Człowiek potrzebował wyzwań na swojej drodze. Jeśli wszystko toczyło się gładko, zaczynał popadać w marazm. Prosta droga, monotonna, nawet jeśli przyjemna, potrafiła zburzyć człowieczeństwo u podstawy - ten fragment, w którym wszystko w tobie zbierało się do rozpoczęcia ewolucji. Ulegaliśmy ciągłym zmianom. Było to wpisane w nasze DNA, w powietrze, które wdychaliśmy i które wydychaliśmy. Mężczyźni zostali zaprojektowani tak, by walczyć z wyzwaniami, prawda? Ich dłonie były nawykłe do trzymania miecza, drewna włóczni, ich ramiona do napinania mięśni. Biologia czasami potrafiła być zadziwiająco okrutna w swojej zero-jedynkowości, nie ważne jak mocno rozwój człowieka brnął w przód, tak pewne rzeczy, w tym gadzim mózgu umieszczonym w bielmie naszych czaszek, szeptał ciągle o pierwotności i odwoływał się do rzeczy, które dawno były niby za nami i którymi nie powinniśmy się przejmować. W końcu - oto my, ludzie! Szczyt rozwoju tego świata! Nadinteligentni, obdarzeni uczuciami wyższymi - wszystko to brzmiało dumnie i wspaniale. Dlatego stawiasz przed sobą wyzwania do przekroczenia, żeby móc skakać. Żeby nie zapomnieć o tym, że twoje nogi były do tego skakania przystosowane. Coś, o czym Laurent nie myślał w tym momencie, taki rozluźniony, z zasianą przez ludzi nieufnością wobec nich samych i przez nich samych. Tak zamieniali czystą jak łza niewinność w pierwotny strach i świadomość tego, że w tym świecie naiwność była przynajmniej kilkoma gwoździami do trumny. Nicholas jawił się jak najbardziej statyczna rzecz tego świata, pewniejsza nawet niż to, że nastanie nowe jutro. I on myślał o przeskakiwaniu? O wspinaniu się gdzieś, o podróżach, które mogłyby odkryć coś nowego? Cóż, gdyby nie miał w sobie tej potrzeby to by go tutaj nie było. Albo byłby, żeby zaspokoić potrzeby cielesne i potem pofrunął z powrotem do siebie, zapominając o tym, że człowiek może się nauczyć delikatności, czułości i że emocje pobierane można zwracać, nawet jeśli w bardziej oszczędnej formie.
Nie łudził się za to, że to były niewinne dłonie. Te, które go obejmowały. Ile było na nich krwi i ile błagalnych spojrzeń odbiło się w zimnych oczach Nicholasa wiedział tylko on sam. Daleko było Laurentowi do bycia głupim - naiwnym, owszem, wierzącym w ludzi - tak. Ale nie był głupi. Widział oczy takie, jakie nosił Nicholas - patrzące na ten świat z takim chłodem dlatego, że kawałek lusterka Królowej Lodu dostał się do nich prosto do serca. Czuł nacisk zimnych rąk na swoim ciele, które chciały tylko rozkoszy - i to tylko własnej, niekoniecznie przejmując się tym, czego potrzebowała druga strona. Zadał sobie też to pytanie: czy ten człowiek jest Śmierciożercą? Czy miał coś wspólnego z tym, co działo się w New Forest? Odpychał od siebie to myślenie tym, że przecież znali się wcześniej, więc to przypadek, po prostu historia się jakoś tak potoczyła... Tak jak zadawał sobie pytanie, czy pracuje nadal z Dante. Czy powinien się go naprawdę bać, a skoro tak to dlaczego mu nie zależy zupełnie, co się z nim stanie? Byle tylko nie cierpieć za długo, wtedy będzie w porządku. Umarłby myśląc, że umarł na warunkach, które sam sobie przygotował, jak wygładzoną pościel swojej sypialni.
- Zastanawiam się, który z nas popełni błąd. Czy ja, kiedy przestanę zastawiać pułapki czy może ty, kiedy pomyślisz, że za bardzo się rozluźniłem. - Laurent zaplótł jedną pułapkę w swoim życiu. Pajęczą, cierpliwie ułożoną sieć. Był jak biała wdowa na tronie swojego królestwa, choć daleko mu było wtedy do króla i daleko miał do własnych ziem. To była pułapka na Dante. To, co działo się między nimi, przypominała ją tylko w jednym - sposobie działania Laurenta. Bo Nicholasa nie chciał skrzywdzić, bo i nie czuł się krzywdzony z jego strony. Wręcz przeciwnie. I nie chciał tworzyć fałszywego obrazu odpowiedzi, które mógłby dostać zadając odpowiednie pytania, więc zamiast tego chciał się przekonywać w czynach, do czego Nicholas się pokieruje, a do czego nie. Na razie czuł, że przegrywa. A to, że przegrywał, było akurat pożądane. Dobrze jest myśleć, że chyba jednak ta osoba nie chce ci posłać smrodu czarnej magii w plecy z jakiegoś powodu. Zastanawiał się też, czy powinien spodziewać się amortencji w swoim drinku, który tu został z Nicholasem i nie zamierzał go teraz pić. W zamian za te wszystkie niepewności Nicholas z całkowitą prostotą obdarzał go takimi słodkościami, że Laurent nie potrafił się nadziwić. Faktycznie, zawsze chciał się czuć jak księżniczka. Chciał przestać chronić i chciał czuć się broniony. - Wyobrażałem sobie, że mógłbym być jak Śpiąca Królewna. Pewnie tej bajki też nie znasz. - Laurent się nie uśmiechnął, bo w zasadzie jak smutne trzeba mieć życie, żeby nie znać bajek? - Księżniczka zamknięta w wieży, pilnowana przez smoka, przyjeżdża rycerz na białym pegazie i ratuje ją z opresji. A potem żyją długo i szczęśliwie. - Miał fantazje na wiele tematów i w różnych aspektach. Niektóre były bajkowymi wymysłami dzieci, inne były tak sprośne, że powiedzieliby, że to nijak nie pasuje do jego twarzy przypominającej dutki lotek na kościach policzkowych i chorągiewki dalej, do tej skóry jak gładkie, mleczne perły wyrwane z serca morza. - Ale to by do mnie nawet nie pasowało. Gdyby ktoś zamknął mnie w wieży pewnie przekonałbym smoka, że lepiej będzie mnie chronił lecąc ze mną ponad chmurami i tak przemierzylibyśmy cały świat, a nieszczęśliwy rycerz obszedłby się smakiem. - Dopiero teraz się uśmiechnął z rozbawieniem i zerknął kątem oka na Nicholasa, nim znów wyjrzał za oko. Uśmiech bardzo szybko ostygł. Milczał przez moment. - To nie byłoby złe - umrzeć w tym miejscu. Dostałbym na swój nagrobek mnóstwo kwiatów. Mam nadzieję, że moja siostra pomyślałaby, żeby przynieść moje ulubione słoneczniki z piękną, błękitną wstążką.