08.05.2026, 14:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2026, 14:49 przez Bard Beedle.)
24.09.1972 godziny poranne - Zakład Pogrzebowy Necronomicon, Londyn
Największym grzechem Nokturnu było to, że nigdy się nie zmieniał.
Dzielnica biedoty i odrzutu społecznego cuchnęła stęchlizną równie mocno dziś, co lata wcześniej, gdy jako młody chłystek nie stronił od załatwiania tu interesów. Zgnilizna rozlewała się tu na mury kamienic, które swoich dobrych czasów nawet nie pamiętały; na stłuczoną kostkę brukową; na ludzi skulonych po kątach.
Doprawdy. Śmierciożercy zrobiliby całemu magicznemu światu przysługę, gdyby puścili z dymem to parszywe miejsce, a Ministerstwo Magii zalało je betonem raz a dobrze. Szkoda. Zmarnowana okazja do wprowadzenia zmian.
Nie teleportował się na próg zakładu pogrzebowego. Byłoby to co najmniej w złym tonie. Zamiast tego posłużył się jak zwykle przy podróżach do Londynu, prywatnym latającym powozem, zabezpieczonym zaklęciem kameleona. Odprowadził milczącym spojrzeniem małżonkę, gdy ta odeszła w stronę Alei Horyzontalnej. Oświadczyła, że chce zajrzeć do butiku. Nie widział przeszkód.
Nie zabrał ze sobą żadnej ochrony.
Żaden Malfoy nie potrzebował ochrony na Nokturnie. Wystarczyła biel włosów, połyskujący pierścień rodowy na palcu, by rzezimieszkowie zaczynali szukać innych okazji do łatwego zarobku. Niepewność widać było w sposobie, w jaki uliczni handlarze milkli nagle pośród swoich niemal jarmarcznych pokrzykiwań. Jak prostytutki odsuwały się od krawędzi ulicy, szukając pośpiesznie czegoś czym mogłyby się nakryć. Jak żebracy targani narkotycznym głodem spuszczali wzrok, choć przecież nie mogli wiedzieć, kim dokładnie jest ten kulawy starzec w ciemnym płaszczu.
Necronomicon wyrósł przed nim niby gnijąca katedra.
Marcus zatrzymał się przed wejściem na dłużej, niż powinien. Wsparty o swoją laskę, zaciskał palce na metalowej rączce, wystukując nimi sobie tylko znany rytm. Witryna chyba została niedawno wymieniona, sądząc po resztkach sadzy na względnie doszorowanej ścianie. Przyjrzał się obojętnie wystawce urn, kwiatów i jednej dębowej trumnie. Jedyną interesującą rzeczą wydawał się portret trumienny jakiejś młodej blondynki. Znał artystę. Tylko jego syn malował tak jakby swoich modeli miał ochotę oskórować podczas procesu twórczego.
Szyld oświadczył, że w dni nabożeństw w miejscowym kowenie zakład pogrzebowy jest zamknięty. Jedno proste zaklęcie i drzwi ustąpiły. Spojrzał w dół na próg. Obniżył się wpuszczając go jak do siebie. Nie schował już różdżki z powrotem do jej ukrytego futerału w lasce. Proteza wystarczyła, żeby móc pokonać proste dystanse.
Dzwoneczek nad drzwiami zaanonsował gościa.
Nigdzie jednak nie widział pani tego przybytku. Miał przeczucie, że prędzej czy później sama się odnajdzie, nieważne czy teraz czy gdy wróci z Whitecroft. Córka Armanda zawsze wracała na Nokturn.
Nie przyglądał się specjalnie wyposażeniu wnętrza. Zakład pogrzebowy jak zakład pogrzebowy, ten tylko witał gości wypchaną synogarlicą. Marnotrawstwo inwentarza pocztowego. Chłonął ciszę i zapach kadzideł, gdy mijał przejście do kaplicy, by zająć miejsce w sali, w której najwyraźniej panna Malfoy przyjmowała rodziny. Magomedycy zawsze starali się go pokrzepić na duchu twierdząc, że przed nim jeszcze wiele lat życia, o ile tylko będzie dbał o przyjmowanie lekarstw i pozwalał się dźgać igłami co tydzień. Wspaniała wizja.
Usiadł w fotelu. Rozpalił leniwym ruchem nadgarstka kominek. W budynku było zimno jak w psiarni. Nie musiał czekać długo, ale miał go wystarczająco, by rozsiąść się wygodnie i wyprostować protezę. Kolano skrzypnęło w niemal starczym buncie. Nie fatygował się, żeby zdjąć płaszcz. Jeśli wszystko dobrze pójdzie rozmowa będzie krótka i konkretna.
A jednak, po chwili usłyszał kroki na korytarzu. Na schodach prowadzących pewnie do prywatnych kwater tutejszych pracowników. Albo i właścicieli. Choć zdawało mu się to jednym i tym samym. Skrzypnęły pod ciężarem kogoś schodzącego. Nie kogoś - a panny Malfoy we własnej osobie.
Zauważył ją pierwszy.
- Usiądź dziecko.- Wydał krótkie polecenie.
Nie dał jej czasu na odpowiedź. Nie dał nawet na moment zawahania. Wycelowana w stronę Lorraine różdżka błysnęła jasnym światłem. Nie bolało. Oczywiście, że nie bolało, gdy wpadła w niemal czułe objęcia Imperiusa. To było najbardziej przerażające. Klątwa przynosiła ulgę. Świat w jednej chwili stawał się prosty i cichy. Problemy dręczące umysł po prostu znikały, podobnie jak cały ciężar zwykłej, podłej codzienności. Strach, potrzeba decyzji, istota samostanowienia o sobie - wszystko to stawało się nieistotne. Pozostawało tylko błogie posłuszeństwo.
Obserwował jak pokonuje ostatnie stopnie bez pośpiechu; jak powoli obchodzi kontuar; jak podchodzi bliżej.
Zdjął z niej zaklęcie dopiero gdy usiadła w fotelu naprzeciw. Wyprostowana, z dłońmi ułożonymi na kolanach jak przystało na grzeczną dziewczynkę, którą nawiedzają w gościnie starsi krewni.
Przez moment obserwował jak wraca do siebie. Zazwyczaj nie trwało to dłużej niż pięć, sześć sekund. Podczas nich dochodziło do napięcia mięśni, gdy ciało przypominało sobie o kontroli; źrenice zwykle zwężały się. Czasem, szczególnie, gdy stało się ofiarą kompletnego partactwa, w mózgu pozostawał ślad. Cudza obecność, cienie pojawiające się w kącikach spojrzenia. Cóż, miała szczęście, że jego uroki były na tyle staranne, by nie było potrzeby martwić się o niepożądane efekty uboczne.
Taksował bratanicę uważnym spojrzeniem, sunąc wzrokiem od jej jasnej twarzy, wzdłuż szczupłej szyi aż do wysokiego kołnierzyka. Ciężko powiedzieć czy bardziej ją oceniał czy wyceniał. Ale Marcus Malfoy zawsze patrzył w ten sposób.
- A teraz - zaczął miękko, niemal uprzejmie. Przecież nie chciał dziewczęcia przestraszyć. - powiedz, gdzie jest mój syn.
Obracał różdżkę w palcach powoli, przyzwyczajony do tego, że ręce ma zawsze czymś zajęte.
Bard w rękach Lorien Mulciber
Wstyd