poprawiając koszulę, żeby dobrze się układała.
Laurent dotykał spojrzeniem skóry Olivii jak delikatny pędzel wrażliwe płótno malarskie.