31.05.2025, 21:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.05.2025, 21:02 przez Millie Moody.)
8.09
przed północą
przed północą
Ogień.
Pożoga.
Płonienie.
Czerwień.
Wszystko było czerwone.
Ledwie miesiąc temu wyciągnęła z kieszeni tego złamasa kobietę w czerwieni.
Czerwień.
Jej oczy były przesłonięte, ręce związane a osiem otaczających ją mieczy jak zjebane zamaskowane postaci w czarnych wdziankach kroczyły jej drogą.
Skazana. Wzgardzona. Szlama. Brudnokrwista kurwa.
Odesłała mu ją z iksami zamiast oczu. Czuła obrzydliwą satysfakcję podczas tej wymiany korespondencji, nawet jeśli odesłał jej jakieś gówno. A może ona wysłała mu tę kartę, w ramach odpowiedzi? Fakty mieszały się Moody, która zawsze balansowała na krawędzi a w nienawiści była zażarta jak...
Trzeba było się skupić i gasić, nie miała pojęcia do końca jak miałaby to zrobić swoimi dość mizernymi umiejętnościami, bo najlepiej znała się na jebaniu przedmiotami z prawa na lewo. Zawalić kamienicę, nim ogień się rozprzestrzeni? To brzmiało jak fantastyczny pomysł. Tam, na pewno nie ma nikogo.
Otrząsnęła się, gdy walące serce przypomniało jej, że budynki ratować nie niszczyć. Czy jej różdżka miała jakieś pierdolone włókno ze smoczego serca w środku, że jej się tak chciało palić? Szczerze nie pamiętała co tam w środku tego patyka zostało wsadzone. Najważniejsze że działała. Że zwykle jej nie zawodziła. To umysł ją zdradzał.
Zobaczyła go, otaczała go trójka mugolaków. Złośliwość losu. Krzyczeli, że to jego wina, a ona stała wobec pokusy krzyczenia razem z nimi.
Pierdolony Pustelnik, któremu ktoś wytrącił jego rasistowską, mizoginistyczną lampę z dłoni. Doskonale, idealny lincz na typie, który powinien dzisiaj spłonąć. Nawet nie zauważyła, kiedy jej twarz wygięła się w uśmiechu. Morpheus chciał im jakiś czas temu zakładać obroże jakby byli na równych prawach, jakby jego trzecie oko wyciągnięte prosto z annusa Przeznaczenia było więcej warte, niż jej lata siedzenia w kartach i próby nadrobienia zaległości. Brudna krew. Nieudolna krew. Pamiętała każde jedno słowo sączone jadem wtedy w skrzydle szpitalnym. Pamiętała każde cięcie zadane jej poczuciu własnej wartości wymierzone w nią tamtej nocy trwającej wieczność.
Chciała żeby skamlał. Żeby atakujący go ludzie wyciągnęli zza jego pazuchy maskę i rozorali mu nią twarz, na której wciąż znajdował się ten kpiarski uśmieszek.
– Ależ panowie błagam, to że moja rodzina jest... – piszczał cieńko, melodia dla uszu. Na moment, na krótki moment się zapomniała. Na moment chciała przewiązać sobie oczy, jak kobieta brodząca we krwi płonącego miasta ósemki mieczy. Na moment chciała zasłonić parę złocistych oczu. Udawać że nie wiedzi.
– EJ ZOSTAWCIE GO KURWA I ZAJMIJCIE SIĘ CZYMŚ POŻYTECZNYM PIERDOLONE KUTAFONY! GASIĆ MI SKLEP KURWA! – wrzasnęło jej gardło, gdy jeden uniósł wiadro by walnąć nim przez łeb Aleksandra Mulcibera klęczącego na chodniku.
Uniosła różdżkę i chciała z mocą wyrwać mu to wiadro z ręki, cisnąć nim w płonącą witrynę, przypomnieć im gdzie ich miejsce, gdzie miejsce każdego tej nocy. Gasić, gasić, gasić, ratować co się da. Pokazać fakolca Voldemortowi.
Nie poddawać się
Translokacja IV na zastraszające ciśnięcie wiadrem i przegonienie typów znęcających się nad mężczyzną, który znalazł się w złym miejscu, w złym czasie
Rzut PO 1d100 - 62
Sukces!
Sukces!