• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
Wiosna 1968 | Cup of coffee

Wiosna 1968 | Cup of coffee
Vibes don't lie
call me later, i'm too busy making stupid people famous
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pisarzyna, uzależnieniec. Niski, ale o przystojnych rysach twarzy, przysłoniętych prostym faktem, że nie dba o siebie w taki sposób, jakiego oczekuje się od osób na jego stanowisku. Ma długie, często roztrzepane włosy i nieelegancki zarost. Artysta - pierwsza myśl po zobaczeniu go na jakimś przyjęciu.

Aaron Skeeter
#1
27.11.2023, 03:55  ✶  

Wiosna 1968
Cup of coffee




Bycie dziennikarzem zdecydowanie nie należało do zawodów z gatunku tych najprostszych. Nierzadko trzeba było się wykazać niezwykłym zacięciem, uporem oraz nutką bezczelności, jeśli chciałeś dotrzeć do historii, która faktycznie miała jakąś wartość. Z racji na to, że Aaron nie gustował w tematach zwykłych, jego praca nierzadko ocierała się o różnorakie przygody. W przeciągu ostatnich lat zbudował sobie sieć kontaktów i znajomości, z pomocą których wyszukiwał informacji, które mogły mu się przydać. Skrupulatna, sumienna praca sprawiła, że większość ludzi wiedziała, że dostarczenie mu informacji z pierwszej ręki może okazać się opłacalne. Mężczyzna nie skąpił galeonów, gdy ktoś przynosił mu wieści, które potem mógł przelać na papier, a następnie umieścić na łamach Proroka. Oczywiście pieniądze nie były jedynym, czym Skeeter handlował, jeśli można to tak nazwać. Jeśli jakieś wiadomości nie stanowił dla niego większej wartości, używał ich do dobijania kolejnych targów. Czasami, gdy sytuacja była szczególnie delikatna i kusząca, pozwalał sobie nawet na zabawę w przysługi i układy. Czy zdarzyło mu się podkolorować artykuł na temat wystawy jakiejś starszej kobieciny, bo ta oferowała mu wachlarz informacji na temat grona znanych artystów? Być może. Pojawiło się na ten temat kilka plotek, ale Aaron po prostu to ignorował. Nie dając prasie tematu na kolejne artykuły, większość takich insynuacji umierała śmiercią naturalną.
Po prawdzie to nawet nie obchodziło go to, czy ludzie mieli o nim dobre zdanie, przynajmniej większość z nich. Znajomych oczywiście miał, ale tych bliskich dobierał sobie dość wybrednie, dopuszczając do siebie grono nielicznych. Nie chodziło tutaj nawet o jakieś utrzymywanie tajemnic. Po prostu nie miał ani czasu, ani ochoty na to, żeby bawić się w życie towarzyskie. Wolny czas spędzał w większości na pisaniu artykułów i felietonów. Żył w ciągłym ruchu, poszukując tematów, które zainteresowałyby go na tyle, żeby chciał się nad nimi pochylić. Nieustannie poszukiwał tematu, który mógłby nazwać "tym jedynym", ale praktycznie zawsze musiał obejść się ze smakiem. Świat czarodziejów był nad wyraz nudny i bezbarwny. Jeśli już coś się działo, dotyczyło to głównie tematów prywatnych, a od pisania o romansach brało go na nudności. Po prostu nie potrafił znaleźć wartości w pisaniu o tym "kto, co i z kim". Unikał tego jak ognia, przynajmniej wtedy, gdy miał taką możliwość.
Czasami bowiem dostawał rozkazy "z góry". Naczelny kazał mu przyjrzeć się jakiejś przyziemnej sprawie i napisać o tym jakiś artykuł. W przeciągu ostatnich miesięcy opisał kilka mniejszych i większych skandali rodów czarodziejów, spośród których szczególnie jeden odbił się szerszym echem. Niestety dla niego, nie chodziło o żadne mroczne biznesy, a o — jak zwykle zresztą — romanse. Pisał to z zaciśniętymi zębami, klnąc na przełożonego niczym szewc, ale z przymusu dostarczył ostateczne wersje do druku. Początkowo starał się wykłócać, próbując się jakoś odciąć od tego typu zleceń, ale ostatecznie pogodził się ze smutną rzeczywistością, przynajmniej częściowo. Z tyłu głowy zaczął już bowiem obmyślać plan, który tak w sumie nawet nim nie był. Aaron po prostu doszedł do jasnego, oczywistego w sumie wniosku. Musiał iść na swoje. Pracowanie w gazecie, nawet tak dużej jak Prorok, po prostu nie było dla niego. Jasne, czasami udawało się chwycić ciekawszy temat, a kontakty kolegów bywały pomocne, ale po prostu miał dość pisania pod dyktando innych. Właśnie dlatego kilka dni temu złożył wypowiedzenie. Zostało mu jedynie dociągnąć jakoś do końca miesiąca, co jednak okazało się wybitnie trudne. Koledzy z pracy byli mili, niektórym nawet zaimponował, ale niewiele go to obchodziło. Mężczyzna chciał już stąd po prostu uciec. Męczyła go każda kolejna minuta spędzona w tym budynku.
Dzisiejszego dnia nie było inaczej. Gdy zegar wybił godzinę piątą po południu, Aaron przetarł lekko oczy, odkładając pióro na blat stołu. Kolejny "produktywny" dzień spędzony w siedzibie Proroka, który spędził na opisywaniu romansu jakiegoś starego oblecha i młodej panny z dobrego domu. Rzucił tekst na biurko naczelnego, po czym zgarnął płaszcz i umknął z budynku. Powoli zaczynała się wiosna. Krajobraz co prawda wciąż był bardziej szary i bury niż zielony, ale drzewa powoli zaczynały kwitnąć.
Powietrze zaś było chłodne, rześkie. Pora idealna na przechadzkę ulicami Londynu. Potrzebował się nieco dotlenić, żeby lepiej przemyśleć kilka tematów, które wpadły w jego ręce przed tygodniem. W końcu coś większego — przynajmniej w teorii. Jego dotychczasowe źródła potwierdzały mu przynajmniej kilka czynów poza prawem, co czyniło z tego fascynującą, ekscytującą sprawę. Musiał się jednak wstrzymywać, nie chcąc oddać Prorokowi tego tematu. W końcu odchodził, także nie było żadnej podstawy ku temu, żeby zostawiał im na koniec bardziej wartościowe prezenty. Zresztą, znając życie, naczelny pewnie kazałby mu puknąć się w głowę i zająć się czymś sensownym. Skończony, małomiasteczkowy, niewykształcony troglodyta.
Pochłonięty myślami nawet nie zauważył, kiedy zaczęło padać. Dopiero po kilku dobrych minutach, gdy jego ubrania i włosy niemal ociekały już wodą, do mózgu dotarło, że z nieba leją się coraz większe strugi wody. Niewiele myśląc, rozejrzał się po okolicy i wskoczył do pierwszej lepszej kawiarni, która wpadła mu w oko. Rozejrzawszy się po wnętrzu, zorientował się, że znalazł się w miejscu, którego nawet nie kojarzył. Klimat nieco rustykalny, ale całkiem przyjemny. Widać było, że to jakiś rodzinny biznes, chyba jeden z tych lepszych. Świadczyć o tym mogło to, że większość stolików była zajęta.
Ewidentnie znajdował się poza magiczną częścią Londynu, ale tak w sumie to nieszczególnie mu to przeszkadzało. Sam nie był czystej krwi, a cała idea z traktowaniem kogoś jako gorszego tylko poprzez urodzenie była dla niego śmieszną kpiną. Kiwnął głową znajdującemu się za ladą starszemu mężczyźnie, idąc w jego stronę. — Poprosiłbym o czarną kawę, a do tego... jaki mają państwo dzisiaj wypiek? — zapauzował, oglądając znajdujące się pod szkłem ciasta. — Może być to z orzechami. Tak, to. Dziękuję bardzo, tutaj pieniądze — rzucił, po czym wyjął z kieszeni kilka mugolskich banknotów, dziękując samemu sobie w duchu. Tak, zdecydowanie warto nosić przy sobie tego typu rzeczy.
Następnie rozejrzał się po wnętrzu, szukając wolnego miejsca. Bez większego namysłu wsunął się do stolika tuż przy oknie, dziwiąc się, że miejsce z widokiem na okolicę pozostawało puste, ale dość szybko zorientował się, czemu tak było. Okno było cholernie nieszczelne, co boleśnie odczuły jego plecy. No tak, przecież nie może być za łatwo.
Turecka piękność Prewettów
Czarna Madonna Anglii
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Aydaya Prewett
#2
27.11.2023, 10:26  ✶  

Aydaya lubiła przechadzać się po mugolskiej części Londynu, od czasu do czasu, w nadziei na znalezienie jakiejś perełki wśród Antykwariatów, sklepów ze starociami i rozlicznych targów czy jarmarków. Człowiek mógłby się zdziwić, jak wielu mugoli posiadało magiczne artefakty, przekazywane w rodzinie z pokolenia na pokolenie, nawet nie mając o tym pojęcia. Była to dla niej idealna okazja, aby odebrać z rąk mugoli co magiczne, przy okazji zarabiając niezłą gażę pośrednika, kiedy potem sprzedawała artefakt czarodziejom.

Jako pani domu Prewett nie musiała martwić się o pieniądze. Kiedy była młodsza i nosiła nazwisko Buruk, również nie stanowiły one nigdy problemu. Ostatnimi czasy jednak zrozumiała, że posiadanie własnej poduszki finansowej, z której nie musiała się absolutnie nikomu tłumaczyć, mogło mieć swoje zalety. Nie to, że kiedykolwiek tłumaczyła się Edwardowi ze sposobu w jaki wydaje pieniądze - pozwalał jej na nawet najbardziej szalone zakupy, bez wątpienia przynajmniej częściowo przez poczucie winy po swoich nocnych eskapadach i przez niego. Aydaya skrzywiła się lekko, przypominając sobie blondwłosego chłopca - teraz już młodzieńca - który zaledwie kilka lat temu ukończył Hogwart, a już uczynił dla siebie miejsce na świecie zakładając rezerwat, z użyciem funduszy które zdecydowanie nie pochodziły z rodzinnego skarbca. Kobieta miała swoje sposoby na uzyskiwanie informacji, ale nawet ona wiedziała jedynie, że pieniądze były brudne, pochodząc z szemranych biznesów. Nie daleko padało jabłko od jabłoni.

Przechadzała się właśnie po jarmarku pod otwartym niebem, zanotowawszy w myślach parę przedmiotów, które chciała spróbować zakupić, kiedy skończy się przechadzać, kiedy schmurzone niebo otwarło się i obdarowało ziemię deszczem. Ludzie zaczęli zbierać stragany, przynajmniej częściowo, by ochronić znajdujące się na nich przedmioty przed deszczem a ona stanęła przed dość poważnym, jak dla niej, dylematem. Normalnie teleportowałaby się do Keswick, nie zaprzątając sobie głowy mugolskimi środkami transportu, ale tego dnia naprawdę nie miała ochoty oglądać na oczy Edwarda czy Laurenta, a Pandora jak zwykle przebywała gdzieś na jakichś wykopaliskach. Poza tym nie chciała rezygnować kupna wypatrzonych przedmiotów. Postanowiła więc przeczekać deszcz gdzieś w okolicy i dopiero później wrócić do rezydencji.

Wyjęła dyskretnie różdżkę i bez większego wysiłku nałożyła na siebie prosty urok, odpychający krople deszczu gdyż jej zielony, zamszowy płaszczyk zaczął już odznaczać się ciemniej w miejscach gdzie zetknęła się z nim woda. Następnie, nieśpiesznie, rozejrzała się dookoła próbując namierzyć wzrokiem jakieś odpowiednie miejsce w którym mogła by się schronić na czas trwania ulewy. Uśmiechnęła się do siebie, widząc kawiarnię i ruszyła w jej kierunku. Aaron, który miał miejsce przy oknie, mógł łatwo zauważyć, jak kobieta kieruje swoje kroki do lokalu, omijana nie tylko przez deszcz ale i przez innych ludzi, jak gdyby w ogóle nie istniała.

Gdy weszła do środka, rozejrzała się po miejscu władczym wzrokiem kogoś, kto przyzwyczajony jej do bycia najważniejszym obiektem w pomieszczeniu. Widać było że jej bystre, czekoladowo-orzechowe oczy oceniały, czy lokal spełnia jakieś z góry założone sobie przez nią standardy. Jej wzrok leniwie prześlizgnął się po twarzach obecnych tam osób, na odrobinę dłuższą chwilę zatrzymując się na sylwetce Aarona. Kiedy się zaś okazało, że standardy zostały spełnione, kobieta podeszła do lady i podobnie jak mężczyzna przed nią zamówiła kawę i ciasto. W jej przypadku było to jednak americano i sernik z polewą malinową. Co jak co, ale słodycze mugole robili nieziemskie.

Musiała zaczekać na swoje zamówienie i bez wysiłku skierowała swoje kroki do okna, wsuwając się na siedzenie naprzeciwko młodego dziennikarza i uśmiechając się do niego uprzejmie.

- Pan Skeeter? Aaron Skeeter, jak mniemam? Muszę przyznać, że nie spodziewałam się spotkać innego czarodzieja w takim miejscu. - odezwała się do niego, nieco ściszając głos przy słowie "czarodziej". Nikt raczej nie powinien ich jednak podsłuchać. Mugole, z jej doświadczenia, byli tak bardzo zajęci swoimi ważnymi sprawami, że prawie nigdy nie dostrzegali tego co działo się w okół nich.

- Aydaya Prewett, miło pana poznać osobiście. Jestem fanką pana artykułów kryminalnych, jakkolwiek niewiele się ich ostatnimi czasy pojawia na łamach Proroka. - dodała, zachowując wszelkie maniery i kurtuazję. W jej tonie słychać było sympatię, ale też nie miał w sobie cech rozemocjonowania - podobnych młodocianym fankom tego czy innego autora. Ta kobieta mówiła spokojnie i z rozwagą.



[Obrazek: 95d2a6be96822749cf05e777388d9bf25c7c9f8e.gif]
"Istota nadziemska,
bo przecież żadnej innej nie pokochałby Edward Prewett."
— Laurent Prewett
Vibes don't lie
call me later, i'm too busy making stupid people famous
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pisarzyna, uzależnieniec. Niski, ale o przystojnych rysach twarzy, przysłoniętych prostym faktem, że nie dba o siebie w taki sposób, jakiego oczekuje się od osób na jego stanowisku. Ma długie, często roztrzepane włosy i nieelegancki zarost. Artysta - pierwsza myśl po zobaczeniu go na jakimś przyjęciu.

Aaron Skeeter
#3
19.12.2023, 00:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.12.2023, 00:06 przez Aaron Skeeter.)  
Doskonale zdawał sobie sprawę z własnej rozpoznawalności i niekiedy nawet to lubił. Szczególnie wtedy, gdy mógł wykorzystać swoją pozycję do pozyskania różnorakich korzyści. Zazwyczaj ograniczało się to do pozyskiwania zakulisowych informacji o różnych wydarzeniach. Na oficjalnych imprezach uśmiechał się ładnie do znanych i bogatych, prowadząc rozmowy, w trakcie których wyciągał z nich różne informacje. Najczęściej były to niestety głównie plotki i romanse. Jasne, zdecydowanie pomagało mu to pisać bardziej chwytliwe i poczytne artykuł. Zyskiwał dzięki nim popularność, ale zaraz za tym szło zmęczenie oraz zniesmaczenie samym sobą. Brzydziło go, że pisał na tak prostackie, przyziemne tematy, ale większe wzbudzenie budziła w nim świadomość, że szare masy oczekiwały dokładnie tego. Nie obchodziły ich poważne, twórcze artykuł. Chcieli czytać o tym, co za zasłoniętymi żaluzjami robią ich sąsiedzi.
Obrzydliwe.
Złożenie wypowiedzenia było pierwszym od dawna momentem, w którym poczuł, że faktycznie żyje. Świadomość, że wraz z końcem miesiąca uwolni się od pisania pod czyjeś dyktando była nad wyraz pobudzająca. W głowie miał już co najmniej kilkanaście tematów, którymi planował się zająć, gdy tylko zamknie aktualne zobowiązania. Było to nieco problematyczne, bo aktualny naczelny chciał mu zablokować publikowanie w Proroku, ale wiedział, że to tylko słowa. Nawet tak wielki idiota jak on nie zrezygnowałby z dobrej historii, a ich w swojej kieszeni Skeeter miał pełno.
Z tego zamyślenia wyrwał go kelner, który z wyuczoną formułką przekazał mu zamówioną przekąskę. Aaron podziękował skinieniem głowy, po czym uraczył się kawą, rozglądając się przy tym po okolicy. Jego spojrzenie powędrowało w końcu ku widokowi za oknem lokalu, gdzie niemal od razu dostrzegł zbliżającą się do kawiarni postać. Fakt, że omijały ją nie tylko strugi deszczu, ale i wszelcy ludzie dały mu jasno do zrozumienia, że kobieta zna magię.
Nie była to dla niego szczególnie przyjemna wiadomość. Naprawdę nie miał ochoty na potencjalne spotkanie z fanem. Oczywiście kobieta wcale nie musiała go znać, ale rozdrażniony ostatnimi dniami pracy w męczarni Aaron podchodził do różnych sytuacji dość sceptycznie.
Nudziły go płytkie rozmówki o treści jego artykułów, szczególnie gdy były to pochwały. Wolał już krytyków, chociaż rzadko kiedy można ich było w ogóle faktycznie określić tym słowem. Wśród tej szarej masy rzadko kiedy zdarzała się jednostka, która faktycznie potrafiła wyciągnąć mu jakiekolwiek nieścisłości. Najczęściej, pochwyceni przez stres związany ze spotkaniem celebryty zapominali języka w gębie. W mizerny, nieudolny sposób próbowali wskazać mu błędy, a przez to podejście — nie musiał się nawet starać, żeby odbić te oskarżenia. Większość takich sytuacji kończyła się zawstydzoną ucieczką oponenta, czasami
Nietrudno się więc domyślić, jakie myśli krążyły mu po głowie, gdy wspomniana wcześniej czarodziejka zdecydowała się naruszyć jego prywatność, bez pytania dosiadając się do jego stolika.
W pierwszym odruchu chciał rzucić w jej stronę kilka niewybrednych komentarzy, ale myśl ta bardzo szybko uciekła z jego głowy. Starczyło dosłownie jedno spojrzenie, żeby powstrzymał wszelkie kąśliwe uwagi i nieprzyjemne komentarze, które zdążył już przygotować w swojej głowie.
Czemu? Powód nie był jakoś szczególnie skomplikowany, tak w zasadzie to dość płytki. Kobieta okazała się nad wyraz atrakcyjna, a jeśli było na świecie coś, co mężczyzna sobie cenił, były tym piękne kobiety, a tej tutaj zdecydowanie niczego nie brakowało. Jej nietypowa uroda momentalnie przypadła mu do gustu. Ubrana była co prawda dość subtelnie, ale szykownie. Oczywiście nie miał zamiaru jej zaraz uwodzić, ale nikomu jeszcze nie zaszkodziła rozmowa, prawda?
— W rzeczy samej, Aaron Skeeter z krwi i kości, szanowna pani — rzucił gładko dźwięcznym głosem, posyłając jej przy tym lekki uśmiech, a gdy sama się przedstawiła, oczy lekko mu rozbłysły. — Jest mi niezmiennie miło, pani Prewett — Gdy wyciągnęła ku niemu swoją dłoń, bez większego namysłu ją chwycił i musnął czubek wierzchem ust. Takie gesty przeważnie były dla niego dość staromodne, ale w tej konkretnej sytuacji jakoś mu to nie przeszkadzało. Nie chodziło już nawet o urodę. Kupiła go również komplementami skierowanymi w działalność dziennikarską, z której faktycznie był zadowolony. No i to nazwisko. Kto normalny nie chciałby mieć znajomości w rodzie pokroju Prewettów.
— Mówiąc między nami, w niedługim czasie mam zamiar wydać kilka nowych artykułów, także proszę ich wyczekiwać — dodał nieco konspiracyjnym szeptem, nachylając się przy tym w stronę rozmówczyni. Było w tym nieco aktorstwa, ale nie mógł się powstrzymać przed lekkimi popisami. — Może chce pani spytać o kulisy któregoś z moich tekstów? Zazwyczaj nie zdradzam moich sekretów, ale nie darowałbym sobie, gdybym odmówił prośbie tak urokliwej i oddanej czytelniczki — dodał jeszcze, puszczając jej przy tym lekkie oczko.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Skeeter (1732), Aydaya Prewett (671)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa