- Nigdy nikogo nie pokochałeś? A to podobno ja jestem nadmiernie dramatyczny... - Trochę z niego zadrwił. - Wiesz, że lubię słowa? - Powiedział to, znów przesuwając dłoń wzdłuż jego skroni. - Definicje. - Zdawał się na moment gdzieś odpłynąć - do jakiegoś wspomnienia, do miejsca lub osoby, na kilka krótkich sekund, po których wrócił do tej wanny. Ta nieobecność była ledwo zauważalna, ale był tam. Oczywiście nie powiedział, o czym myślał, kiedy się zawiesił. - Uczę się ich na pamięć. - Zaczesał kosmyk platynowych włosów za ucho i przekręcił głowę w bok, bliźniaczo do poprzedniego gestu, lecz tym razem w drugą stronę. - Ale tu nie chodzi tylko o trudne, angielskie słowa. Nie da się w angielskim opisać wszystkiego, co się czuje. Wszystkiego, co istnieje. Nauczę cię dzisiaj... albo przypomnę o dwóch. Mizpah. Głęboka więź pomiędzy ludźmi, szczególnie pomiędzy takimi, których rozdzielił wielki dystans lub śmierć. Hebrajski. - Mówił to powoli. Wcześniej twierdził, że chciał się wybrać na ten festiwal, nawet wspomniał o tym, na czym najbardziej mu zależało, ale teraz widać było jak bardzo się spieszył - wcale. W tle słychać było pierwszy huk fajerwerków. Odległy, bardzo odległy. Najwyraźniej zduszony przez dystans dzielący ich od miasta. Za oknem - wciąż nic. Pustka, ciemność. Przysłonięte kroplami wody, które osiadły na szybie. - Dormiveglia. Miejsce, które rozciąga się pomiędzy snem i jawą. Włoski. Mam powtórzyć, czy zapamiętasz, śliczny chłopcze, który boi się mojej impulsywności, a jednak mi współczuje, dla którego jestem fantazją, ale podobno mnie nie kocha? Musiałem namieszać ci w życiu... Ale rozumiesz to, prawda? To jak jesteśmy połączeni. Nie musisz prosić o nic Boga, kiedy jesteś moją rozkoszą, moją radością, moim uzależnieniem... Na tej granicy pomiędzy dniem i nocą, pomyśl o mnie jak o swoim i daj mi się ogrzać. Jesteś tak zimny jak morze, nawet kiedy ogrzewa je słońce, w jego toni da się zamarznąć, ale we mnie jest wystarczająco miłości, żeby kochać cię za nas dwóch. Wróć tutaj, bez względu na drogę.
To było kłamstwo. Przykre kłamstwo, manipulacja. Bo on by wcale nie mógł istnieć, kochając kogoś, kto tego nie odwzajemniał. Był jednak zdolny do kłamania po to, żeby dostać to, czego chciał. A chciał tych oczu wtopionych w jego jestestwo, chciał tych ud zaciskających się na jego ciele. Chciał mieć blisko chłopaka, który mimo wcześniejszego zawahania, teraz wydawał się czerpać z tej sceny tyle, ile tylko zdołało udźwignąć jego serce.
Na jak dużo mógł sobie pozwolić? Gdyby mógł, związałby go, zasłoniłby mu oczy, żeby rozbudzić jego zmysły, ale ten czuł strach nawet objęty ramionami, schroniony w bliskości kogoś, kto zrobiłby dla niego wszystko. Jak bardzo musiałby się bać, gdyby odebrać mu wzrok, punkt zawieszenia w twarzy, jaką znał ze swojej rzeczywistości - pomogłoby mu to, czy przeszkodziło?
- Powiedz mi Laurent, czego pragniesz? Zarząd w zamian za rozbudowę wschodniego skrzydła, przypisał mi w tym roku jedno życzenie. Mógłbym ci je oddać. I tak jedynym czego dzisiaj chciałem, jesteś ty.
Gdyby mógł, zostawiłby na jego skórze zapis wędrówki swoich palców i zębów. Jak poemat, który tylko oni mogli poczuć i przeczytać. Laurent stałby się jego płótnem. Chciał go mieć. Nie spożywałby go w pośpiechu - powoli delektowałby się tym smakiem, nie tylko powierzchnią ciała. On chciał go mieć dogłębnie, wkopać się w szpik kości. Gdyby mógł... A może mógł, może nie spłoszy go, zamykając w szczelniejszym objęciu. Może nawet wtedy, kiedy chwyci jego biodra i przesunie go wzdłuż swojego ciała. Wyżej.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.