• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
08.09.72 — Jeszcze nie opadł dym, sumienie śpi

08.09.72 — Jeszcze nie opadł dym, sumienie śpi
Architekt Ścieżek
my life would be so much easier if i wasn’t a piece of shit
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#1
02.07.2026, 11:18  ✶  
Spalona Noc, Zenon & Flynn

Dla Flynna to była jedna z tych nocy, podczas których czas wlókł się niemiłosiernie. Jutro londyńczycy będą płakać nad tym, że to wszystko minęło zanim zdążyli mrugnąć – cały ich dobytek i poczucie bezpieczeństwa szlag trafił w ciągu wieczora trwającego w ich wspomnieniach ledwie kilka sekund. On zaś, czy tego chciał czy nie, będzie odsypiał godziny spędzone na nieustannym, męczącym pozostawaniu w pełnej gotowości.

Nie potrafił się zatrzymać.

Cyrk musiał znajdować się już daleko, hen za granicami miasta. Laurent – był tam gdzie chciał być, chociaż Flynn nie do końca rozumiał dlaczego musieli rozstać się naprzeciwko budynku, którego nie mógł dostrzec i do którego nie będzie mógł wrócić. Nora – miała przy sobie tak wielu przyjaciół, że nawet nie śmiał wchodzić do środka kawiarni i jedynie zajrzał przez okno, tak dla spokoju swojego ducha. Ostatnim przystankiem na jego trasie upewnienia się w tym, że mimo panującego wokół chaosu osoby, o które chciał dbać są bezpieczne, był Rejwach. Ku swojemu zaskoczeniu zastał bar stojący tam tak pewnie i dumnie, jak gdyby był odporny na wszystko co dotknęło dzisiaj stolicy. Alejka obok była co prawda zawalona gruzem, ale to nie było nic, z czym czarodziej by sobie nie poradził. Z bardzo pozytywnym nastawieniem odnośnie tego, co zastanie w środku, uniósł w górę ręce w celu zaprezentowania ewentualnym obrońcom pozorów bezbronności, a następnie wszedł pospiesznie przez otwierające się drzwi, gdzie zorientował się, że podobnie jak Nora, Tarp również uczynił swój lokal przystanią dla poszkodowanych.

Odetchnął z ulgą widząc wewnątrz Lewisa. Były też dzieciaki, o które Tarp tak dbał. I różni ludzie znani mu z Nokturnu, prawie nikogo ze Ścieżek. Mimowolnie zgiął się, kiedy ból w klatce piersiowej przypomniał mu o Fontaine. Obiecał sobie, że powie jej o sytuacji z Thoranem Yaxleyem, a teraz… Przenieśli wejście na Ścieżki i… Czy ona była tam w ogóle bezpieczna? I pewnie pochyliłby się nad tą myślą na dłużej, potencjalnie zmienił nawet zdanie odnośnie tego, gdzie i z kim spędzi resztę nocy, ale kiedy tak chodził po tym budynku jak pies i sprawdzał wszystkie pokoje, w żadnym z nich nie zastał Zenka. Obszedłby je pewnie drugi raz (bo przecież Zenek był obiektem ruchomym i miał prawo się przemieścić), gdyby nie zwerbalizowana obawa dotycząca jego nieobecności, którą Flynn usłyszał przypadkiem i momentalnie zerwał się do biegu, żeby przepytać o to każdego, kto się w tym miejscu do niego odzywał. No i jasne, że Zenek miał w swoim życiu ludzi wartych zaopiekowania się nimi, ale dlaczego niby miałby stąd odejść bez pożegnania? Dlaczego miałby robić cokolwiek sam? Flynn aż się zapowietrzył.

Wyciągając z kieszeni kurtki deskorolkę, ruszył w kierunku wskazanym jako ostatnie miejsce, gdzie widziano jego przyjaciela. Tam zaś, oprócz zawalonego budynku i wypalonego biurku ze śladami krwi nie znalazł nic, ale nie zamierzał na tym poprzestać – jechał wzdłuż alejki, rozglądając się za czymkolwiek mogącym nadać jego poszukiwaniom jakiś kierunek. Skoro Zenek nie leżał pod gruzami przy wejściu bocznym do Rejwachu, mógł być gdziekolwiek, tak?

Musiał gdzieś tam być.

Po prostu musiał.

Bo czarna magia, smród spalenizny, gęsty dym spowijający ulice jego ukochanego miasta, popiół spadający z nieba żeby kaleczyć mu płuca nawet bardziej niż uzależnienia od używek – Flynn miał to gdzieś – nic nie dusiło go tak bardzo jak świadomość tego, że Zenek mógł już nie żyć. To nie było sprawiedliwe. Rok za rokiem, dzień za dniem, tracił ludzi, dla których chciało mu się jeszcze podnosić z łóżka. Okropne, obrzydliwe wspomnienie martwego ciała spoczywającego w trumnie podpisanej nazwiskiem kogoś z kim chciał spędzić resztę życia omal nie zaprowadziło go do tego, żeby ostatecznie ze sobą skończyć, a teraz to miałoby się powtórzyć? Nie wierzył w żadnych bogów, ale być może istniało faktycznie jakieś fatum sprawiające, że każdy do kogo wracał w nadziei na odbudowanie ruin i spalonych mostów, wkrótce umierał.

Jechał więc i szukał, bez większych sukcesów próbując ignorować narastające w nim napięcie. Londyn był spowitą dymem ruiną, gorąco bijące od niektórych budynków stawało się coraz bardziej nieznośne. Mokra szmata przewieszona przez twarz nie radziła już sobie z tym jak wyglądały coraz mocniej zniszczone okolice. Powinien pewnie martwić się o samego siebie, ale nie potrafił. Natrafiwszy na wyrwane rury blokujące dalszy przejazd, chciał wpierw fuknąć z frustracji, ale wydał z siebie jedynie zduszony jęk na widok męskiej dłoni wystającej spomiędzy kupy śmieci i szkła. Jego głowa od razu podpowiedziała mu najgorszy scenariusz, ale po kilku sekundach ogarnął się – to nie były te same, smukłe palce, w które wpatrywał się tak natrętnie jeszcze wczoraj. Jeszcze raz spróbował odetchnąć głęboko, ale to przecież przynosiło jedynie duchotę. Napiął się więc, uderzył butem w deskorolkę żeby postawić ją do pionu i podniósł ją, żeby schować do kieszeni i zrobić coś, co właściwie każdy poza nim uznałby za cholerną głupotę i brak rozwagi – dotknął ręką fasady budynku żeby ocenić jego temperaturę i wspiął się na górę. Nie powinien oceniać tego swoimi zepsutymi oczyma, ale był niemalże pewien tego, że ciężko będzie dostrzec go w tych warunkach, on zaś mógł z tej pozycji rozejrzeć się lepiej w poszukiwaniu czyjejkolwiek obecności. Bez problemu przeskoczył na dach kolejnej z kamienic i kolejnej i tak też, chociaż nie do końca chciał to do siebie dopuścić, powoli akceptował fakt, że odnalezienie jednej, konkretnej osoby nie było łatwe. Z góry odrzucił to, aby w pierwszej kolejności przeszukiwać te wszystkie cholerne gruzowiska. Nie mógł też sprawdzić, czy Zenek nie ukrywał się w którymś z zabarykadowanych lokali, bo nie dało się przewidzieć które z drzwi wpuszczą legendę ze Ścieżek do środka, a zza których poczęstują go smugą zielonego światła. Tym, co mógł zrobić, było rozeznanie się w tym jak wyglądała okolica i przewidzenie dróg, jakimi Zenek mógł uciekać. Biegł więc dalej, skakał kiedy musiał, przechodził inaczej kiedy miał taką możliwość. Aż wreszcie, w nieco nieoczekiwanym miejscu natrafił na dwójkę postaci w czarnych płaszczach i maskach rozglądających się za kimś przy jednoczesnym stwarzaniu na ulicy ogromnego zamieszania.

Postanowił ich śledzić, zza cienia i dymu przysłuchując się rozmowie, od której robiło mu się niedobrze.

– Pierdolony Śmierciożerca zostawił nad z tym gównem, a sam poszedł gdzie? Typ ukrywa się jak szczur od kilku kurwa godzin, pewnie od dawna jest na Ścieżkach, więc przestańmy robić z siebie idiotów.

– Ooooh nie, nie pozwolę na to, żeby tak po prostu sobie uciekł. Za to co odpierdolił obedrę go żywcem ze skóry i powyrywam pazn… – urwał, słysząc coś za swoimi plecami, a Flynn kucnął szybko, dla pewności, że jest dobrze ukryty za ceglanym kominem. A potem coś w jego głowie zaświtało. Jeśli śledzili oboje tego samego człowieka, to w pewnym sensie odjebali już za niego część roboty. Musiał ich teraz wyprzedzić, zanim minie czas. Chwycił więc jedną z poluzowanych dachówek i nie do końca ostrożnie, ale w swojej głowie panując nad sytuacją, zakurwił nią z mocnym impetem w jedną z bocznych alejek jakie minął. Zgodnie z jego przewidywaniem, oboje poszli to sprawdzić, on natomiast przesunął się za tym kominem tak, aby pozostać niezauważonym, a następnie rzucił się pędem przed siebie, mając resztki nadziei na to, że ta dramatyczna rozmowa została napisana pod jego szczęśliwą gwiazdą.

Jak się okazało – była.

To, co zastał na krańcu jednej z alejek sprawiło jednak, że zawahał się, czy nie powinien jednak cofnąć się i poderżnąć im ich niewdzięcznych gardeł. Na dole, pomiędzy kubłami na śmieci i zabitą deskami witryną jakiegoś dziwnego sklepu, na osyfionym i paskudnym bruku, siedział mężczyzna wystukujący palcami rytm na obdartych kolanach. Flynn zadrżał. Czy chciał w ogóle wiedzieć jak długo Kozioł ukrywał się tutaj i liczył sekundy oddzielające go od śmierci?

Zacisnął pięć i zazgrzytał zębami, ale wiedział też, że nie może pozwolić sobie na takie emocje w chwili, kiedy ociąganie się mogło doprowadzić do musu podjęcia się bitki z dwójką typów, o których nie wiedział absolutnie nic. Upewniwszy się o dobrym zabezpieczeniu łańcucha przy swoich spodniach, tak żeby nic nie zabrzęczało przy zsuwaniu się po rynnie, spuścił się w dół i uniósł ręce w geście kapitulacji.

– Z? To ja, Crow. Nie mów nic głośno – wyszeptał. Najlepiej to nie mów nic.

A jeśli Zenek zechciał krzyknąć, wierzgać się lub zaatakować, zatkał mu usta lub unieruchomił dłoń w mocnym uścisku.

Czy to na jego twarzy to była krew?

@Zenon Kozioł


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
grajek z Nokturnu
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy szczupłą i pociągłą, ale bez zbyt wydatnych kości policzkowych. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skórę ma w ciepłym odcieniu, a jego dłonie są ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#2
03.07.2026, 06:31  ✶  
Nokturn to były wysokie, szare budynki z kamienia. Wtedy jeszcze Zenek nie widział nawet ich czubka. To były też totalne rudery. Zapuszczone zaułki, miejsca, których nikt nie odwiedzał. Na ulicach kostka bywała rozkopana. Nikt nie naprawiał. Jak przejeżdżała dorożka, to z kąta nie wyskakiwał uprzejmy pracownik gospodarczy ze szpachelką do końskiego gnoju. Gnój po prostu leżał. Śmierdział. Obłaziły go bzyczące muchy. A jak ta dorożka w ogóle zawitała na Nokturn, jechała znacznie szybciej, niż po Pokątnej. Kółka podskakiwały na wyboistych kamieniach. Pan w siodełku na przedzie musiał bić konie dwa razy mocniej.

Gdy przejeżdżała dorożka, albo szalony autobus, albo czarodzieje urządzali sobie wyścigi na miotle, to wtedy Zenek uskakiwał. Na Nokturnie było wiele uliczek pobocznych, w których się chował. Za dnia były dla niego doskonale widoczne. Wąskie przejścia między budynkami, w które czmychały szczury, jak się akurat pijak o jakiegoś potknął i pogroził mu butem. A potem splunął na kostkę brukową, chociaż sam nie był wcale czystszy od szczura. Niektóre z uliczek były tak wąskie, że zmieścić się mogły tylko takie dzieci, jak Zenek. Inne były dobre i dla dorosłego. Prowadziły do bocznych wejść do sklepów, kamienic. Na tyłach stały głębokie kosze wysokości człowieka.

Były też takie uliczki, w które jak się człowiek zaplątał, to one prowadziły dalej. Na wewnętrzne podwórka, z widokiem na okna mieszkańców Nokturnu. Z okien często wyglądały przezorne babcie. Takie groźne, bez zębów, czasem nawet bez włosów. One też spluwały. Po dachach kamienic chodziły koty. No i śmieci. W każdej kondygnacji Nokturnu walały się butelki. Poziom ulic czasem się podnosił, czasem opadał. Zenek kompletnie nie rozumiał takiego stanu rzeczy. Przecież to była jedna ulica, a jakby zawierała w sobie tysiące żyć. W uliczkach czaiły się okoliczne dzieciaki. Spędzały czas z dala od Hogwartu, z dala od ludzkiej szkoły. Faceci siadali na kostce brukowej. Pod zakładami, pod zadaszeniem. Czasem z butelką, czasem z pustą puszką. Czasem z gitarą.

Wszystko to spowijało się w zapachu, który mieszał wszystko. Smród niemytych ludzkich ciał, niezbieranych śmieci, eliksirów, trucizn, alkoholu, papierosów, nieznanych dymów. Kotów, szczurów, zwierząt, które chowały się w uliczkach. Kratek wentylacyjnych i okrągłych włazów, których nie otwierał i w które nie zaglądał. Ten zapach tak się wgryzał Zenkowi w mózg, że miał wrażenie, że powietrze od niego nabiera innej barwy. A gdy rzucał proszkiem w przestrzeń i przenosił się na własną ulicę, ten zapach na nim zostawał. Osiadał i był nie do zmycia. Mama nie pytała.

Kiedy Zenek miał już dość zwiedzania albo czegoś się przestraszył, przysiadał w uliczce, którą już znał. Znały go tam szczury i okoliczni pijacy. Kiwali głową na chłopca w znaleźnej pelerynie, której bury materiał stapiał go z resztą ulicy. Zenek przysiadał na bruku i wyciągał z kieszeni papier śniadaniowy. Po kanapce, którą mama spakowała mu do szkoły. Rozkładał zmięty papier. Opierał o chodnik, ścianę, metalową skrzynkę, jakąkolwiek dostępną powierzchnię płaską. Wyciągał z kieszeni czarny flamaster. No i kreślił to, co udało mu się zapamiętać w trakcie wyprawy. Kreślił układ ulic. Zapamiętane nazwy szyldów sklepowych. Zasłyszane imiona. W domu wszystko przenosił na większą kartkę, ale i tak więcej miał w głowie. Następnego dnia pojawiał się na Nokturnie znowu.

Z wyższej perspektywy Nokturn wydawał się o wiele mniejszy. Zenek jednak wcale nie czuł się wyższy. Kluczył między uliczkami. Jak było trzeba, to skręcał. Nagle i ostro. Ci kolesie nawet nie ogarniali, gdzie znikał. Rzucali zaklęcia. Potem go doganiali. Wtedy wbiegał po schodach, na jakieś podwórko, i znowu na dół. I pod górę. I z powrotem na główną ulicę. Oddychał przez usta, które wypełniały się metalem. Metal ściekał mu po brodzie. Jak akurat władował się gdzieś na odpoczynek, to on ten metal wypluwał. Nos był zdatny tylko do niuchania metalu, ale paradoksalnie ten ciągły ostry ból pomagał mu nie odpłynąć. Inaczej może by usiadł gdzieś, bo nogi by mu odmówiły posłuszeństwa, a kolesie by dokończyli sprawę innym metalem.

A potem budynki zaczęły błyskać ogniem. Ogień powoli odcinał mu kolejne uliczki. Nie dość, że pył zaklejał mu oczy. Dym wpadał do ust. Kolesiom chyba też było trudniej, ale skąd miał to wiedzieć. Gonili go równo.

Oczy Zenka przyzwyczajały się do postępującej ciemności. Padał deszcz. Z nieba lały się kropelki wody, które oblewały płachtę Zenka. Czuł mokrą pelerynę oblepiającą jego skórę. Okropne. Przed twarzą wzleciały mu gołębie. Jak Zenek podskoczył. Wybiegł przed siebie. Biegł pustymi, mokrymi uliczkami, aż nie wpadł do takiej zadaszonej. Przy worach ze śmieciami, ale to nic. Aż dziw, że te worki były z plastiku. Jak pociągał nosem, to suche śmieci pachniały lepiej niż mokry bruk. Wszedł pod daszek i podreptał pod ścianę. To było z tyłu jakiegoś sklepu.
Coś oddychało koło niego, więc podskoczył znowu. Ale to był tylko mężczyzna. Pachniał jak te śmieci, no bo siedział obok nich. Patrzał na Zenka, i Zenek na niego patrzał, ale nic się nie działo. Tak tylko sobie patrzyli. No to Zenek siedział. Uśmiechnął się nawet do niego ten facet. Wcale niestary. I skinął głową. Kolana miał podwinięte, a drżącymi rękami obleczonymi w rękawice wybijał rytm. To Zenkowi wsiąkło w głowę bardzo głęboko. Jak mu ten rytm uspokajał bicie serca, i w głowie nie dudniło już od deszczu. Paznokciem o chodnik wybijał ten rytm razem z nim, obok tego faceta.
Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy. Trzy, dwa. Pięć, cztery, trzy. Zenek zmarszczył brwi. Rytm się łamał. Nabierał ludzkiego głosu. Powietrze było ciemne i ledwo dostrzegał własny palec. Coś mu poleciało z tyłu gardła, ale bardzo lekko, bo ileż można krwawić. Zdławił kaszlnięcie, a strużkę metalu otarł ręką i o spodnie.

Znaleźli go. Uniósł powoli głowę. Nie, to tylko ten ciemny pan, co stał i się patrzył. Może to on mu teraz ten rytm poprawi. Zmrużył oczy. Ale nie, ten ciemny pan miał pelerynę, nie spodnie. Crow miał spodnie. Te jego były skórzane. Rety. Dobrze, że nie było bólu. Widać pstryknął dobrym pstryczkiem w głowie. Został tylko ten moment, jak już można wstać i iść. I nawet widział przyjaciela.
Zenek potrafił siedzieć cicho. Oddychał przez usta, bo przez nos nie mógł. Dym oblepiał mu skórę. Kolana miał podsunięte niemal pod nos. I jak Crow do niego szeptał, to było mu lepiej. Ale chciał coś jeszcze zrobić. Zanim pójdą. Bo tak właściwie, to nie wiedział, co się dzieje. Więc wyciągnął rękę i w ciemności złapał go za nogawkę. Bardzo nisko, niemal przy kostkach. Skóra poczuła się konkretnie pod opuszkami palców.

// Percepcja: ◉◉◉◉○, Aktywność fizyczna: ◉◉○○○, Wiedza o świecie: ◉◉◉○○, Niewidzialność 0, Znajomość Półświatka I, Łapacz Marzeń I, Muzyka I, Podejrzany I, Poza Schematem I, Derealizacja I, Szlama III, Brak Dokumentów II


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
Architekt Ścieżek
my life would be so much easier if i wasn’t a piece of shit
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#3
12.07.2026, 12:08  ✶  
To była krew.

To była krew.

Emocje nigdy nie były jego przyjaciółkami – były okrutnymi i bezwględnymi paniami jego jestestwa, pociągającymi za sznurki w najgorszych do tego momentach. Właśnie teraz, kiedy powinny kierować nim troska i pewność siebie, tym co poczuł okazał się zalewający gardło i duszący gniew. W Londynie już i tak nie dało się oddychać. Wcale nie potrzebował takiej pomocy od swojego ciała chcącego wydać ich dwójkę, poprzez doprowadzenie durnego, starego Crowa do zachłyśnięcia się powietrzem. Głośno przełknął ślinę, przesuwając spojrzeniem po tym, jak Zenek teraz wyglądał, a… wyglądał niedobrze. I niby palce miał całe i ręce, uszy chyba też, a to było dla niego najważniejsze, ale… Jak miałby po wczorajszym wieczorze pomyśleć cokolwiek innego niż to, że dwójka czarodziejów idąca teraz w ich kierunku zasługiwała na to, żeby ktoś wreszcie przejechał ich parszywymi mordami po bruku i zdarł im je do krwi? Chciał być dobrym człowiekiem, a przynajmniej dobrego człowieka udawać, ale czasami to stawało się silniejsze – i przed kolejnym krokiem ku upadkowi ratowało go chyba tylko wspomnienie Fontaine śmierdzącej od popiołu, będącej wrakiem, skorupą z duszą rozdartą na strzępy i martwymi oczyma wpatrującymi się w jakiś nieistniejący punkt daleko za twarzą Crowa, którego niegdyś kochała.

Ale… Oni na to zasługiwali. Wiedział to aż za dobrze! Nigdy nie nauczą się być kimkolwiek innym niż potworami czyniącymi innym to, co widział teraz przed sobą. Co im niby kurwa przeszkadzało w kolesiu grającym na klawiszach w jakiejś spelunie? Nie mieli serca, nie mieli godności, nie mieli nic, co mogłoby sprawić, żeby Crow pomyślał o nich cokolwiek rozgrzeszającego. Nienawiść jaką żywiono do niego latami była mieczem obosiecznym – on również nienawidził ich i przez tych kilka sekund ciszy, jakie spędził na próbie opanowania wzbierającego się w nim gniewu zdążył wyobrazić sobie rzeczy stawiające go we wcale nie lepszej od Fontaine pozycji. Śmierć zadana nożem była przecież bardzo szybka. Do perfekcji opanował przynoszenie innym końca tak, żeby nie musieli czuć zbyt dużego bólu ani strachu, ale nie każdy zasługiwał na tę litość – Crow zaś wiedział jak uczynić ten proces tak potwornym, aby nie byli w stanie myśleć o niczym innym niż głęboki żal nad wyborem, jakim było zagonienie Kozła w tę alejkę. I może w jakimś sensie tego potrzebował? Uczucia ulgi płynącego z chwili, kiedy gasło życie w oczach kogoś, kogo należało wyrwać z tego miasta razem z korzeniami – tak wiele oddałby za to, żeby zobaczyć jak zdycha Dante, może powinien oddać jeszcze więcej za to, aby i wszyscy Śmierciożercy gryźli piach? Uciekał od tego przez trzy lata, chował się w cyrku i odwracał spojrzenie widząc coraz smutniejsze nagłówki gazet, ale dziś nie mógł tak po prostu zamknąć oczu. Bierność wobec ich działań stanowiła przecież formę pomocy.

To była krew. Ale była też ta sama ciepła ręka, która oplatała go wczorajszej nocy. Tym razem smukłe palce zaciskały się na nogawce jego spodni, a jemu coraz bardziej chciało się śmiać. Ten świat był tak pojebanie smutnym miejscem, każdy okruch dobra jaki go spotykał kończył się coraz mocniejszą katastrofą. Kwestią czasu pozostawało to, żeby New Forest przestało być jego domem, a Rejwach runął jak domek z kart – bo przecież nic, absolutnie nic, nie potrafiło utrzymać się przy nim na dłużej, jeśli śmiało przez sekundę przynieść mu odrobinę komfortu.

Crow kucnął przy Zenku, ujął jego twarz w spocone dłonie, doglądając z bliska obrażenia, jakich dokonano na pociągłej twarzy. Obiektywnie nie było aż tak źle, żeby się przy nim rozpadać na kawałki i doszukiwać krwawej zemsty. Każdy normalny by teraz uciekał. Dzieciaki w Hogwarcie prawdopodobnie kończyły z czymś takim w skrzydle szpitalnym po każdym meczu w cholernego Quidditcha, a jednak gniew jaki się w nim wezbrał wcale nie zamierzał zelżeć. Bo to przecież była właśnie ta linia, która oddzielała go od wszystkich tych dobrych ludzi dobywających różdżki z głębokim zawahaniem – nie wariował na myśl o śmierci skurwysynów niegodnych oddychania tym samym powietrzem. Nigdy nie był normalny. Właściwie, to widział swoją rolę w tym, żeby tacy ludzie jak Zenek mogli wreszcie przestać się przejmować. Poderżnięcie komuś gardła kończyło temat raz na zawsze, zamiast bawienia się w procesy kierowane przez przekupionych sędziów i umieszczanie w placówkach budowanych przez system, który nie działał i nie potrafił nikogo ochronić. Ważnym było, żeby ulica też potrafiła rozwiązywać swoje sprawy i polegać na intuicji tych trzymających głowę nisko przy ziemi, a najlepiej pod nią.

Chwycił go za rękę, żeby przestał trzymać go za spodnie, a zaczął za bark. Bo chciał pomóc mu wstać i zaciągnąć go głębiej w ślepy zaułek w którym się znajdowali. No bo przecież kiedy odrzucił w procesie myślowym chaotycznie spontaniczną próbę zrobienia z idących tutaj naśladowców krwawej miazgi, zaczął tworzyć w nim plan ucieczki, a uciekać potrafił też jak nikt inny – może nawet, gdyby znalazł w sobie teraz odrobinę kąśliwości to powiedziałby sobie, że uciekanie i unikanie innych opanował na poziomie wyższym niż to, z czego zasłynął w plotkach niosących się po tych okolicach. Tam głębiej był lokal z oknami po drugiej stronie budynku. Mogli poczekać i przeskoczyć na drugą stronę w odpowiednim momencie, jeśli tylko uda mu się otworzyć zamek wytrychem. O ile ten zamek w ogóle był zamknięty.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Nie chciałam wybiegać za bardzo do przodu, żeby nie odbierać ci szansy na reakcję – generalnie planowałam przenieść ich do lokalu, w którym nikogo nie ma albo jest ktoś niegroźny, tak żeby przeczekać chwilę. Mogę to dopisać w następnym poście i ich stąd wyprowadzić w kierunku Rejwachu (przez dym z karty piętra) jeśli tak wolisz. Ew. ty możesz to opisać. @Zenon Kozioł


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
grajek z Nokturnu
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy szczupłą i pociągłą, ale bez zbyt wydatnych kości policzkowych. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skórę ma w ciepłym odcieniu, a jego dłonie są ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#4
17.07.2026, 15:57  ✶  
Hej piękna, bolało jak spadłaś z nieba? Bo Zenka bolało. Jak go ugodzili jakąś kulką.

No, śnieżka to to nie była. Kula popiołu trafiła go w twarz i rozmyła wzrok. Chrupnęło mu w nosie. Oczekiwał na śmierć, ale nie nadeszła. Koleś w ciemnej pelerynie dał mu drugą szansę. Potem go gonili. Ciskali zaklęciami, co dla Zenka cios poniżej pasa. On takich nie umie. By im co najwyżej mógł ten badyl w oko wsadzić. Gonili go godzinami. Wreszcie znalazł miejsce za śmietnikiem, wiedziony przeczuciem i znajomością mapy. Nawet jakieś zwidy już widział. By tam posiedział jeszcze dłużej, to by się ten bezdomny faktycznie zmaterializował i go przeprowadził na drugą stronę tęczy.

Ale nie było bezdomnego. To już była ułuda z przeszłości. Pojawił się za to Crow.

Czarny jak noc i tamten koleś. Pachnący nocą. Tak to sobie Zenek wyobrażał. Bo jak tylko pociągnął nosem, to syknął z bólu. Cicho. Tak jak to robią szczury, gdy przemykają ulicą. 

I by mu to Zenek wszystko opowiedział, gdyby nie ukrywali się nadal, skuleni za tamtym śmietnikiem. Tylko że… no, tylko że Zenek też nie do końca wiedział, czy Crow tam był.


Crow był ciepły. Ciepło promieniowało z każdego żywego człowieka. Z Crowa też. Jakby ludzie wydzielali ciepło. A przecież niebo wrzało. Nie potrzebowali więcej.

Crow przykucnął przy nim. Dłonie miał wilgotne. Dotykiem odpowiadał na dotyk. A dotyk po twarzy przynosił wspomnienia. Wspomnienia zaledwie z poprzedniego wieczoru, no ale nadal. Skórzana nogawka wysunęła się spomiędzy palców Zenka.

Obrzęknięta twarz i zaschnięta od paru godzin krew sugerowały stan o wiele dramatyczniejszy, niż faktycznie prezentowały obrażenia Zenka. Zresztą sam na ileś minut zmienił się w króla dramatu. I jak tak patrzył w ciemne oczy, których w ciemności wcale nie widział, to chciało mu się śmiać. No chciało! Wyszczerzył kły jak małpa. Po czym znowu wrócił do oddychania przez usta.


Rękę przeniósł na bark Crowa, to znaczy Crow mu przeniósł. W porządku. Nogi Zenka działały, nawet jeśli z głową było gorzej. Na ramionach Crow też miał skórę. Skórzana kurtka opinała torso. Wczoraj leżała na jego podłodze. A że nogi działały, chwycił kurtkę na barku. Drugą ręką chwycił go pod żebrem. I się podniósł.

Wcale nie musiał się podpierać. Chciał go dotknąć.


Przesunęli się głębiej, w głąb zaułka. Robili się coraz ciemniejsi. Tak to było przy tych śmieciach. Nawet śmierciożercy nie patrzyli na śmieci. Czyli bezpieczni. Na jakieś kilka minut. Uratowani brakiem jednego r.

Wokół skórzanej kurtki dalej ciepło. Po czole spłynęła mu kropla potu. Chyba się paliło. Tak na serio. Trzeszczenie w uszach mu szalało, jakby ktoś odpalił brudną płytę. A ona leciała i leciała, na mega głośności. Na cały Londyn. Magiczny ogień… kiedyś już takim oddychał. Musieli opuścić kryjówkę, nie było wyjścia.


Nos puchnął, Londyn płonął, a oni biegali. Czarodziejami z Nokturnu rządził jakiś popęd śmierci. Ale odkąd go zobaczył… po tym całym fiasco z kaktusem. Nie umierać.

W budynku było ciemno.

//Aktywność fizyczna: ◉◉○○○, Znajomość Półświatka I, Muzyka I, Derealizacja I


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
Architekt Ścieżek
my life would be so much easier if i wasn’t a piece of shit
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#5
09.08.2026, 08:42  ✶  
Jutro będzie zastanawiał się, czy to było romantyczne.

Prowadzenie kogoś, kogo kochałeś przez miasto popadające w ruinę, kiedy ten opierał się o twoje ciało. Tak, na pewno uzna, że było – nie będzie mógł przestać o tym myśleć – ale teraz nic takiego nie przepływało przez jego głowę. Jedynym, na czym się skupiał, było… przetrwanie. Nawet nie jego. Zenka. Na tym etapie wolałby zginąć pod tymi gruzami niż oglądać jego śmierć i żyć z tym dalej.

W tym, jak się zachowywał, jak działał, jak napinał mięśnie, jak oddychał – we wszystkim dało się dostrzec konkretny stan, w który wpadał, kiedy zaczynał wykonywać swoją pracę. Oczywiście, istniało wiele zajęć, co się nimi parał i skupienie wypisane na twarzy nie było zarezerwowane wyłącznie dla profesji ochroniarza, ale kiedy się go znało dekadę, nie dało się przeoczyć tego, że tym się właśnie czuł – postrzegał siebie dokładnie takim, jakim stworzyła go Madame Fontaine wyrywająca go swoimi brudnymi łapami z miejsca, w którym znajdował się wcześniej. Pomogła mu napisać tę rozchwianą osobowość tak dokładnie, że właściwie to ciężko było domyślić się co i gdzie robił, zanim trafił na Ścieżki i… minęły te trzy lata, ale nie zmienił się wcale, a przynajmniej nie aż tak bardzo, żeby nie widzieć w nim tego wiecznie napiętego gbura gotowego do rzucenia się komuś do gardła, jeśli tylko szalona pani Nokturnu kiwnie w jego stronę palcem. Mniej spostrzegawczy ludzie musieli widzieć w nim kogoś strasznego, ale to on przecież tym strachem był – w takim sensie, że się bał wielce wszystkiego wokół i na tym strachu budował to, co miało utrzymać ważne dla niego osoby na powierzchni.

Patrzył więc na Zenka inaczej. Te bystre oczy, które lubiły wędrować po cudzej twarzy i bezczelnie zatrzymywać się na ustach, tym razem zawiesiły się na nosie. Prowadząc ich przez alejkę w kierunku lokali jednego ze znanych mu wynalazców, analizował dokładniej obrażenia na twarzy przyjaciela, żeby rozumieć lepiej, na jak szybkie poruszanie się mogli sobie pozwolić. Jak bardzo spuchł? Była szansa na to, że da radę oddychać przez nos? Pytania piętrzyły mu się w głowie w tempie dorównującym nawarstwiającemu się w górze dymowi. Londyn płonął. Jego serce – zdawało się, też – ale w przeciwieństwie do tego, jak wyglądało to zazwyczaj, nie dało się czytać z niego jak z otwartej książki. Okładka jednak mówiła o nim dużo.

Jego głowa działała szybko, prowadzona przez szeregi wyuczonych schematów. Niemal wszystkie z nich czyniły go potworem.

Zamek otworzył bez większego problemu, trochę jakby kluczem go otwierał, a robił to przecież wytrychem. Wszedł tam jak do siebie i poprowadził ze sobą Zenka, a później zamknął za nimi drzwi. Nic nie powiedział, szybki rzut okiem na otoczenie najwyraźniej wystarczył mu do ocenienia lokalu jako pustego i przeszedł do tworzenia nieco makabrycznej konstrukcji – wyciągnął spod lady, gdzieś spomiędzy śmieci i elektroniki, żyłkę i drut, coby je zacząć rozciągać przy wejściu. Łatwo było zrozumieć, co konstruował, kiedy przesunął blat – ktokolwiek wszedł do środka, miał się wyłożyć i uderzyć łbem prosto o ostry kant, a spadając nabić się do tego na wiertło, sądząc po ułożeniu, najpewniej i tak okaleczoną już twarzą. Okrutne wynalazki właściwie nie miały końca. Wciąż wskazywał na to, że Zenek miał za nim iść, a kiedy tylko przekraczali próg kolejnego pomieszczenia, poprzednie z nich pomysły Crowa zamieniały w pole potencjalnej walki. Były to rzeczy pozornie subtelne. Ułożenie dywanu tak, żeby ktoś nieuważny zahaczył o niego wodą. Rozlanie czegoś po podłodze, żeby ktoś w przydługiej czarodziejskiej szacie umoczył w tym przynajmniej krawędź materiału. Odkręcenie śruby spod półki z zastawą stołową, w kierunku której zamierzał kogoś pchnąć. Zaprzestał tym działaniom dopiero w momencie, w którym się znaleźli w pomieszczeniu docelowym – sypialni córki właściciela. Pustej – dzięki ci wszechświecie – bo w istocie nie był to głupek, który by ryzykował życiem rodziny dla zabitego deskami lokalu przy obszczanym murze.

Sypialnia Annie była miejscem naprawdę uroczym i jak na jej buntowniczą naturę bardzo dziewczęcym. Łóżko na antresoli górowało nad wielkim biurkiem zastawionym stosami książek Astrid Lindgren. Półeczki zastawione były kolorowymi bibelotami. Najpiękniejszym elementem pozostawały jednak świecące i błyszczące gwiazdki wiszące tuż nad sufitem, skutecznie imitujące sklepienie Wielkiej Sali. Flynn żałował nieco, że się nie mógł na nim skupić – bo potrzebował inspiracji, żeby dokończyć sufit w lokum Prewetta, ale to naprawdę nie był najlepszy moment na podziwianie architektury wnętrz.

Przyjrzał się okiennicy. Przesunął się, żeby widzieć wszystko pod odpowiednim kątem.

– Stań tutaj proszę – szepnął, na tyle głośno, aby było to dla Zenka słyszalne. Wskazał na miejsce nieco oczywiste. Chuja było stamtąd widać, ale gdyby coś miało lecieć z ulicy z impetem, albo w ogóle ściana miała się zawalić, wciąż chronił go fragment całkiem solidnej meblościanki. No i w tej ciemności nawet łatwo się było ukryć. – Jak wejdą z tamtej strony – tej, z której przyszli – uciekamy przez okno. Jak wejdą z tej, to ich zabiję. – Gotów był zrobić to, co powiedział, ale coś go rozstroiło. Już nawet pozę przybrał, taką w gotowości do wyciągnięcia noża przypiętego do uda i by pewnie wyczekiwał tak choćby i godzinę, gdyby nie spojrzał na Kozła i się momentalnie nie speszył. Dziwnie się patrzyło na to, jak Crow wypada ze swojej dumnej i zabójczej roli, bo kiedy znikała, wraz z nią znikało poczucie bezpieczeństwa. Na moment w jego mimice prym wzięły troska, ale też smutek i strach.

Próbował gestem ręki przywołać coś do wolnej dłoni. Nic szczególnie wybitnego – mokrą, zimną ścierkę.

Rzut O 1d100 - 25
Akcja nieudana
Architekt Ścieżek
my life would be so much easier if i wasn’t a piece of shit
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#6
09.08.2026, 09:03  ✶  
Gest zakończył się porażką, a to wybiło go z rytmu jeszcze bardziej. Rozejrzał się wokół, zmarszczył brwi. Brakowało mu czasu na wyrysowanie sobie w wyobraźni wszystkiego, co musieli zrobić, żeby przeżyć, ale najwyraźniej nie zabrakło mu go na cofnięcie się do kuchni. Podniósł jakiś czysty, pocięty materiał i zwilżył go, żeby mu przynajmniej obmyć twarz z tej krwi.

Kiedy się przed Zenkiem znalazł, wyglądał spokojniej, niż kiedy znikał za framugą.

– Nie dmuchaj – pokręcił głową dla podkreślenia, że to nie był dobry pomysł. Nie mogli sobie pozwolić na to, żeby zaczął teraz krwawić mocniej.

Uniósł ten materiał w górę i zaczął go nim obmywać. Robił to delikatnie, a przynajmniej na tyle delikatnie, jak bardzo mógł robić to ktoś jego pokroju, bo przecież człowiekiem delikatnym nie był, o czym krzyczały nawet te palce – szorstkie, brudne, pogryzione. Wiecznie się kaleczył, raził prądem, wylewał na skórę dziadostwa, które nie chciały schodzić. Troskę znów przykrywało skupienie. Miał na rozluźnienie wiele opowieści o tym, jak ktoś mu dał w gębę i spuchł dwa razy mocniej. Chyba nawet z kilka razy on i Waughy zbierali go z podłogi, ale ciężko mu było to wspomnienie w całości przypomnieć, a i… nie oszukując się, nikłą była szansa na to, że by je z siebie teraz wydusił. Zamiast tego oceniał uszkodzenia. Właściwie, to nie było aż tak źle, jak myślał. Czubek nosa był zarysowany od zewnątrz, to nie kość przebiła skórę, ale… była teraz ułożona tak krzywo, że nawet on to wyczuł. Przygryzł wargę. Jeszcze raz rzucił spojrzeniem za okno, po czym chwycił jego ręce i ułożył je na swojej kurtce, tak żeby Zenek mógł się go mocno złapać.

Szmata opadła na podłogę, a on znów uniósł ręce w górę i stało się coś niebezpiecznego – ta troska wróciła, ale wraz z nią nie wróciły słowa. Zamiast tego Crow ułożył swoje palce na jego twarzy tak, żeby za moment wypchnąć kość na miejsce. Nie czekał na zgodę. Czekał na zaprzeczenie, ale kiedy się nie pojawiło, to jednym zdecydowanym i silnym ruchem nacisnął kciukami i palcami wskazującymi w stronę środka. Bolesne chrupnięcie uznał za dopuszczalny dźwięk. Krzyk lub ujadanie – nie. Więc jeśli krzyk się pojawiły, błyskawicznie zatkał mu usta własnymi.

@Zenon Kozioł


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
grajek z Nokturnu
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy szczupłą i pociągłą, ale bez zbyt wydatnych kości policzkowych. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skórę ma w ciepłym odcieniu, a jego dłonie są ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#7
12.08.2026, 23:04  ✶  
Waughy przejął dowodzenie, jak zwykle. Samozwańczy kapitan załogi na pokładzie (bo kto inny mógł przewodzić z ich czwórki? No kto?) delegował działania pomocowe. Lewis poleciał po apteczkę. Gorzała pewnie miała bardziej znieczulić od środka niż dezynfekować rany, ale Waugh i tak mu ją kazał wziąć. Zmasakrowany Crow leżał po bójce. Chociaż zdrapywali go z podłogi, wcale nie było pewne, że po jego stronie bójka była przegrana. Na kolanach Zenek trzymał mu głowę.

W tamtych czasach Crow był jeszcze łysy. Zenek go na oczy nie widział z dłuższymi włosami. Te Crowa były krótkie i kończyły się blisko czaszki. Gdy ich dłużej nie golił, tworzyły na skórze coraz ciemniejszy cień. Kłuły w dotyku. Tak lekko, jak to szczecina. Albo papier ścierny. Gdy Zenek go trzymał, czuł pod palcami nierówności. Kości. Rozcięcia i blizny. A, zdarzało się. Crow nie był z tytanu. Na szczęście wszystkie obrażenia dało się opatrzeć. Waughy klęczał przed wiotkim ciałem. Przykładał chłodny kompres do śliwy pod okiem. Lewis rzucał cwaniackimi tekstami. Crow wydawał dźwięki.

Najciekawsze dla Zenka było chyba to, dlaczego Crow tak zareagował. Mając na myśli oczywiście tę bójkę. Otóż. Ktoś do nich coś powiedział. I Zenek naprawdę nie pamiętał, co. Może ktoś nazwał go szlamą. Albo Polakiem, co wcale nie było kłamstwem. Może ktoś nazwał Waughy'ego pedałem. Waughy żonę miał, no ale, no. Z perspektywy czasu on brał udział w tamtej paradzie. Może to było coś z Lewisem. I tu już naprawdę nie kończył się zasób możliwości, bo Lewis także bywał niewyparzony w gębie. O. Może ktoś powiedział, że Lewis z tymi włosami to wygląda jak baba. Waughy też. I wtedy Crow się na niego rzucił. No i dlatego później mieli taki problem.

Nie wiedział także, czemu przypominało mu się to wszystko akurat wtedy, gdy wchodzili z Crowem do opuszczonego budynku. Crow go prowadził. Blisko przy sobie. I z pewnością tu także jego mózg mógł wyprodukować tysiące wspomnień. Wspólnych wycieczek — po opuszczonych budynkach, do galerii, na stacje benzynowe. Utkanych głęboko między zwoje mózgowe, by sobie siedziały i nie przeszkadzały, podczas gdy Zenek próbował funkcjonować. Tymczasem zawiesił się tylko na tym. Na rozkwaszonej twarzy Crowa na własnych kolanach. Crow prowadził go dalej.

Nokturn nie przypominał miejsca, które znał. Wypukłości alejek zostały zrównane z ziemią bądź przeciwnie, gruzy osypywały się na ścieżki spacerowe, utrudniając nawigację. Ostrożnie stąpał po podłożu w ciemności, rozbłyskującej jedynie wybuchami ognia. W powietrzu wyczuwał swąd spalenizny. Raz na jakiś czas zatrzymywał się, bo wiatr z czarnym deszczem przywiewały ku niemu coś znacznie gorszego. Kurczak z rożna.

Wydawało się, że najgorsze krwawienie czy ból były za nim, chociaż nadal nos tępo pulsował. Wyczuwał nawet zapachy poza krwią. Crow wprowadził ich do czyjegoś domu. Światła się paliły czy były zgaszone? Crow poruszał się, jakby nie stali w zupełnej ciemności. Zenek podążał za nim, stąpając tak, by nie uszkodzić jego konstrukcji. Z początku dawał mu działać, chociaż Z czuł wyraźnie, jak cały dom ich obserwuje. Lampy mrugały groźnie. Dywan puchnął z wściekłości pod każdym krokiem ich stopy. Zenek chyba tam nie był nigdy w środku. Crow chyba tak. Na niego się tak nie gapiły te sprzęty.

Crow rozciągał na podłodze żyłkę. Taką do potykania się. Zenek rozumiał chłopięce konstrukcje. Robili takie chyba wietnamscy żołnierze na wojnie, by złapać przeciwnika w ichnim buszu. W dzieciństwie też się tak bawiło. Crow przesunął blat z ostrym kantem, a Zenek złapał się za czoło. Docisnął je mocno, jakby by przekierować ból. Spojrzał na wiertło.

Crow zdawał się wiedzieć, co wyrabia. Zenek obchodził te pułapki szerokim łukiem, starając się nie wgapiać w te wszystkie mechanizmy, które pomagał konstruować. Dywan krzyczał, jak go razem przesuwali. Zenek zastanawiał się, czy w budynku mieszkała kobieta. One lubiły ozdoby. Crow polewał czystą podłogę wodą. Właśnie, czystą. Zenek rozglądał się wokół. Do pomieszczenia, gdzie Crow ich zaprowadził, nie wdarły się ogniste płomienie. Nic się tam w środku nie zawaliło. Żadnych włamywaczy. No, dwóch. Crow zabierał się za zastawę.

Zakapturzona maszkara wpadła przez drzwi sforsowane wytrychem. Parła do przodu. Peleryną zaczepiła o linkę. Poleciała do przodu. Przód czoła uderzył o kant blatu. Głuche łup. Spadła na podłogę, twarzą na wiertło. Ostrze przebiło gałkę oczną. Wiertło zawarczało. Twarz wsiąkała w dół. Głębiej nadziewała się na wiertło. Ciało było wiotkie. Ostrze pracowało. Kręciło się, maglując wnętrze głowy na miazgę. Na środku czoła została czerwona kropka po uderzeniu. Z oka wypływała krew.

Crow przeprowadził ich ku następnym drzwiom. Uchylił je. Zenek wszedł do środka. Łóżko z biurkiem. Zadarł dziób w górę. Na niebie gwiazdy.
Zenkowi przeleciało przez głowę, czy taka ostrożność była naprawdę konieczna. W sensie to szeptanie. Wydało mu się ono bardzo zapobiegliwe. Zenek czuł pewność, katalogując Crowa w taki sposób. Skąd? No, jak to, skąd? Szedł z nim niemal pod rękę. Przez kurtkę to czuł. Mięśnie. Crow był strasznie spięty. Oddychał niespokojnie. Gdy podchodził blisko, czuł ten oddech na szyi. Zenek trzymał się go mocno, bez absolutnie żadnej potrzeby, bo chodzić sam umiał. Ubrudzone popiołem ręce chwytały się kurtki. Gdy nie miał jej w dłoniach, odpływał.

Stanął tam, gdzie Crow mu pokazał. I momentalnie też się poczuł jak tamten mebel, przestawiany, by im było bezpieczniej w cudzym mieszkaniu. Zenek nawet nie wiedział, gdzie byli właściciele. Czy oni byli bezpieczni? Gdzie byli? Czemu mieszkanie stało puste? No, głupie pytania. Beznadzieja. Meblościanka go jakoś nie czyniła pewnym. I chyba było to po nim widać. Rozwichrzone włosy przywarły beznadziejnie do czoła. Pot i popiół, żadna pasta do włosów. Po włosku makaron. Oczami wgapiał się smętnie w Crowa, choć ten pewnie nawet tego nie widział w ciemności. Zenek był zmęczony.

Crow stał jeszcze przed nim chwilę. Potem wyszedł z pokoju. Zenek się zgarbił. Serce uspokajało się. Już nie grało jak tamten cholerny metronom. Normalnie grało: bim bom, bim bom. Wraz ze spokojnym rytmem powracało pulsowanie nosa. Jak głośnik grzmiący basem. Bim bom. Bolało go. Pomacał. Pod opuszkami czuł obrzęknięte tkanki. No pięknie, panie Kozioł. Cokolwiek mu zostało z twarzy, to nie było na jego kompetencje.

Crow powrócił. Wyglądał nieco lepiej. Zenek zauważył trend, że Crow dużo teraz wracał. Trzy lata posuchy, po czym Londyn zaczyna płonąć. I nagle Zenek nie musi się nad tym jego powrotem nawet zastanawiać. Obraz nędzy i rozpaczy, gdy Crow do niego przystąpił ze ścierą. To mogło się odnosić zarówno do Crowa, jak i do Zenka. W prześwitach światła dostrzegał na swojej białej koszulce zaschnięte kropelki krwi. No dobra. Zenek nie będzie dmuchał.

Uśmiechnął się troszkę. Na więcej nie był w stanie. Szmatka była zimna i mokra. Crow go nią dotykał. I bez instrukcji Crowa Zenek potrzebował na czymś oprzeć ręce, więc wsunął palce w te pętelki od trzymania paska. Tylko że należały do crowowych spodni. No głupek z tego Zenka. Uśmiechnął się szerzej. Crow mu obmywał twarz. Pewnie z tej krwi, co? Zenek nadal ją miał na języku. Bębenki w uszach mu pulsowały, podobnie jak nos. W tej ciszy słyszał każdy ruch nocy. Za oknem skwierczało. Gdyby było otwarte, skwierczałoby bardziej. Jak w piekarniku. Na szczęście byli zamknięci tutaj. A skóra policzków, cóż. No, ciepła. Piekarnik. Crow go oglądał. Zenek lubił jego palce. Przestał się uśmiechać, gdy zaczął dotykać jego nosa. Przeczucie. Serce znowu zabiło mocniej.

Crow przestawił mu ręce. Mocno niepewne. Lepiej mu było niżej. Skóra dawała oparcie. Nie wiedział, gdzie trzymać, więc łapał go z przodu. Londyn płonął, a Crow nadal pachniał skórą i śmierdział petami. Nos zachował funkcje. Crow go ujął palcami. Na linii wzroku włosy. Impulsy latały w głowie jak kulki w pinballu. Co jeszcze się zmieniło? Tatuaże? Waga ciała?
Chrupnęło.

— Aaa — zaczął Zenek, głosem znacznie niższym, niż się spodziewał. Nie skończył. Crow przycisnął jego usta do swoich. Fala bólu rozlała się od nosa po całej głowie.
Nie wiedział, co ten Crow robi. Nie wiedział. Czuł po prostu jego wargi. Nie myślał o tym, po co one tam są. Napierał własnymi. Wargi Crowa były ciepłe. Gdy poruszył ustami, poczuł na wargach jego oddech. Też ciepły. Chwytał go bliżej. Mocno, kurtka się zmięła w jego pięściach. Nie wiedział, gdzie chwyta. Naprawdę nie wiedział. Wsunął język do środka. Crow smakował, jak pachniał. Fajami. Nie zamierzał się odsuwać.

Posunął się do przodu. Nosem uderzył Crowa w policzek. Jęknął. No kurwa, bolało! Krzyk odbił się echem po języku. Nie przestawał. Jak coś się przestawiło, to trudno. Nos pulsował dalej bólem. Zenek się marszczył. Nie teraz. Dłonią złapał Crowa za włosy. Te, co chciał ich dotknąć, odkąd tylko Crow wrócił. Te loki. Złapał od nasady. Czubkiem nosa znowu przejechał boleśnie po policzku, więc zacisnął i pociągnął palcami mocniej. Aaaa. Szarpnął za kurtkę. No kurwa, bo mu się nos przekrzywi.

Zagryzł mu wargę. Niechcący. Nie był pewien, czy ten metaliczny smak w ustach nadal należał tylko do niego. Ale miał nadzieję, że tak. Gdy się odsuwał i ostatni raz liznął tamte miejsce językiem, pulsowało jak jego nos.

Na zewnątrz huknęło. Świat natarczywie próbował przebić się do tej bańki, którą Zenek stworzył we własnej głowie, a którą Crow obramował ramą z meblościanki. Huk był przytłumiony. Zenek własną krew słyszał o wiele wyraźniej. Puls w uchu. Puls Crowa blisko niego. Zenek pociągnął go do dołu.

Może z boku to nie miało sensu. Pewnie nie miało. W sypialni nie ustawili żadnych fensi pułapek. Mieli tylko ogólny plan Crowa, żeby wszystkich pozabijać albo zeskoczyć. Przynajmniej tak się Zenkowi wydawało. Mimo tego pociągnął Crowa niżej za ramię. Chciał ich obu skulić obok meblościanki. Znaleźć jakieś miejsce, żeby się schować. Ciasną przestrzeń. Tak, żeby otaczały ich ciasne ściany z każdej strony. No i ciemność. Nie dla ludzi z klaustrofobią. W sam raz dla Zenka.

Chyba znalazł się przez chwilę ustami przy skroni Crowa. Może i przez dłuższą. Byli już w kuckach. Zenek układał długie kończyny tak, by pomieścili się obaj. Ciało składał koło niego. Może ich przysypie i ich tak potem znajdą. Przypadkiem uderzył czołem o jego czoło, no i tak już został.

Odkryj wiadomość pozafabularną

Akapit z odklejką jest na szaro

//Percepcja: ◉◉◉◉○, Wiedza o świecie: ◉◉◉○○, Muzyka I, Tworzenie Mechanizmów II, Poza Schematem I, Derealizacja I


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów The Edge (3523), Zenon Kozioł (3189)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa