Nuda była stanem dość niebezpiecznym u nastoletniej Brenny Longbottom – oznaczała bowiem zwykle, że dziewczyna zaraz wpadnie na jakiś Pomysł, jak tę nudę przerwać i przystąpi do jego szybkiej realizacji. A – choć do pełnoletności w świecie czarodziejów osiąganej w dniu siedemnastych urodzin w teorii brakowało jej zaledwie kilku miesięcy – nie była jeszcze ani na tyle dorosła, ani na tyle świadoma, ile w świecie czystokrwistych znaczą dobre maniery, aby miała wiele zahamowani.
Letnie przyjęcie u Prewettów było wielką fetą – na tyle wielką, że zaproszenie otrzymała większość czystokrwistych rodzin. Także tych, z którymi stosunki były może nie wrogie, ale niekoniecznie bardzo przyjazne: jak podejrzewała Brenna głównie po to, aby nestor rodu mógł się przed nimi pochwalić, a potem w gazetach napisano, że pojawiali się wszyscy przedstawiciele nienaruszalnej dwudziestki ósemki. Tyle że to, co robiło wrażenie na dorosłych, niekoniecznie robiło wrażenie na Brennie. Niezbyt obchodziły ją te wspaniałe ozdoby, wspaniałe meble, wspaniałe jedzenie, wspaniałe sztućce i w ogóle wszystko, co wspaniałe. Co gorsza na przyjęciu gościło zaledwie kilkoro nastolatków, i w większości byli to albo Prewettowie albo ich krewni Bulstrodowie, albo tych przyjaciele – a tak się przypadkiem składało, że z nich Brenna lepiej znała wyłącznie Vincenta. Ścieżki jej, Pandory i Laurenta los miał skrzyżować dopiero za jakiś czas (prawdopodobnie właśnie traciła zresztą szansę na ich poznanie wcześniej, ale pozostawała tego nieświadoma). Niestety, żadna z kuzynek Brenny nie pojawiła się: Bonesowie nie otrzymali zaproszenia w ogóle, a wuj Derwin nie przyprowadziłby córek do miejsca, w którym nie byłby pewny, jak zostaną potraktowane. Erik zaś chwilowo nie pojawiał się na takich fetach: po tym, jak kilka lat temu pogryzł go wilkołak matka jeszcze dość ostrożnie podchodziła do zmuszania go do udzielania się w towarzystwie.
Elise Potter chciała powoli zacząć wprowadzać córkę na salony, ale chyba odrobinę się z tym pośpieszyła.
Brenna wytrzymała równo godzinę.
Matka była sama sobie winna – zostawiła w końcu córkę bez nadzoru. Prawdopodobnie wprawdzie po to, by porozmawiać z jakąś inną matką i zaproponować, by „przedstawić sobie dzieci, niech porozmawiają razem”, ale ta krótka chwila wystarczyła, aby Brenna wymknęła się z głównej sali na korytarz i sprawdziła, czy da się otworzyć okno. W końcu co złego się stanie, jeśli trochę pozwiedza sobie ogród? To na pewno będzie lepsze niż siedzenie jak kołek na stali i umieranie z nudów, gdy matka rozmawiała tuż obok z ciotką Evą. A może uda się jej znaleźć punkt Fiuu i stąd zwiać.
Potem nadejdą Konsekwencje, ale to będzie potem. Brenna nie miała zamiaru przejmować się tym na zapas.
Podciągnęła się na parapet, błogosławiąc w duchu to, że uparła się przy pantoflach na płaskich obcasach i że sukienka, którą tego dnia założyła, sięgała tuż za kolana, a nie do ziemi (na całe szczęście mama nie uważała tych do kostek za najlepszy wybór dla młodej dziewczyny). Wprawdzie to był parter, ale parter dość wysoki. Rozejrzała się jeszcze, czy Elise, wiedziona jakimś niesamowitym, matczynym, szóstym zmysłem, nie pojawi się akurat w tym momencie – ale nie, w korytarzu Brenna dostrzegła tylko jakiegoś chłopaka… och, to był Vincent!
Uśmiechnęła się do niego łobuzersko, pomachała mu – ani trochę nieprzejęta tym, że właśnie przyłapał ją na ucieczce – a potem skoczyła.