• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 11 12 13 14 15 16 Dalej »
[maj 1957, Hogwart] Niezrozumienie - Lycoris & Ulysses

[maj 1957, Hogwart] Niezrozumienie - Lycoris & Ulysses
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#1
28.02.2023, 00:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2023, 00:54 przez Ulysses Rookwood.)  
Unosząca się ociężale w powietrzu mucha, która od jakiegoś czasu krążyła wokół płonącej świecy, przysiadła na grzbiecie jednej z rozłożonych na drewnianym stole książek. Płomień zamigotał, gdy drzwi do biblioteki otworzyły się i ktoś wszedł do środka. Mucha badała okładkę, powoli zbliżając się do plamy roztopionego wosku, którego krople osiadły na obwolucie.
Bibliotekarka siedziała przy biurku. Pisała kolejne przypomnienie dla tych, którzy jeszcze nie zdali wypożyczonych w ciągu roku szkolnego książek. Dźwięki skrobiącego pióra, zazwyczaj tak ciche, na które nikt normalny nie zwracał uwagi, teraz wydawały się głośne, skrzypiące i jakieś takie ostre. Podobnie było z szelestem przewracanych kartek przez tych, którzy mimo ciepłej pogody zdecydowali się na spędzenie tego popołudnia w przyjemnie chłodnym, ale jednocześnie nieco zatęchłym, przesiąkniętym wonią świec, starości i krążącej w murach hogwardzkiego zamku magii, wnętrzu biblioteki.
To był jeden z tych leniwych, majowych dni, kiedy całkiem spora część uczniów Hogwartu nie za bardzo wiedziała już co powinna ze sobą zrobić. Koniec roku zbliżał się nieubłaganie, większość egzaminów była już dawno za nimi, wylęgli więc na dwór, by spędzić czas na hogwardzkich błoniach i obok jeziora, w którym mieszkała Wielka Kałamarnica.
Na dworze było teraz bardzo ciepło, choć jeszcze odrobinę wietrznie. Świecące jasno słońce przyjemnie ogrzewało twarze, przypominając, że już niedługo przestanie być tak łagodne a temperatury staną się nieznośnie gorące. Dla wszystkich, którzy lubili takie atrakcje, to był dobry moment na dokarmianie chlebem żyjącej w jeziorze Wielkiej Kałamarnicy, na czytanie książek w cieniu rozłożystego drzewa, na ćwiczenie latania na miotle, na piknikowanie na szkolnych błoniach lub wędrówkę do chaty gajowego.
Ale nie wszyscy korzystali z tego wolnego czasu, spędzając go razem z grupą bliższych lub dalszych przyjaciół na świeżym powietrzu. Ulysses Rookwood wszedł do biblioteki. Torbę miał po brzegi wypchaną książkami, które zamierzał najwyraźniej zwrócić. Wyglądał trochę jak nieudany ludzki posąg: poruszał się sztywno, prawie tak, jakby chodzenie sprawiało mu jakiś realny ból a jednak, jakby bardzo się pilnował, by nie przystanąć lub rzucić się do biegu. Twarz miał nieruchomą a usta ściśnięte w jedną linię. Mimo pory roku i tego, że to właściwie były już ostatnie tygodnie przed wakacjami, nie dało się po nim zauważyć szkolnego rozluźnienia. Miał tak samo starannie jak zazwyczaj zawiązany krawat i zapiętą na wszystkie guziki koszulę, nawet szkolna szata pozostawała starannie ułożona.
A jednak, gdy Lycoris na niego spojrzała, dostrzegła że coś było z nim nie do końca tak, jak zazwyczaj, jakby mimo całego opanowania pozostawał wyraźnie wzburzony. Przystanął przy biurku bibliotekarki i powolnymi, mechanicznymi ruchami wyciągnął z torby dobre dziewięć książek i wręczył je patrzącej na niego krzywo kobiecie.
- Przecież nie ty je wszystkie wypożyczyłeś – zauważyła przyciszonym głosem.
- Ale ja je zdaje.
- Ale… - zaczęła znowu i urwała. Podniosła jedną z nich, by ją sprawdzić i wpisać z powrotem do rejestru.
Ulysses stał nieruchomo.
- No już. Skoro nie są twoje, moje pretensje też nie będą do ciebie. Chociaż wydaje się, że wszystko z nimi w porządku – zamarudziła, już tylko gestem odsyłając go od siebie precz.
Rookwood odwrócił się od niej, ale zamiast skierować się bezpośrednio do wyjścia z biblioteki, rozejrzał się po wnętrzu, może szukając miejsca, gdzie mógł usiąść albo szukając w środku jakiejś znajomej twarzy. Wreszcie dojrzał Lycoris, ruszył powoli w jej stronę.
- Wolne? - zapytał, spoglądając na miejsce obok niej.
Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#2
28.02.2023, 11:51  ✶  

Prawdopodobnie coś tchnęło w nią życie tego dnia; możliwe, że były to języki słońca obmywające polany pod zamczyskiem, które sprawiały, iż mogła na połach biblioteki rozłożyć się wygodnie, bez zbędnych szeptów obmywających eter z ust uczniów. Bo już w wieku szesnastu lat obrzydło jej przebywanie wśród żywych, a obraźliwie stoicka postawa bywała źródłem niezawoalowanych plotek, które prędzej czy później docierały do jej uszu gromkim szumem. Przesiąkła pewnością o własnej nieomylności wyborów, a młodość wycinała przed nią gładką przesiekę, pas startowy. Butna i arogancka, bynajmniej nie zaskarbiała sobie sympatii tłumów.

Wosk kapał ze świecy nieubłaganie, w miękkiej bieli znacząc stół, przy którym zajmowała miejsce. Płomień igrał niewinnie z barwami bibliotecznymi, posyłając w przestrzeń co jakiś czas niewielki słup dymu; biblioteka była opustoszała, kręciło się w niej raptem kilkoro uczniów – reszta, kierując się zdrowym rozsądkiem, korzystała ze słonecznej, majowej pogody. Ta miała odpłynąć z wdziękiem wianków świętojańskich z kolejnymi dniami, które prognozowały rychłe opady deszczu. W końcu czy ktoś jeszcze pamiętał o rysowaniu swojej drogi wśród rzęsistych kropel majowych?

Siedziała z nogami podwiniętymi pod brodę, wertując stronice opasłej księgi, której wiekowość była niebagatelnie oczywista, przejawiając się w pożółkłych kartkach, lekko rozmytych literach, prawdopodobnie nadgryzionych jeszcze w druku. Obwoluta z kolei, skórzana i ciężka, mówiła jasno o treści: Wróżbiarstwo zaawansowane.

Zmrużyła nieznacznie oczy, widząc języki słońca przebijające się przez kryształowe okna. Wtem jednak, usłyszała znajomy głos.

– Wolne – odparła, nie zdejmując wzroku z treści księgi.

Jeszcze przez chwilę wpatrywała się w litery, usiłując ułożyć z nich zwięzły ciąg, tęczówki jednak zamarły gdzieś pomiędzy słowami. Rozproszona, spojrzała na Ulyssesa, z głośnym hukiem zamykając książkę.

– Powiedz mi, Rookwood – zaczęła, opierając podbródek na splecionych dłoniach. – Brzydzisz się życiem, że w taką pogodę postanowiłeś przyjść tutaj? – spytała nietypowo miękko, głosem niemelodyjnie, delikatnie ochrypniętym.

Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#3
01.03.2023, 03:12  ✶  
Ulysses usiadł obok zaczytanej Lycoris. Zmarszczył czoło, wpatrując się to w migoczącą świeczkę to w kręcącą się po książce muchę. Zastanawiał się, ile jeszcze czasu minie aż trafi w nią kropla spadającego wosku. To nie była mądra myśl, a jednak nie potrafił odciągnąć swojej uwagi od błądzącego owada. Nie umiał też uderzyć ręką w stół lub dmuchnąć by go spłoszyć. To znaczy umiał, ale wolał myśleć nad muchą, niż nad tym, co zdarzyło się całkiem niedawno.
Owad zerwał się do ucieczki, gdy Lycoris z trzaskiem zamknęła czytaną przez siebie książkę. Ulysses drgnął, wyrwany ze swoich bezsensownych rozważań. Odwrócił ku niej głowę. Popatrzył przeciągle z osobliwym niezrozumieniem wypisanym na twarzy. Miał niebieskie tęczówki, w których teraz jeszcze odbijała się cała masa emocji, ale które z czasem miały stać się matowe i obojętne.
- A ty? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
Odruchowo zwrócił uwagę na książkę, którą wcześniej czytała, na wypisany na obwolucie tytuł: Wróżbiarstwo zaawansowane. Niby nazwa nie brzmiała groźnie a jednak czuł bliżej nieokreślony niepokój gdzieś w środku. Nie lubił wróżb. Nie lubił tego, że chociaż nieczytelne, w jakiś sposób dookreślały los, który miał spotkać tego, kogo dotyczyły. Chyba również brakowało mu wyobraźni, by je w pełni zrozumieć. Albo bał się przyszłości. Bał się tym pierwotnym lękiem kogoś, kto dobrze wiedział co go czekało, kto przygotowywał się na to od lat i gdzieś w trakcie pojął, że jednak chciałby czegoś zupełnie innego. W jego przypadku każda przepowiednia okazałaby się ciosem. Ciosem w marzenia lub ciosem w uznawany przez niego i jego rodzinę porządek rzeczy.
- Po prostu nie mam po co iść na dwór – dodał ciszej, zerkając w stronę przeglądającej książki bibliotekarki. Nie chciał jej zrazić do siebie, w tym ostatnim tygodniu nauki a potem znosić jej irytację później, dużo później, gdy miał wrócić do biblioteki w kolejnym roku. – Wielka Kałamarnica już jest dostatecznie przekarmiona chlebem. Na miotle nie latam. A reszta… - wzruszył ramionami.
Resztę lepiej by było zrobić w czyimś towarzystwie, nawet jeśli nie do końca potrafił się odnaleźć w większej grupie.
- Nie boisz się? Że mogłabyś dostrzec coś, co czeka ciebie? - zapytał.
Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#4
01.03.2023, 13:20  ✶  

Wosk spokojnie spływał ze strzelistej sylwety świecy, oblepiając kandelabr miękką, przejrzystą bielą. Płomień drgał niepewnie, wzburzając szarawą mgłę, prędko rozpraszającą się w eterze; migotliwa osobliwość ściągała wzrok równie mocno, co obecność muchy, lawirującej między ramionami świecznika – nie trwało to jednak nazbyt długo, gdyż gwałtowne zamknięcie ciężkiej księgi spłoszyło owada. Teraz żaden nie przysłuchiwał się bacznie ich rozmowie; konwersacji odartej z intymności przez byle muchę.

Dopiero po chwili uniosła wzrok, lokując go w osobie Rookwooda. Przejrzysta, piwna toń pozostawała mętna w swym okazie; nie wykazywała się iskrami zainteresowania tudzież zbytniego przejęcia rozmową – nie było to jednak niczym osobliwym w jej butnej, aroganckiej osobowości. Już od jakiegoś czasu krążyły po murach hogwardzkich plotki, jakoby jej głębokie wejrzenie miało zamieniać w kamień; na wzór tej przeklętej, mitologicznej Meduzy. Sama nie dementowała pogłosek, pozwalając im żyć swobodnie we własnym bycie.

– Ja? Myślę, że to oczywiste, że się nim brzydzę – odparowała, spojrzenie ponownie lokując w obwolucie księgi.

Po spopielonych sekundach jednak, zatrzymała wzrok na obliczu Ulyssesa; zupełnie, jakby nie wiedziała, co zrobić z rozbieganym spojrzeniem. Choroba Milforda była nie tyle błogosławieństwem, co przekleństwem. Przebodźcowany umysł skłaniał się coraz częściej do zamierania w chwili przyswajania zbyt dużej dozy informacji. Prędko jednak otrząsnęła się z niewiadomego marazmu, wsłuchując w kolejne słowa, opuszczające jego wargi.

– Dlatego przyszedłeś tutaj. Do zakurzonej biblioteki, o której w porach majowych są tylko zupełne odludki. Prawdopodobnie właśnie obrażam samą siebie, jednak… – zamilkła na moment – …nie nawykłam do kłamstw – dodała po chwili, właśnie tę deklarację odziewając w barwne kłamstwo.

Bo przecież zawsze dążyła po trupach do celu; nie brzydziła się ani kłamstwem, ani oszustwem, uznając swój cel za wartość nadrzędną i najwyższą. Jeśli ktokolwiek stanąłby na jej drodze – byłaby gotowa bez zawahania go uśmiercić. I chociaż w wieku szesnastoletnim ambicja nie grała tak ogromnej roli, jak w życiu dorosłym, lubiła rywalizację i zakłady, co miało się w pewnym momencie przerodzić w żyłkę do hazardu.

– Nie boję się chyba niczego. Mam wrażenie, że nic mnie już nie zaskoczy – odparła na pytanie. Istotnie, chociaż rozczytywanie gwiazd było wyjątkowo frapujące, nie wierzyła, iż cokolwiek na niebie czy ziemi zdoła ją zaskoczyć.

Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#5
02.03.2023, 03:26  ✶  
Na gładkim czole pojawił się pionowy mars. Pewnie chodziło o to, że nie zrozumiał. Nie do końca to, co powiedziała. Albo też zrozumiał, ale odwrotność słów Lycoris (albo to, że powiedziała to tak śmiało) wprawiła Ulyssesa w konsternację. Naprawdę brzydziła się życia? To było naiwne pytanie, ale przez chwilę właśnie je chciał zadać. Jemu nie wydawało się obrzydzające. Było ciekawe, fascynujące, to tylko on… tylko on nie do końca potrafił się odnaleźć w większym tłumie ludzi. Chciał, próbował, ale nie potrafił. Wcześniej zrzucał tę swoją niezaradność towarzyską na karb choroby Milforda, na napływ zbyt wielu bodźców, które uderzały w jego umysł i sprawiały, że zamierał, próbując sobie wszystko uporządkować (a czasem dlatego, że ze wszystkich głosów chciał wyłowić tylko ten jeden, który mówił coś interesującego). Coraz częściej docierało do niego jednak, że to nie choroba była problemem, ale ten tkwił gdzieś głębiej w nim samym.
- Przyszedłem tutaj, żeby zdać książki – sprostował bezmyślnie.
To był rzeczywiście najpierwszy z powodów, dla których tu przyszedł. Drugi, nieco istotniejszy zawierał się w tym, że w tych dniach rzeczywiście tylko największe odludki znajdowały się w bibliotece i chociaż nie chciał być odludkiem, to siedząc w niej, nie był w Pokoju Wspólnym. Mógł więc udawać, że miał z kim spędzić ten czas, który tu spędził samotnie – choć przynajmniej w towarzystwie dobrej lektury (a na razie również w towarzystwie Lycoris). Trzeci, najgłupszy, że wcale nie chciał tu być, że miał tu przyjść tylko na chwilę, zwrócić te przeklęte cudze książki a potem przyłączyć się do tych, którzy je wypożyczyli. To w trakcie drogi tu, Irytek uświadomił go, że nie dostał żadnego zaproszenia.
Pewnie chodziło o to, że nie potrafił w metafory, że chociaż miał doskonałą pamięć matematyczną, brakowało mu wyobraźni. Nie umiał wyczytać znajdującego się między wypowiadanymi słowami ukrytego sensu. A gdyby mu przyszło czytać poezję, pewnie w przeważającej części, uznałby ją za zlepek czegoś pozbawionego sensu i logiki.
A jednak, gdyby miał coś jeszcze dodać do swoich słów, niechybnie dodałby, że on sam nie nawykł do prawdy, że mimo wszystkich danych, które posiadał, prawda umykała mu jak coś ulotnego i niedościgłego, że poznawał ją zazwyczaj po czasie. I, że często zadowoliłby się kłamstwem, gdyby tylko mógł w nim trwać.
- Nie wiem, czy bardziej powinienem ci po tych słowach zazdrościć czy współczuć – zauważył cicho, znowu zerkając w kierunku bibliotekarki. – Zazdrościć braku strachu i współczuć braku zaskoczeń – dopowiedział na wszelki wypadek Ulysses. Nie chciał zabrzmieć nieprzyjemnie a przeszło mu przez myśl, że właśnie nieprzyjemnie zabrzmiała jego wcześniejsza uwaga. – Umiałabyś przepowiedzieć przyszłość samej sobie? – zapytał, zastanawiając się jednocześnie, czy jeśli potrafiła to zrobić, to czy również zrobiła to.
Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#6
03.03.2023, 14:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.03.2023, 14:05 przez Lycoris Black.)  

Istotnie, jej wybrakowanie w sferach towarzyskich, opryskliwość i dalece posunięta arogancja żywo czerpały z choroby Milfroda, która zaklinała ją w przebodźcowany umysł; ten, który uwydatniał zbytnie przesycenie natłokiem informacji – coś jednak było w jej osobowości, co ubierało charakter w barwne szaty żałobne, zupełnie jakby w wieku tych szesnastu lat obchodziła pogrzeb własnej żywotności i jakiejkolwiek chęci do bytowania. Nie uśmiechała się, taksowała chłodnym spojrzeniem piwnych tęczówek, obraźliwie wręcz zachowywała się, ujmując zbytkowi energicznej gestykulacji, która nie leżała w jej uwerturze. Może gdyby była odrobinę bardziej żywotna, aniżeli trupy, którymi miała się w przyszłości zajmować, stwierdzając zgony lege artis, ściągałaby ku sobie przyjaciół, jak i adoratorów.

Tymczasem uchodziła za niedostępną fortecę, niemożliwą nieomal do obalenia.

– Pasjonujące – odparła tonem martwym, jak jej przebrzydła dusza.

Miałki pył unosił się ponad księgami, tańcząc z ogniem świecy, której białawy wosk spływał na kandelabr. Duchota i kryształowe okna, z których widok wychodził na polanę, ujmowały całość biblioteki w nietypowy sobie nastrój. Większość uczniów istotnie zaznawało majowych przyjemności – chociażby spędzania dnia w językach ciepłego, wiosennego słońca. Lato zbliżało się wielkimi krokami, a Lycoris lata bynajmniej nie lubiła.

Umysł logiczny także nie czynił w niej fanatyczki poezji; nie odbierała barwnych metafor ulatujących na skrzydłach wyimaginowanego motyla z ekscytacją zakrawającą o fanatyzm. W gruncie rzeczy, wiele zjawisk było dla niej zero-jedynkowych, a wysokie słowa nie leżały w jej zgorzkniałej naturze.

– Nie patrz na mnie z politowaniem – odparła surowo. – Po co miałabym to robić? Żeby życie już dostatecznie mnie nie zaskakiwało? – zapytała głosem tak martwym, jakby istotnie mógł wstąpić na stół koronerski.

Uniosła wzrok, ponownie lokując go w osobie Ulyssesa; przez moment badając jego fizjonomię, zatrzymując się na obliczu i niewinnym spojrzeniu umykającym z błękitu tęczówek. Przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć – prędko jednak porzuciła tę myśl, powracając do igrającego z powietrzem, niewielkiego słupa ognia, uchodzącego z topniejącej świecy.

Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#7
05.03.2023, 03:11  ✶  
- Wcale – sprostował machinalnie. Och, dotarło do niego, że panna Black próbowała mu dopiec, że naprawdę niewielu ludzi mogłoby uznać wycieczkę do biblioteki (i to jeszcze w majowe, przyjemne przedpołudnie) za pasjonującą. Nawet on nie wyobrażał sobie tego za specjalnie interesujące i nawet jemu udawało się wyłapać takie szczegóły.
Ale to nie miało większego znaczenia. To znaczy miało, gdyby ktoś dał Ulyssesowi alternatywę. Gdyby mógł stanąć przed wyborem, czy spędzić ten czas z opryskliwą, ale całkiem interesującą Lycoris, czy też kimś innym, może nie tak interesującym, ale przyjaznym. Tylko, że nie miał takiej alternatywy, więc jego decyzja, by wciąż siedzieć obok niej, zamiast – po prostu wstać i odejść – mogła wyglądać na żałosną, ale jemu wydawała się całkowicie racjonalna.
A on podejmował w swoim życiu tylko dwa rodzaje decyzji: racjonalne i te, które zadowolą jego ojca. Te pierwsze raczej intuicyjnie, kierując się tym jak skonstruowany pozostawał jego umysł. Te drugie, bez zastanowienia, z pierwotnej potrzeby by spełnić pokładane w nim wymagania.
- To nie politowanie. To zdziwienie – sprostował. Albo zaskoczenie, ale oba słowa były zbyt podobne do siebie, by miał je wypowiadać jednocześnie. W ogóle to był taki moment, w którym Ulysses – gdyby tylko był innym nastolatkiem, mniej zamkniętym w sobie, niezręcznym towarzysko i pozbawionym choroby Milforda, zapytałby Lycoris o to, co sprawiło, że nienawidziła życia i jak bardzo dosłowna była to nienawiść. Nie znał jej nietypowej (choć właściwie typowej, ale rzadko spotykanej wśród czarodziei) zdolności do wywoływania umarłych. – Żeby wiedzieć.
W pamięci stanęła mu przypowiastka przeczytana w jednej z książek o dalekim wschodzie. O tym jak pewien mężczyzna spotkał przyglądającą mu się Śmierć w zajeździe w Taszkiencie. Tak bardzo przeraził się, że przyszła po niego, że postanowił przed nią uciec. Wskoczył na najbardziej rączego wierzchowca, jakiego tylko mógł znaleźć i przed wieczorem bezpiecznie dotarł do Samarkandy. Tam wszedł do kolejnej gospody by wynająć pokój na nocleg. Zamówił również kolację i usiadł z nią przy jednym ze stołów. A gdy podniósł wzrok znowu zobaczył, że przy jego stole siedzi Śmierć. „Przecież zbiegłem przed tobą w Taszkiencie!” – zawołał. „Ja również bardzo się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam cię w Taszkiencie” – odpowiedziała. – „Od początku mieliśmy umówione spotkanie w Samarkandzie.” Gdyby to Lycoris miała być tym mężczyzną, korzystając ze swojego talentu, mogłaby nigdy nie wynająć konia by następnego wieczora pojawić się w Samarkandzie.
- Wiedzieć czego unikać. Wiedzieć na co wyczekiwać – dopowiedział.
Splótł ręce w koszyczek. Znowu przeszło mu przez myśl, że powinien jednak dać jej spokój, podnieść się z miejsca i zniknąć między półkami. Tam poszukać czegoś, czego jeszcze nie przeczytał o astronomii. Spędzić kolejne kilka godzin zaszyty w jednym w zaułków i pochłonięty lekturą, którą rozumiał.
Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#8
05.04.2023, 20:53  ✶  

Zamknęła go w malignie spojrzenia na moment, marszcząc brwi uważnie. Zatrzaśnięta obwoluta księgi wzburzyła w przestrzeni migotliwy kurz, widoczny poprzez promienie słońca sączące się niepewnie do wnętrza biblioteki. Wosk skapywał z kandelabrów, kroplami rozbijając się o stół, który powoli pokrywał się białawą, gęstą cieczą.

– Tak, wcale – przytaknęła, wzrok przenosząc na masywne okiennice, z których widok wybiegał na polany wyściełane uczniami. Nie należała do ostoi towarzyskości, można było ją uznać wręcz za psiego samotnika, krążącego wiecznie wytyczonymi przez siebie ścieżkami, niebaczącego na przeciwności losu czy oceniające spojrzenia ciżby.

Nie stanowiła także najmilszej kompanii, opryskliwa i naturalnie, bezpardonowo niemiła, nie stanowiła pierwszej osoby, z którą zechciałoby się spędzić oblane promieniami słońca popołudnie. Chadzały o niej nieprzyjemne plotki, jednak żadne z tych słów nie było w stanie jej dotknąć – zwykle puentowały prawdę. Powierzchowną, ale jednak prawdę.

– Zatem czy dziwi cię fakt, że ktokolwiek nie chciałby znać swojej przyszłości? Ja bym nie chciała z dwóch względów. Przede wszystkim, życie straciłoby smak do reszty; z drugiej strony, rychło odliczałabym dni do swojej śmierci. Czy to brzmi jak definicja dobrej zabawy? – zabrzmiała retoryką. – Może ciężko w to uwierzyć, ale szukam dobrej zabawy.

– Z wiedzą nie zawsze płynie błogosławieństwo – dodała po chwili, opierając łokieć na stole, aby ułożyć podbródek na dłoni.

Trwała tak przez parę za długich momentów, spopielonych sekund, przekształcających się w umierające minuty. Bystre spojrzenie zionące z jadeitu tęczówek oblewało go całokształtem swojej uwagi – nietypowej jak na nią samą, nie była wszak biegła w meandrach ludzkich, a jednak Ulysses zaskarbił sobie częściową atencję tej postrzeganej za niezawoalowane zło Blackówny. Nie miała zbyt wielu przyjaciół – przebywała zwykle w towarzystwie Theona i Logana, jednak odetchnięcie świeżą bryzą samotności działało kojąco.

Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#9
08.04.2023, 00:48  ✶  
Ulysses zmarszczył brwi. Może przez chorobę Milforda, która zmuszała go do rejestrowania wszystkiego, a może z uwagi na to, że słuchał Lycoris całkiem uważnie, zaczął się zastanawiać nad jej pytaniem. Rozsiadł się nieco wygodniej na krześle, nadal spięty, ale nie aż tak jak w momencie, w którym wchodził do biblioteki. Czy naprawdę dziwił go fakt, że ktokolwiek nie chciałby poznać swojej przyszłości? Odpowiedź na to pytanie wcale nie była prosta. I w głównej mierze zależała od tego o jaką przyszłość chodziło i kto miałby pytać.
- Sam nie chciałbym wiedzieć, jak potoczy się całe moje życie – odpowiedział powoli. Ale całe życie było czymś ogromnym, czego nawet jego zbyt pojętny umysł nie był w stanie objąć. – Tak samo jak nie chciałbym wiedzieć o tym, kiedy umrę i na co – dodał po chwili. – Ale są takie rzeczy, może drobnostki, których świadomość sporo by ułatwiła. – Ale może do tego Ulysses wcale nie potrzebowałby daru jasnowidzenia a jedynie większego zrozumienia dla ludzi, tego jak reagowali i jakie motywy stały za ich działaniami.
Rozprostował splecione w koszyczek palce. Zapatrzył się na migotliwy płomień świecy, szukając w głowie takich słów, które doprecyzowałyby to, o czym właściwie myślał. Ale ich nie znalazł a to uzmysłowiło mu jedno:
- Wygrałaś – rzucił nieco lżejszym tonem. Tak naprawdę ich rozmowa nie była wyścigiem, a on sam nie zamierzał tego nawet tak traktować, ale uznał jej punkt widzenia i przyznał mu rację. Może rzeczywiście jej dar był raczej przekleństwem niż błogosławieństwem? – Co jest dla ciebie definicją dobrej zabawy? – zapytał.
Że nie wiedza o wszystkim już wiedział. Ale teraz patrząc na nią, zaczął się zastanawiać co jeszcze miała na myśli. Nie patrzył na nią przez pryzmat tego, z jakiej rodziny pochodziła lub jakie plotki krążyły na jej temat. Patrzył na nią wzrokiem niechcianego psa, który właśnie zdobył nieco uwagi, więc próbował tę uwagę maksymalnie przeciągnąć.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lycoris Black (1239), Ulysses Rookwood (2081)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa