Astaroth miał rację, Laurent w tym momencie nie był ani obiektywny, ani nawet rozsądny w tym, co mówi. Czy spadek adrenaliny we krwi był tutaj jakimś usprawiedliwieniem? Cokolwiek stało się w życiu Astarotha, że tak skończył, jakoś nie miał wątpliwości po ich pierwszym spotkaniu, że chyba nie było osoby teraz na tym świecie, która nienawidziłaby go bardziej od siebie samego. Był maszyną do zabijania stworzoną do żywienia się na ludzkiej energii. Laurent nie ufał mu nawet sądząc, że jest człowiekiem. Trzymał swoją gardę nie wiedząc, czego się po nim spodziewać, bo w jego świecie był nieobliczalny. Kiedy zaś dochodził do tego głód krwi to nie ciężko o to, żeby upewnić się o zaciskaniu palców na rękojeści różdżki. Słowa powinny być ukojeniem, a on takim ukojeniem chciał być. Mogli się nie zgadzać do końca ideologicznie z Geraldine, nie była święta, jej moralność miała inny próg niż Laurenta, ale nie uważał jej przez to wcale za złą osobę. Robiła to, do czego się szkoliła całe życie, była profesjonalistką, podziwiał ją. Dlaczego jej brat, z którym ciągle mieszkała, miałby zostać stracony przez coś takiego?
Podparł się dłonią o ścianę i na chwilę przystanął. Laurent wiedział. Dotarło do niego z całą swoją mocą w tamtej łazience, co zostało mu włożone w dłonie. Wiedział też, że granica, na której stali z Astarothem była bardzo cienka. Drżała. Gdyby chciał się go pozbyć to już próbowałby to zrobić, za tym jednak ciągnęły się potencjalnie konsekwencje gorsze niż za zszarganiem reputacji rodziny, gdyby przyszło Prewettowi powiedzieć nieodpowiednim osobom parę nieodpowiednich słów. Co najwyżej byłby skandal, ale przecież nie z takimi wyzwaniami czarodzieje sobie radzili. Straszne, jaką władzę miała opinia publiczna. Jak wiele trzeba było się napocić, żeby przed tłumem nieznanych ci ludzi wypaść dobrze, żeby cię nie skreślili ze społeczeństwa. Odetchnął, poprawił koszulę, zapiętą już na ostatni guziczek, i usiadł. Ostrożnie jednak, wcale nie siadając w pełnym komforcie, ale również nie tak, jakby zaraz miał się rzucić do ucieczki. Bestia została nakarmiona, tak? Na pewno chciała więcej. Głód wampirzy był ponoć niezaspokojony, a z drugiej strony pisali, że zajadały się pasztecikami. Tyle przesądów dotyczyło ten efekt nieudanego zaklęcia, tę klątwę, że ciężko było odróżnić legendę od faktów.
Astaroth nie był spokojny. Był wszystkimi emocjami, ale nie spokojem. Poprawiał się, kręcił, gdyby mógł oddychać to oddychałby chyba szybciej. Był zestresowany i pewnie podniecony - jak na wampirze standardy podnieconym można być. W końcu ciało było martwe. I ten niespokojny wampir mówił mu o tym, że przeprasza, że błąd, że... może byłby w stanie coś zrobić. Laurent nie odpowiedział od razu, przyglądając się temu biednemu człowiekowi. Było mu go szkoda. Oczywiście, że było mu żal, że przeżył własną śmierć, to nie powinno tak wyglądać. Nie powinno mu nic złego grozić.
- Jak szybko role się odwróciły... - Powiedział cicho, wynurzając się ze swoich myśli. Przecież może z pół godziny temu pytał o coś podobnego. Odetchnął. - Czy rozumiesz, dlaczego wampiry potrzebują krwi? - Nie znał się na atanomii, ale na nekromancji całkiem nieźle. - We krwi krąży energia ludzi. Wampiry żyją pożyczonym życiem. Utrzymują się tu tylko dzięki energii innych, bo sami są jak puste naczynia, podczas gdy ludzie są naczyniem zapełnionym zdolnym do regeneracji tej energii. - Poświęcał temu trochę czasu przy okazji widm i felernego Beltane. - Dążę do tego, że jeśli ktoś byłby w stanie przekazać ci energię dobrowolnie to choć podejrzewam, że nie ma szans zastąpienia normalnego odżywiania to z sądzę, że pomoże w kontroli. - Powinien mu to wszystko mówić? Jasne, że nie. Chciał go jednak trochę uspokoić. Trochę... nawiązać z nim jakieś połączenie. Relację. Zapewnić, że nie siedzi przed nim wróg, na którego ręce musi patrzeć. Podniósł się powoli z miejsca, żeby znowu nie poczuć zawrotu głowy. - Twoja tajemnica jest ze mną bezpieczna, Astarothcie. Przekaż proszę Geraldine, że tu byłem, ale poszedłem w swoją stronę, skoro jej nie zastałem. - Sięgnął po swój notatnik i gotów był skierować się do wyjścia.