17.06.2024, 18:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.06.2024, 00:47 przez Neil Enfer.)
Suma: Bardzo wąskie alejki
Człowiek musi coś jeść, to dotyczyło również czarodziejów takich jak ten o tutaj mugolak. Można też nazwać go wilkołakiem, chociaż rzadko ma okazję do wilkołaczenia. Raz na miesiąc. W zamknięciu. To się nazywa wolność? Ciekawe spojrzenie na sytuację. W tej chwili jednak wilkołaczyć nie miał ochoty, a może i miał, trudno było mu to określić. Czasami żałował, że wszystko jest tak kontrolowane. Chociaż nie byłoby gdyby wilkołaki miały nad sobą pełną kontrole w czasie pełni, prawda? Albo gdyby chociaż nie były takie mordercze, czy nie zarażały wilkołactwem tak łatwo. Czemu nie mogą być grzeczne, miękkie i puchate, tylko muszą być takie jakie są.... Za dnia pięknością, w nocy zaś szkaradą, ale tylko raz w miesiącu. Jak na pochodzie żenady idzie do ministerstwa, mówi dzień dobry, tym samym znajomym twarzom. Oni to się ustawili. Mają robotę stabilną, nic się raczej nie zmieni. Chociaż czy sam chciałby tak monotonnie żyć? Nie był pewien czy mu to odpowiada, bo koniec końców takiej monotonności nigdy nie próbował. Może powinien spróbować? Na razie się nie zapowiada na to, ale będzie chętnie patrzeć na okazje, by przetestować nowy tryb pracy.
Jednak wracając każdy musi coś jeść, również on i taki był cel jego wyjścia z domu. Brak jedzenia w lodówce zmusił go do opuszczenia mieszkania i po raz pierwszy od dawna uznał, że zabierze siebie na romantyczną randkę, czyli po prostu do jadłodajni, gdzie będzie się mógł najeść względnie tanio i szybko. Wybitnie nie chciało mu się gotować, ani nawet kroić chleba, nie dzisiaj! No i też nie jutro, dlatego wziął jedną porcję na wynos. Był gotowy na wszystko! Świat się może skończyć jutro, mogą zakazać wychodzenia z domu, a on by sobie poradził. Co prawda przez jeden dzień tylko, ale jednak. Zawsze może zapolować z okna na gołębie, ale one dziwnie pewnie smakują, no i nie był pewien, jak je przyrządzić. Nie to co te pyszne, jeszcze ciepłe jedzenie jakie miał w torbie, zamknięte w pudełku.... Podniósł papierową torebkę i przystawił nos do niej, zaciągając się zapachem, zapachem który pachniał... Zaraz, tak nie pachnie kurczak. Zmarszczył brwi i uniósł wzrok jasnych oczu. Czy to... Spojrzał na jedną kamienicę, na drugą, na trzecią. Zerknął nawet w alejkę ciemną po lewej i po prawej. Okno jedno było otwarte, ale nie widział, aby wychodził z niego żaden szary ani biały dym, jakie świadczyłyby o odpalonych kadzidłach. Może to świece i podgrzewane olejki? Nie, nie, nie, one pachniały inaczej. To musiało być kadzidło, ale gdzie dym, z resztą jeśli zioła były wystarczająco mocne to i bez dymu je poczuje. Szybko w jego głowie zrodził się niepokój. Co jeśli w składzie tego kadzidła są róże? Co jeśli są inne zioła jakich nie może? Czemu ma tyle alergii? Owszem, są ludzie co mają więcej i świeć panie nad ich duszą, ale róża budziła w nim strach. Było w tym tez sporo żalu, bo róża była łatwo dostępna i działała cuda mając masę przyjemnych i pożytecznych właściwości, do tego pachniała pięknie! Ehhh... Może z wiekiem wyrośnie z tego? Liczył na to. Dżem z róży... Marmolada... Ciasto z płatkami róży, albo kandyzowane płatki, albo sam róża, dzika i surowa, jak ta, co rośnie tam na środku drogi.
Przechylił głowę lekko w bok. Zerknął na rozmazanych ludzi dookoła i ruszył niepewnie przed siebie, prosto do krzewu róży, którego korzenie sprawiły, że kamienna droga wykrzywiła się okropnie. Kocie łby wystawały nierówno, niektóre potrząsały uszkami i zerkały ciekawsko oczkami o pionowych źrenicach, gdy podążał dalej przed siebie.
- Ja ci nie ufam, wiesz? -zaszeptał do krzewu róży, gdy stawiał kolejne i kolejne kroki. Zapach był coraz bardziej wyczuwalny, ale nie był to krzew, to było coś innego. Mimik? Udawaniec! A jednak szedł i szedł, krok za krokiem, aż alejka się zwężyła na tyle, by ramieniem otarł się o mur z jednej i drugiej strony. Kilka gałęzi z kolcami trzasnęło głośno, łamiąc się i strzelając na wszystkie strony wypchnięte pod wpływem nacisku ścian.- Czym jesteś?... -zapytał, nachylając się nad krzewem, przyglądając się płatkom. Mury zbliżyły się do siebie jeszcze mocniej, kolejne gałązki się poddały, rzucając się na twarz chłopaka, który odruchowo odskoczył w tył, osłaniając twarz rękoma, kuląc się w nagłym przypomnieniu, że nie powinien się zbliżać do krzewu. Czy to jednak on był zagrożeniem, skoro nie pachniał różą? Zapomniał?
Oburzony odwrócił się, by z wyrzutem spojrzeć na krzew, który niepostrzeżenie wyparował, zostawiając jedynie rozległe uszkodzenia w kamiennej ścieżce. Bruzdy i doły, przekrzywione kamienie, miauczące głośno koty, niektóre kładące uszka, inne ziewające, bo zbudzone ze słodkiej drzemki hałasami. Zaskoczony widokiem, cofnął się kilka kroków, a później kilka następnych i jeszcze parę kolejnych. Alejka z każdym krokiem rozszerzała się dając mu więcej swobody i możliwości oddechu. Problemem było tylko to, że jego mieszkanie było przed nim, a nie za nim. Zmarszczył brwi, wsparł się o dłońmi o biodra, nawet nie zauważając, że jego cenny pakunek pyszności na jutro, przepadł bezpowrotnie. Powinien leżeć gdzieś na ziemi, ale nie było po nim najmniejszego śladu.
Krok w przód, jeszcze jeden, następny. Alejka znów zaczęła wydawać się ciasna i nie do przejścia. Krok w tył, po nim kolejne, aby znów skorzystać z odrobiny spokoju. To się nie uda, nawet bokiem nie przejdzie przez ciasne przejście. Zerknął na ściany kamienicy i poczuł, jak wiedza całego wszechświata napływa mu do głowy. Doświadczenie każdego żyjącego człowieka, niezależne czy żyjącego teraz czy milion lat temu, czy ludzie wtedy żyli? To nie było istotne, ważne było tylko to, że klejące się oczęta wyłapały kolejną alejkę z boku, przejście pomiędzy kamienicami, słodka ucieczka.
Ruszył do przodu, niemalże biegiem i gdy uliczka stawała się już zbyt wąska, udało mu się uskoczyć w bok, prosto w poboczną alejkę. Kilka szybkich kroków natychmiast sprawiło, że zrozumiał zasady gry. W przód się zwęża, w tył rozszerza, na boki się nie zmienia. A ukos? Zaśmiał się pod nosem, trochę zbyt głośno niż planował, trochę zbyt śmiało i chaotycznie, nie bardzo w tej chwili był jednak się w stanie kontrolować, te zielarskie zapachy. Wróżbici i ludzie od roślin mają niezłą zabawę. Zaraz, co? Kichnął, machnął ręką, chcąc odgonić otumaniający zapach, jaki ciągle ściągał jego myśli na inne strony, byle tylko nie myślał o rozwiązaniu zagadki.
- Skup się, Nefrer.... -burknął na siebie, uderzając się po policzkach dłońmi, jednocześnie z dwóch stron, dla orzeźwienia, które i tak nie przyszło na dłużej niż dwie sekundy. Kolejne kroki rozległy się w alejce, tył, przód, bok, ukos. A góra? Może w dół powinien iść? Pokręcił głową, odmawiając sobie zejścia do kanałów. Tam zapach zaginie, a to za nim miał podążać? Nie miał od niego uciec? Czy to miało jakikolwiek sens.- Hah, nie! Nie ma sensu! -myśli przeplatały się ze słowami, kiedy kolejny zakręt okazywał się być ślepą uliczką lub co gorsza prowadził do kolejnych kilku zakrętów, które rozgałęziały się dalej, kończyły w niezapowiedziany sposób, zwężały i rozszerzały się. Zniszczony chodnik przypominał mu cały czas o róży, która wychylała się zza zakrętu tu czy tam, popatrywała, obserwowała, pilnowała by owieczka się nie zgubiła zbyt mocno. Różowe płatki przebiegały po kotkach pomiędzy jego nogami próbując go poprowadzić odpowiednią ścieżką, ale ciężko iść, gdy mury ściskające pierś i plecy ledwo pozwalają oddychać. Sapnął, zaparł się rękoma i odepchnął z wielkim wysiłkiem ścianę od siebie, na centymetr, na dwa, na trzy. Coś chrupnęło, zgrzytnęło, czerwień cegły odcisnęła się na dłoni, jaka ją skruszyła sprawiając, że pomarańczowy proszek posypał się na ziemię tylko po to, by wiązane ponad kostkę buty stanęły na nim i rozniosły go przez kilka kolejnych metrów. Uciekał i poszukiwał, stracił w połowie zapachowej zabawy cel i sens, chciał po prostu wyjść z tego labiryntu, jaki nie chciał go wypuścić pomimo walki, próśb i obietnic. Jeszcze jedno szarpnięcie, szybkie wciśnięcie się pomiędzy ściany, kolejne zaparcie się dłońmi, spięcie ciała, westchnięcie i włożenie tyle siły ile miał w ociężały ruch. Pchnięcie i nagły luz, czysta swoboda jakiej nie czuł od kilku godzin. Padł na ziemię, zdziwiony, że nagle mury nie wciskają mu się w twarz, że róża nie zerka już na niego zza zakrętu.
Ciemne niebo nad oczyma, białe chmury z poszewek na poduszki rozwieszonych na sznurkach pomiędzy kamienicami. Głębokie westchnięcie i kujący ból głowy, jakiego się tak łatwo nie pozbędzie herbatą i kąpielą, może nawet sen nie pomoże. Ułożył dłonie na piersi i obserwował niebo, nie umiejąc znaleźć w sobie siły, by po takim szaleńczym biegu i walce wstać i wrócić do domu. Gdzie właściwie teraz był? Na drugim końcu Londynu? Przekręcił się na bok, później na brzuch i z bólem duszy wsparł się na rękach, rozproszonym spojrzeniem usiłując wypatrzeć ulicę, adres, choćby numer kamienicy. Skupienie bolało. Poddał się. Przysunął się jedynie bliżej murku, przyciągnął nogi bliżej piersi, oparł się brodą o kolana i sapnął ciężko. Czy dalej był w tym śnie? Czy to był sen, czy tylko efekt magii, która zbyt łatwo go oszukiwała i przejmowała nad nim władzę. To był jeden z powodów dla których jej nie ufał. Nie, on nie ufał sobie, nie wierzył, że byłby w stanie obronić się przez szaleństwem zaserwowanym mu przez zapach, nawet gdyby rozpoznał go na czas. Może moc lezy w kwestionowaniu sensu i możliwości? Czy to było prawdziwe? Czy było realistyczne? Pozbawienie się wyobraźni i możliwości marzeń sennych nie brzmiało kusząco, ale jest to pewien rodzaj broni jakiej może użyć do walki z czymś z czym nie radzi sobie innymi sposobami.
Niechętnie wsparł się o ścianę i wstał. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę wyjścia z zaułku. Jedna noga, później druga, krok za krokiem, a alejki się nie zwężają, nadal są takie jakie były. Stanął nieufnie na chodniku, spojrzenie w lewo, spojrzenie w prawo. Ulica Pokątna wita.
Człowiek musi coś jeść, to dotyczyło również czarodziejów takich jak ten o tutaj mugolak. Można też nazwać go wilkołakiem, chociaż rzadko ma okazję do wilkołaczenia. Raz na miesiąc. W zamknięciu. To się nazywa wolność? Ciekawe spojrzenie na sytuację. W tej chwili jednak wilkołaczyć nie miał ochoty, a może i miał, trudno było mu to określić. Czasami żałował, że wszystko jest tak kontrolowane. Chociaż nie byłoby gdyby wilkołaki miały nad sobą pełną kontrole w czasie pełni, prawda? Albo gdyby chociaż nie były takie mordercze, czy nie zarażały wilkołactwem tak łatwo. Czemu nie mogą być grzeczne, miękkie i puchate, tylko muszą być takie jakie są.... Za dnia pięknością, w nocy zaś szkaradą, ale tylko raz w miesiącu. Jak na pochodzie żenady idzie do ministerstwa, mówi dzień dobry, tym samym znajomym twarzom. Oni to się ustawili. Mają robotę stabilną, nic się raczej nie zmieni. Chociaż czy sam chciałby tak monotonnie żyć? Nie był pewien czy mu to odpowiada, bo koniec końców takiej monotonności nigdy nie próbował. Może powinien spróbować? Na razie się nie zapowiada na to, ale będzie chętnie patrzeć na okazje, by przetestować nowy tryb pracy.
Jednak wracając każdy musi coś jeść, również on i taki był cel jego wyjścia z domu. Brak jedzenia w lodówce zmusił go do opuszczenia mieszkania i po raz pierwszy od dawna uznał, że zabierze siebie na romantyczną randkę, czyli po prostu do jadłodajni, gdzie będzie się mógł najeść względnie tanio i szybko. Wybitnie nie chciało mu się gotować, ani nawet kroić chleba, nie dzisiaj! No i też nie jutro, dlatego wziął jedną porcję na wynos. Był gotowy na wszystko! Świat się może skończyć jutro, mogą zakazać wychodzenia z domu, a on by sobie poradził. Co prawda przez jeden dzień tylko, ale jednak. Zawsze może zapolować z okna na gołębie, ale one dziwnie pewnie smakują, no i nie był pewien, jak je przyrządzić. Nie to co te pyszne, jeszcze ciepłe jedzenie jakie miał w torbie, zamknięte w pudełku.... Podniósł papierową torebkę i przystawił nos do niej, zaciągając się zapachem, zapachem który pachniał... Zaraz, tak nie pachnie kurczak. Zmarszczył brwi i uniósł wzrok jasnych oczu. Czy to... Spojrzał na jedną kamienicę, na drugą, na trzecią. Zerknął nawet w alejkę ciemną po lewej i po prawej. Okno jedno było otwarte, ale nie widział, aby wychodził z niego żaden szary ani biały dym, jakie świadczyłyby o odpalonych kadzidłach. Może to świece i podgrzewane olejki? Nie, nie, nie, one pachniały inaczej. To musiało być kadzidło, ale gdzie dym, z resztą jeśli zioła były wystarczająco mocne to i bez dymu je poczuje. Szybko w jego głowie zrodził się niepokój. Co jeśli w składzie tego kadzidła są róże? Co jeśli są inne zioła jakich nie może? Czemu ma tyle alergii? Owszem, są ludzie co mają więcej i świeć panie nad ich duszą, ale róża budziła w nim strach. Było w tym tez sporo żalu, bo róża była łatwo dostępna i działała cuda mając masę przyjemnych i pożytecznych właściwości, do tego pachniała pięknie! Ehhh... Może z wiekiem wyrośnie z tego? Liczył na to. Dżem z róży... Marmolada... Ciasto z płatkami róży, albo kandyzowane płatki, albo sam róża, dzika i surowa, jak ta, co rośnie tam na środku drogi.
Przechylił głowę lekko w bok. Zerknął na rozmazanych ludzi dookoła i ruszył niepewnie przed siebie, prosto do krzewu róży, którego korzenie sprawiły, że kamienna droga wykrzywiła się okropnie. Kocie łby wystawały nierówno, niektóre potrząsały uszkami i zerkały ciekawsko oczkami o pionowych źrenicach, gdy podążał dalej przed siebie.
- Ja ci nie ufam, wiesz? -zaszeptał do krzewu róży, gdy stawiał kolejne i kolejne kroki. Zapach był coraz bardziej wyczuwalny, ale nie był to krzew, to było coś innego. Mimik? Udawaniec! A jednak szedł i szedł, krok za krokiem, aż alejka się zwężyła na tyle, by ramieniem otarł się o mur z jednej i drugiej strony. Kilka gałęzi z kolcami trzasnęło głośno, łamiąc się i strzelając na wszystkie strony wypchnięte pod wpływem nacisku ścian.- Czym jesteś?... -zapytał, nachylając się nad krzewem, przyglądając się płatkom. Mury zbliżyły się do siebie jeszcze mocniej, kolejne gałązki się poddały, rzucając się na twarz chłopaka, który odruchowo odskoczył w tył, osłaniając twarz rękoma, kuląc się w nagłym przypomnieniu, że nie powinien się zbliżać do krzewu. Czy to jednak on był zagrożeniem, skoro nie pachniał różą? Zapomniał?
Oburzony odwrócił się, by z wyrzutem spojrzeć na krzew, który niepostrzeżenie wyparował, zostawiając jedynie rozległe uszkodzenia w kamiennej ścieżce. Bruzdy i doły, przekrzywione kamienie, miauczące głośno koty, niektóre kładące uszka, inne ziewające, bo zbudzone ze słodkiej drzemki hałasami. Zaskoczony widokiem, cofnął się kilka kroków, a później kilka następnych i jeszcze parę kolejnych. Alejka z każdym krokiem rozszerzała się dając mu więcej swobody i możliwości oddechu. Problemem było tylko to, że jego mieszkanie było przed nim, a nie za nim. Zmarszczył brwi, wsparł się o dłońmi o biodra, nawet nie zauważając, że jego cenny pakunek pyszności na jutro, przepadł bezpowrotnie. Powinien leżeć gdzieś na ziemi, ale nie było po nim najmniejszego śladu.
Krok w przód, jeszcze jeden, następny. Alejka znów zaczęła wydawać się ciasna i nie do przejścia. Krok w tył, po nim kolejne, aby znów skorzystać z odrobiny spokoju. To się nie uda, nawet bokiem nie przejdzie przez ciasne przejście. Zerknął na ściany kamienicy i poczuł, jak wiedza całego wszechświata napływa mu do głowy. Doświadczenie każdego żyjącego człowieka, niezależne czy żyjącego teraz czy milion lat temu, czy ludzie wtedy żyli? To nie było istotne, ważne było tylko to, że klejące się oczęta wyłapały kolejną alejkę z boku, przejście pomiędzy kamienicami, słodka ucieczka.
Ruszył do przodu, niemalże biegiem i gdy uliczka stawała się już zbyt wąska, udało mu się uskoczyć w bok, prosto w poboczną alejkę. Kilka szybkich kroków natychmiast sprawiło, że zrozumiał zasady gry. W przód się zwęża, w tył rozszerza, na boki się nie zmienia. A ukos? Zaśmiał się pod nosem, trochę zbyt głośno niż planował, trochę zbyt śmiało i chaotycznie, nie bardzo w tej chwili był jednak się w stanie kontrolować, te zielarskie zapachy. Wróżbici i ludzie od roślin mają niezłą zabawę. Zaraz, co? Kichnął, machnął ręką, chcąc odgonić otumaniający zapach, jaki ciągle ściągał jego myśli na inne strony, byle tylko nie myślał o rozwiązaniu zagadki.
- Skup się, Nefrer.... -burknął na siebie, uderzając się po policzkach dłońmi, jednocześnie z dwóch stron, dla orzeźwienia, które i tak nie przyszło na dłużej niż dwie sekundy. Kolejne kroki rozległy się w alejce, tył, przód, bok, ukos. A góra? Może w dół powinien iść? Pokręcił głową, odmawiając sobie zejścia do kanałów. Tam zapach zaginie, a to za nim miał podążać? Nie miał od niego uciec? Czy to miało jakikolwiek sens.- Hah, nie! Nie ma sensu! -myśli przeplatały się ze słowami, kiedy kolejny zakręt okazywał się być ślepą uliczką lub co gorsza prowadził do kolejnych kilku zakrętów, które rozgałęziały się dalej, kończyły w niezapowiedziany sposób, zwężały i rozszerzały się. Zniszczony chodnik przypominał mu cały czas o róży, która wychylała się zza zakrętu tu czy tam, popatrywała, obserwowała, pilnowała by owieczka się nie zgubiła zbyt mocno. Różowe płatki przebiegały po kotkach pomiędzy jego nogami próbując go poprowadzić odpowiednią ścieżką, ale ciężko iść, gdy mury ściskające pierś i plecy ledwo pozwalają oddychać. Sapnął, zaparł się rękoma i odepchnął z wielkim wysiłkiem ścianę od siebie, na centymetr, na dwa, na trzy. Coś chrupnęło, zgrzytnęło, czerwień cegły odcisnęła się na dłoni, jaka ją skruszyła sprawiając, że pomarańczowy proszek posypał się na ziemię tylko po to, by wiązane ponad kostkę buty stanęły na nim i rozniosły go przez kilka kolejnych metrów. Uciekał i poszukiwał, stracił w połowie zapachowej zabawy cel i sens, chciał po prostu wyjść z tego labiryntu, jaki nie chciał go wypuścić pomimo walki, próśb i obietnic. Jeszcze jedno szarpnięcie, szybkie wciśnięcie się pomiędzy ściany, kolejne zaparcie się dłońmi, spięcie ciała, westchnięcie i włożenie tyle siły ile miał w ociężały ruch. Pchnięcie i nagły luz, czysta swoboda jakiej nie czuł od kilku godzin. Padł na ziemię, zdziwiony, że nagle mury nie wciskają mu się w twarz, że róża nie zerka już na niego zza zakrętu.
Ciemne niebo nad oczyma, białe chmury z poszewek na poduszki rozwieszonych na sznurkach pomiędzy kamienicami. Głębokie westchnięcie i kujący ból głowy, jakiego się tak łatwo nie pozbędzie herbatą i kąpielą, może nawet sen nie pomoże. Ułożył dłonie na piersi i obserwował niebo, nie umiejąc znaleźć w sobie siły, by po takim szaleńczym biegu i walce wstać i wrócić do domu. Gdzie właściwie teraz był? Na drugim końcu Londynu? Przekręcił się na bok, później na brzuch i z bólem duszy wsparł się na rękach, rozproszonym spojrzeniem usiłując wypatrzeć ulicę, adres, choćby numer kamienicy. Skupienie bolało. Poddał się. Przysunął się jedynie bliżej murku, przyciągnął nogi bliżej piersi, oparł się brodą o kolana i sapnął ciężko. Czy dalej był w tym śnie? Czy to był sen, czy tylko efekt magii, która zbyt łatwo go oszukiwała i przejmowała nad nim władzę. To był jeden z powodów dla których jej nie ufał. Nie, on nie ufał sobie, nie wierzył, że byłby w stanie obronić się przez szaleństwem zaserwowanym mu przez zapach, nawet gdyby rozpoznał go na czas. Może moc lezy w kwestionowaniu sensu i możliwości? Czy to było prawdziwe? Czy było realistyczne? Pozbawienie się wyobraźni i możliwości marzeń sennych nie brzmiało kusząco, ale jest to pewien rodzaj broni jakiej może użyć do walki z czymś z czym nie radzi sobie innymi sposobami.
Niechętnie wsparł się o ścianę i wstał. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę wyjścia z zaułku. Jedna noga, później druga, krok za krokiem, a alejki się nie zwężają, nadal są takie jakie były. Stanął nieufnie na chodniku, spojrzenie w lewo, spojrzenie w prawo. Ulica Pokątna wita.
Koniec sesji