09.03.2026, 12:51 ✶
Dynia trafiła do Departamentu Tajemnic po Mabon.
Charlotte nie znała szczegółów. Nie interesowały jej dynie – przynajmniej póki nie okazywały się absolutnie morderczymi dyniami, niosącym śmierć każdemu, kto się do nich zbliży. Wtedy pewnie chciałaby je zbadać, a być może także wykorzystać w jakiś kreatywny sposób. Nie wnikała więc w to, co takiego stało się gdzieś na pewnym czarodziejskim dyniowym polu, puściła pomimo ucha opowieści o dziwnym zaginięciu całej rodziny podczas Mabon (i na miejscu znaleziono tylko te dynie!), nie zwróciła uwagi na tajemnicze zniknięcie pracownika, który miał badać tę dynię właśnie (w końcu w Departamencie Tajemnic takie rzeczy się zdarzały), i absolutnie nie była zainteresowana całą sprawą.
Dopóki akurat podczas bardzo delikatnych prac badawczych w pobliżu pewnej bardzo niebezpiecznej (i w pewnych okolicznościach bardzo przydatnej) kotary, akurat gdy Charlotte rozstawiała przed nią krąg świec, do pomieszczenia nie wbiegł jeden z pracowników Departamentu Tajemnic, z dynią w rękach.
- No doprawdy, Billy, co to za zwyczaje? – oburzyła się Charlotte, prostując się i spoglądając na mężczyznę spod zmarszczonych brwi. Cóż za pogwałcenie zasad BHP, gdy pracowałeś nad delikatnymi kwestiami życia i śmierci! – Jesteś świadom, że mogłeś…
- Dynie! – zawołał tylko Billy.
A potem zamienił się w dynię.
Dwie dynie, jedna taka trochę powykręcana, a druga porośnięta na górze siwymi włosami, zupełnie takimi jak te Billy’ego, spoczywały na podłodze.
Charlotte zastukała palcami w blat stolika, przypatrując się dyniom. Nie dotknęła ich. Nie była ani tak głupia, ani tak nieostrożna. Zdawała się także absolutnie nieprzejęta tym, że jeden z pracowników Departamentu na jej oczach zmienił się w dynię. Może pochłonięta swoimi zadaniami zignorowałaby to całkiem, ale przecież jeśli będą tak leżały na progu, to będą przeszkadzać. Poza tym co jeśli Billy – dynia dalej wszystko widział i słyszał? Co jeżeli zamienił się w dynię, żeby niecnie szpiegować wyniki jej prac?
Charlotte westchnęła więc, podwinęła szatę, ostrożnie przestąpiła nad dyniami, by żadnej z nich nie dotknąć. Niskie obcasy jej pantofelków (absolutnie przepięknych, i nowiutkich, bo ogromna część jej wspaniałej garderoby przepadła, więc jakoś teraz bardziej doceniała każdą sztukę, zwłaszcza że nie mogła kupić ich tyle, ile by sobie życzyła) zastukały, gdy wychodziła na korytarz.
– Morphy! – zawołała pogodnie, gdy dostrzegła parę metrów dalej Morpheusa. – Zauważyłeś dzisiaj jakichś ludzi zamieniających się w dynie? – zapytała, takim tonem, jakby rozmawiali o pogodzie.
Charlotte nie znała szczegółów. Nie interesowały jej dynie – przynajmniej póki nie okazywały się absolutnie morderczymi dyniami, niosącym śmierć każdemu, kto się do nich zbliży. Wtedy pewnie chciałaby je zbadać, a być może także wykorzystać w jakiś kreatywny sposób. Nie wnikała więc w to, co takiego stało się gdzieś na pewnym czarodziejskim dyniowym polu, puściła pomimo ucha opowieści o dziwnym zaginięciu całej rodziny podczas Mabon (i na miejscu znaleziono tylko te dynie!), nie zwróciła uwagi na tajemnicze zniknięcie pracownika, który miał badać tę dynię właśnie (w końcu w Departamencie Tajemnic takie rzeczy się zdarzały), i absolutnie nie była zainteresowana całą sprawą.
Dopóki akurat podczas bardzo delikatnych prac badawczych w pobliżu pewnej bardzo niebezpiecznej (i w pewnych okolicznościach bardzo przydatnej) kotary, akurat gdy Charlotte rozstawiała przed nią krąg świec, do pomieszczenia nie wbiegł jeden z pracowników Departamentu Tajemnic, z dynią w rękach.
- No doprawdy, Billy, co to za zwyczaje? – oburzyła się Charlotte, prostując się i spoglądając na mężczyznę spod zmarszczonych brwi. Cóż za pogwałcenie zasad BHP, gdy pracowałeś nad delikatnymi kwestiami życia i śmierci! – Jesteś świadom, że mogłeś…
- Dynie! – zawołał tylko Billy.
A potem zamienił się w dynię.
Dwie dynie, jedna taka trochę powykręcana, a druga porośnięta na górze siwymi włosami, zupełnie takimi jak te Billy’ego, spoczywały na podłodze.
Charlotte zastukała palcami w blat stolika, przypatrując się dyniom. Nie dotknęła ich. Nie była ani tak głupia, ani tak nieostrożna. Zdawała się także absolutnie nieprzejęta tym, że jeden z pracowników Departamentu na jej oczach zmienił się w dynię. Może pochłonięta swoimi zadaniami zignorowałaby to całkiem, ale przecież jeśli będą tak leżały na progu, to będą przeszkadzać. Poza tym co jeśli Billy – dynia dalej wszystko widział i słyszał? Co jeżeli zamienił się w dynię, żeby niecnie szpiegować wyniki jej prac?
Charlotte westchnęła więc, podwinęła szatę, ostrożnie przestąpiła nad dyniami, by żadnej z nich nie dotknąć. Niskie obcasy jej pantofelków (absolutnie przepięknych, i nowiutkich, bo ogromna część jej wspaniałej garderoby przepadła, więc jakoś teraz bardziej doceniała każdą sztukę, zwłaszcza że nie mogła kupić ich tyle, ile by sobie życzyła) zastukały, gdy wychodziła na korytarz.
– Morphy! – zawołała pogodnie, gdy dostrzegła parę metrów dalej Morpheusa. – Zauważyłeś dzisiaj jakichś ludzi zamieniających się w dynie? – zapytała, takim tonem, jakby rozmawiali o pogodzie.