Rozrywał ją trudny do zniesienia ból.
Tysiące ostrych igieł wbijało się w podbrzusze, gdy w swej nieostrożności poruszyła się zbyt gwałtownie. Piersi przypominały o sobie ciemnymi plamami kwitnącymi na śnieżnobiałych koszulach, zaś ciało zrobiło się nagle żałośnie wiotkie i słabe, zdane na łaskę zewnętrznego świata. Lecz Severine była zbyt pyszna, by pozwolić innym na okazywanie jej łaski, zbyt uparta, by słuchać poleceń innych osób, a także zbyt zraniona przez rodziców, by dłużej przebywać w ich towarzystwie, dlatego - wbrew zdrowemu rozsądkowi - wróciła do mieszkania w Londynie. Pustego, zimnego i zdecydowanie za dużego dla samotnej kobiety, za to niosącego ze sobą znacznie więcej ciepłych wspomnień, niż dom w Kornwalii.
Żal rozlewał się goryczą po jej podniebieniu.
Nazwała go Atticus, po bohaterze mugolskiej książki, która wpadła jej w ręce przed kilkoma laty. Nigdy wcześniej nie była w stanie pojąć, dlaczego inne kobiety nazywają swoje nowonarodzone dzieci pięknymi oraz w jaki sposób doszukują się w nich podobieństwa do siebie lub ich ojców; wszystkie były czerwone, pomarszczone i kwiliły żałośnie, przerażone nową sytuacją. Atticus na początku również przypominał zostawionego na słońcu pomidora (nie była pewna, czy zamroczona znieczuleniem nie nazwała go właśnie w ten sposób), lecz gdy tylko spoczął na jej piersi, Severine wiedziała wszystko. Masz oczy po swoim ojcu. I nos. I włosy ciemne jak on. W ogóle jesteś bardziej podobny do niego, niż do mnie, zawyrokowała, choć za wcześnie było na takie sądy. Dla niej Atticus był małą wersją Louvaina, jego wierną kopią, co na pewien sposób sprawiało jej również przykrość. Chciała mu powiedzieć wtedy, ale on zdawał się być tak szczęśliwy, tak bezgranicznie zakochany w tamtej dziewczynie, że nie zdobyła się na odwagę; nie mogła mu tego zrobić, nie mogła stać się jego kulą u nogi i przyczyną nieszczęścia, nie mogła zmusić go do tego, by porzucił swoje życiowe plany i zgrywał bohatera. Nie wymagała od niego tego heroizmu, a nawet uważała, że na niego nie zasługiwała.
Sądziła, że jakoś to będzie; przeżyła wszak tyle lat powtarzając tę mantrę. Była niczym kot, który zawsze spadał na cztery łapy, a jeśli już nie udało mu się wywinąć śmierci, to przecież miał kolejne osiem żyć. Tym razem również miała nadzieję, że rodzice jakoś zaakceptują wnuka, pomimo ich początkowej niechęci. Że jakoś pomogą jej wyjaśnić przed światem, dlaczego w jej ramionach znalazło się nagle niemowlę. Że jakoś uda jej się połączyć pracę z opieką nad Atticusem. Była nawet gotowa pójść na pewne ustępstwa, wyrzec się siebie i żyć tak, jak jej przykazano, jeśli tylko pozwolą zachować jej dziecko.
Osiemnaście godzin. Tyle dane było jej być jego matką, zanim jej go odebrano i oddano komuś, jak jakąś rzecz, jak lalkę dla dorosłej dziewczynki, która bardzo chciała mieć zabawkę przypominającą niemowlę. Wybiegła za nimi; boso, w śnieżną noc, z koszulą lepiącą się do ciała, jednak było za późno. Podobno znaleźli ją na granicy życia i śmierci, rozpaczy i obłędu.
A teraz siedziała odrętwiała przed kominkiem i nie mogła wyzbyć się wrażenia, że jej życie było jak te płonące polana. Mogła ratować je polewając wodą, lecz one zdążyły się już zwęglić. Niegdyś wschodząca gwiazda prawniczego świata, harpia, prowadząca prywatną vendettę przeciwko wszystkim łamiącym prawo; dziś ledwie cień dawnej siebie. Sięgnęła po butelkę laudanum i przyłożyła ją do ust, gdy rozległo się walenie do drzwi. Zignorowała je i upiła pierwszy łyk, ale zanim zdążyła poczuć charakterystyczny smak trunku, dobijanie się potworzyło. Niechętnie odstawiła butelkę na stolik i spojrzała na zegar - dochodziła północ - po czym z przekleństwem cisnącym się na usta zatoczyła się w stronę drzwi, gdzie pozbawiona instynktu samozachowawczego otworzyła je na oścież, gotowa wyrazić swoje niezadowolenie późną wizytą. Kiedy jednak zobaczyła przed sobą drobną postać Loretty, jej gniew wyparował. Bez słowa wpuściła ją do mieszkania.
— Leander? — zapytała półszeptem, zamykając za sobą drzwi.