14.04.2024, 18:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2024, 18:18 przez Samuel McGonagall.)
No tak Erik znał, Erik znał wszystkich, wszędzie, Erik mógł załatwić. Tak jak Brenna mogła, prawda, to było takie oczywiste. Można mieć gorący temperament i świetnie sobie z klątwą, szkoda, że on jest taki beznadziejny, że sobie z tym nie radzi. A nie... zaraz, radził sobie, radził sobie doskonale dopóki nie zmuszono go, żeby opuścił swoją ziemię, a potem, pomimo obietnicy, że z tą sprawą się szybko urzędnicy ministeriali rozprawią... Tak... Jego przyjaciele byli tymi urzędnikami, może jednak nie mogli wszystkiego, wszędzie załatwić.
Tak jak rano czuł wszechogarniające upodlenie, tak teraz zacisnął się mocno w środku, na swym uporze, na braku narzędzi by ten patowy problem jakkolwiek rozwiązać.
– Ja... ja nie pamiętam co dokładnie mówiła, poza tym, że podjąłem decyzję za nią, że nie powiedziałem jej dlaczego muszę zostać w Kniei. Nie powiedziałem, jej że moja matka ma maledictusa, nie powiedziałem że ojciec leży na łożu śmierci i w każdej chwili... – nagle zdał sobie sprawę z tego co powiedział i poderwał się na równe nogi, bo dotknął tajemnicy, tak starej, tak zapiekłej, a jednak, stary mechanizm ruszył, a on nie przywykł do kłamstwa, do lawirowania, topienia się w półsłówkach. Poderwał się i zaczął nerwowo krążyć po kuchni, zdając sobie sprawę, że nagle przytulne ściany są tak na prawdę czterema ścianami pułapki, w którą tak ochoczo wszedł. Nie był w stanie patrzeć na Brennę, a słowa toczyły się dalej w nagłym przypływie, niezdarnej próbie ukrycia prawdy, która zawisła między nimi przed chwilą.
– Nic jej nie powiedziałem wtedy, na Knieje, wyobrażasz sobie Norę w puszczy? Przecież ona chciała jeździć, zwiedzać świat, robić kursy, mieć w Londynie najwspanialszą cukiernię! To były jakieś... to były, to były jakieś dziecięce urojenia, że mogłem tam jechać razem z nią, przecież ja najdalej stąd byłem tylko w Londynie raz jeden i obiecałem sobie, że nigdy więcej! Byłbym jej wtedy kulą u nogi i jestem tą kulą najwidoczniej teraz! Wstyd jest wstydem Bee, ja... ja nawet nie wiem jak mogłem sądzić przez moment, że ona chciałaby być ze mną... – zatopił dłonie we włosach, pociągnął je lekko, jakby chciał naciągnąć sobie twarz, zrozumieć w tym gąszczu wątpliwości o co w tym wszystkim chodziło – Mogę się ogolić, mogę założyć koszulę Morpheusa i udawać, że wiem cokolwiek na temat tańczenia, ale dalej jestem nikim! Jakim byłbym dla niej partnerem? Mówisz o tej małej dziewczynce, o tej... o tej małej Mabel z kotem, przecież... – dyszał ciężko, a kropki łączyły się, chociaż może niekoniecznie te związane z matematyką – kto chciałby kogoś takiego na ojca dla niej, kto chciałby dla niej takiego ojca? – zapytał nagle żałośnie, a głos z krzyku zastygł w nagłym złamaniu zaciśniętego gardła. Niebieskie oczy zatrzymały się na drżących dłoniach. Prostował palce i zginał je, zbierając myśli, otwierając i zamykając usta jak ryba wyrzucona z jeziora.
– Erik powinien być dla niej ojcem, Erik jest dla niej ojcem. Może... może to z nim powinnaś porozmawiać, żeby nie miał w sercu kogoś innego, hmm? Tak byłoby najlepiej. On może dać im wszystko to, czego ja nigdy... czego ja... – jego ręce drżały i głos, i szyby w gablotach również zaczęły dzwonić, a Sam wiedział że mimo zmęczenia, mimo rozładowania się i oddania hołdu Kniei, wiedział, że ona zna jego myśli i serce. Doskoczył więc do okna i rozwarł je szeroko na oścież. Nie zdążył usłyszeć jakiejkolwiek odpowiedzi bo już go nie było, już w skoku czmychnął ku ciemnemu, nocnemu niebu, pozostawiając za sobą pojedynczą paskowaną płowo-błękitną lotkę.
To najprawdopodobniej oznaczało, że obejrzenie domku na obrzeżach warowni musiało odbyć się w innym terminie...
Tak jak rano czuł wszechogarniające upodlenie, tak teraz zacisnął się mocno w środku, na swym uporze, na braku narzędzi by ten patowy problem jakkolwiek rozwiązać.
– Ja... ja nie pamiętam co dokładnie mówiła, poza tym, że podjąłem decyzję za nią, że nie powiedziałem jej dlaczego muszę zostać w Kniei. Nie powiedziałem, jej że moja matka ma maledictusa, nie powiedziałem że ojciec leży na łożu śmierci i w każdej chwili... – nagle zdał sobie sprawę z tego co powiedział i poderwał się na równe nogi, bo dotknął tajemnicy, tak starej, tak zapiekłej, a jednak, stary mechanizm ruszył, a on nie przywykł do kłamstwa, do lawirowania, topienia się w półsłówkach. Poderwał się i zaczął nerwowo krążyć po kuchni, zdając sobie sprawę, że nagle przytulne ściany są tak na prawdę czterema ścianami pułapki, w którą tak ochoczo wszedł. Nie był w stanie patrzeć na Brennę, a słowa toczyły się dalej w nagłym przypływie, niezdarnej próbie ukrycia prawdy, która zawisła między nimi przed chwilą.
– Nic jej nie powiedziałem wtedy, na Knieje, wyobrażasz sobie Norę w puszczy? Przecież ona chciała jeździć, zwiedzać świat, robić kursy, mieć w Londynie najwspanialszą cukiernię! To były jakieś... to były, to były jakieś dziecięce urojenia, że mogłem tam jechać razem z nią, przecież ja najdalej stąd byłem tylko w Londynie raz jeden i obiecałem sobie, że nigdy więcej! Byłbym jej wtedy kulą u nogi i jestem tą kulą najwidoczniej teraz! Wstyd jest wstydem Bee, ja... ja nawet nie wiem jak mogłem sądzić przez moment, że ona chciałaby być ze mną... – zatopił dłonie we włosach, pociągnął je lekko, jakby chciał naciągnąć sobie twarz, zrozumieć w tym gąszczu wątpliwości o co w tym wszystkim chodziło – Mogę się ogolić, mogę założyć koszulę Morpheusa i udawać, że wiem cokolwiek na temat tańczenia, ale dalej jestem nikim! Jakim byłbym dla niej partnerem? Mówisz o tej małej dziewczynce, o tej... o tej małej Mabel z kotem, przecież... – dyszał ciężko, a kropki łączyły się, chociaż może niekoniecznie te związane z matematyką – kto chciałby kogoś takiego na ojca dla niej, kto chciałby dla niej takiego ojca? – zapytał nagle żałośnie, a głos z krzyku zastygł w nagłym złamaniu zaciśniętego gardła. Niebieskie oczy zatrzymały się na drżących dłoniach. Prostował palce i zginał je, zbierając myśli, otwierając i zamykając usta jak ryba wyrzucona z jeziora.
– Erik powinien być dla niej ojcem, Erik jest dla niej ojcem. Może... może to z nim powinnaś porozmawiać, żeby nie miał w sercu kogoś innego, hmm? Tak byłoby najlepiej. On może dać im wszystko to, czego ja nigdy... czego ja... – jego ręce drżały i głos, i szyby w gablotach również zaczęły dzwonić, a Sam wiedział że mimo zmęczenia, mimo rozładowania się i oddania hołdu Kniei, wiedział, że ona zna jego myśli i serce. Doskoczył więc do okna i rozwarł je szeroko na oścież. Nie zdążył usłyszeć jakiejkolwiek odpowiedzi bo już go nie było, już w skoku czmychnął ku ciemnemu, nocnemu niebu, pozostawiając za sobą pojedynczą paskowaną płowo-błękitną lotkę.
To najprawdopodobniej oznaczało, że obejrzenie domku na obrzeżach warowni musiało odbyć się w innym terminie...