21.03.2024, 23:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.03.2024, 23:35 przez Millie Moody.)
Wspomnienie Alastora nieoczekiwanie coś w niej pękło. Jakąś małą duchową żyłkę, której nie była do końca świadoma. Tak jak Morpheus kiedyś opowiadał jej o Achillesie, tak ona miała swoją piętę również tylko Alastorową. Myśli uciekły jej do rozważań, na ten krótki moment, czy Alastor w ogóle przejąłby się jej ślubem, nie ważne czy z Longbottomem, czy jakimkolwiek fagasem, który gdzieś by się nawinął przy okazji. Czy byłoby mu smutno, że jego wrzód na dupie w końcu wyprowadził się z domu? Czy zauważyłby jej nieobecność, skoro ostentacyjnie odmawiała sprzątania brudów, tak swoich jak i jego? Czy byłby pierwszy do spakowania jej walizki?
Łatwo było szydzić i kpić z Erika, trudniej było, gdy jedno zdanie otwierało milion klapek w mózgu, przez które nieregularnie przechodził piorun niezbyt przyjemnych myśli. Zamrugała kilkukrotnie, zamilkła choć szczęśliwie pan detektyw się rozgadał na tyle, że mógł tego nie zauważyć. Pewnym było, że nigdy nie weźmie ślubu, ale jak przystało na osobę o chronicznych problemach z gospodarką snu, wyobraźnię miała na całkiem wysokim poziomie. I widmo wyprowadzki przerażało ją. Fakt, że była przerażona przerażał ją jeszcze bardziej. Emocje kłębiły się niekontrolowanie, a to nie było zdrowe.
Emocje są dla słabych.
A słabi ginęli.
Dopiła więc kawę do końca i podniosła się, może gwałtownie, ale w sumie normalnie tak się przemieszczała – dynamicznie i mało uważnie.
– Dobra, dość tej stypy mamy robotę do zrobienia. Alastor już uzupełnia raporty za pół swojego biura, więc naszych na pewno nie zdąży do końca miesiąca. Spierdalajmy stąd. – rzuciła wyciągając z kieszeni srebrzystą papierośnicę, magicznie tłoczoną w sztorm na morzu. Zupełnie jakby chciała nosić przy sobie wizualizację tego, co działo się w jej wnętrzu. Ani moment spokoju... Z petem w ustach skinęła głowę Bucky'emu, który pożegnał ją mruknięciem.
Zaraz potem kiwnął na podnoszącego się Erika, przywołując go gestem do lady.
– Wiesz co panie detektywie? – powiedział chrapliwie wciskając mu w ręce papierową torebkę z niezbyt ciężką zawartością. – Ona tak tu do mnie zagląda jakiś czas. I tak se myślę, że jest jak taki kot ze śmietnika. Zawsze sama, cicha, siedzi w kącie i obserwuje. Dobrze mi zrobiło na serce, że jest ktoś, przy kim jednak się uśmiecha. Miej na nią oko. A te tu, na koszt firmy. Pączuszki prima sort, góra dwa dni. – obiecywał, choć twardość ów pączuszków z powodzeniem mogła, przy celnym rzucie, pozbawiać przytomności kolejnych śmierciożerców.
Łatwo było szydzić i kpić z Erika, trudniej było, gdy jedno zdanie otwierało milion klapek w mózgu, przez które nieregularnie przechodził piorun niezbyt przyjemnych myśli. Zamrugała kilkukrotnie, zamilkła choć szczęśliwie pan detektyw się rozgadał na tyle, że mógł tego nie zauważyć. Pewnym było, że nigdy nie weźmie ślubu, ale jak przystało na osobę o chronicznych problemach z gospodarką snu, wyobraźnię miała na całkiem wysokim poziomie. I widmo wyprowadzki przerażało ją. Fakt, że była przerażona przerażał ją jeszcze bardziej. Emocje kłębiły się niekontrolowanie, a to nie było zdrowe.
Emocje są dla słabych.
A słabi ginęli.
Dopiła więc kawę do końca i podniosła się, może gwałtownie, ale w sumie normalnie tak się przemieszczała – dynamicznie i mało uważnie.
– Dobra, dość tej stypy mamy robotę do zrobienia. Alastor już uzupełnia raporty za pół swojego biura, więc naszych na pewno nie zdąży do końca miesiąca. Spierdalajmy stąd. – rzuciła wyciągając z kieszeni srebrzystą papierośnicę, magicznie tłoczoną w sztorm na morzu. Zupełnie jakby chciała nosić przy sobie wizualizację tego, co działo się w jej wnętrzu. Ani moment spokoju... Z petem w ustach skinęła głowę Bucky'emu, który pożegnał ją mruknięciem.
Zaraz potem kiwnął na podnoszącego się Erika, przywołując go gestem do lady.
– Wiesz co panie detektywie? – powiedział chrapliwie wciskając mu w ręce papierową torebkę z niezbyt ciężką zawartością. – Ona tak tu do mnie zagląda jakiś czas. I tak se myślę, że jest jak taki kot ze śmietnika. Zawsze sama, cicha, siedzi w kącie i obserwuje. Dobrze mi zrobiło na serce, że jest ktoś, przy kim jednak się uśmiecha. Miej na nią oko. A te tu, na koszt firmy. Pączuszki prima sort, góra dwa dni. – obiecywał, choć twardość ów pączuszków z powodzeniem mogła, przy celnym rzucie, pozbawiać przytomności kolejnych śmierciożerców.
Koniec sesji