02.07.2026, 11:18 ✶
Spalona Noc, Zenon & Flynn
Dla Flynna to była jedna z tych nocy, podczas których czas wlókł się niemiłosiernie. Jutro londyńczycy będą płakać nad tym, że to wszystko minęło zanim zdążyli mrugnąć – cały ich dobytek i poczucie bezpieczeństwa szlag trafił w ciągu wieczora trwającego w ich wspomnieniach ledwie kilka sekund. On zaś, czy tego chciał czy nie, będzie odsypiał godziny spędzone na nieustannym, męczącym pozostawaniu w pełnej gotowości.
Nie potrafił się zatrzymać.
Cyrk musiał znajdować się już daleko, hen za granicami miasta. Laurent – był tam gdzie chciał być, chociaż Flynn nie do końca rozumiał dlaczego musieli rozstać się naprzeciwko budynku, którego nie mógł dostrzec i do którego nie będzie mógł wrócić. Nora – miała przy sobie tak wielu przyjaciół, że nawet nie śmiał wchodzić do środka kawiarni i jedynie zajrzał przez okno, tak dla spokoju swojego ducha. Ostatnim przystankiem na jego trasie upewnienia się w tym, że mimo panującego wokół chaosu osoby, o które chciał dbać są bezpieczne, był Rejwach. Ku swojemu zaskoczeniu zastał bar stojący tam tak pewnie i dumnie, jak gdyby był odporny na wszystko co dotknęło dzisiaj stolicy. Alejka obok była co prawda zawalona gruzem, ale to nie było nic, z czym czarodziej by sobie nie poradził. Z bardzo pozytywnym nastawieniem odnośnie tego, co zastanie w środku, uniósł w górę ręce w celu zaprezentowania ewentualnym obrońcom pozorów bezbronności, a następnie wszedł pospiesznie przez otwierające się drzwi, gdzie zorientował się, że podobnie jak Nora, Tarp również uczynił swój lokal przystanią dla poszkodowanych.
Odetchnął z ulgą widząc wewnątrz Lewisa. Były też dzieciaki, o które Tarp tak dbał. I różni ludzie znani mu z Nokturnu, prawie nikogo ze Ścieżek. Mimowolnie zgiął się, kiedy ból w klatce piersiowej przypomniał mu o Fontaine. Obiecał sobie, że powie jej o sytuacji z Thoranem Yaxleyem, a teraz… Przenieśli wejście na Ścieżki i… Czy ona była tam w ogóle bezpieczna? I pewnie pochyliłby się nad tą myślą na dłużej, potencjalnie zmienił nawet zdanie odnośnie tego, gdzie i z kim spędzi resztę nocy, ale kiedy tak chodził po tym budynku jak pies i sprawdzał wszystkie pokoje, w żadnym z nich nie zastał Zenka. Obszedłby je pewnie drugi raz (bo przecież Zenek był obiektem ruchomym i miał prawo się przemieścić), gdyby nie zwerbalizowana obawa dotycząca jego nieobecności, którą Flynn usłyszał przypadkiem i momentalnie zerwał się do biegu, żeby przepytać o to każdego, kto się w tym miejscu do niego odzywał. No i jasne, że Zenek miał w swoim życiu ludzi wartych zaopiekowania się nimi, ale dlaczego niby miałby stąd odejść bez pożegnania? Dlaczego miałby robić cokolwiek sam? Flynn aż się zapowietrzył.
Wyciągając z kieszeni kurtki deskorolkę, ruszył w kierunku wskazanym jako ostatnie miejsce, gdzie widziano jego przyjaciela. Tam zaś, oprócz zawalonego budynku i wypalonego biurku ze śladami krwi nie znalazł nic, ale nie zamierzał na tym poprzestać – jechał wzdłuż alejki, rozglądając się za czymkolwiek mogącym nadać jego poszukiwaniom jakiś kierunek. Skoro Zenek nie leżał pod gruzami przy wejściu bocznym do Rejwachu, mógł być gdziekolwiek, tak?
Musiał gdzieś tam być.
Po prostu musiał.
Bo czarna magia, smród spalenizny, gęsty dym spowijający ulice jego ukochanego miasta, popiół spadający z nieba żeby kaleczyć mu płuca nawet bardziej niż uzależnienia od używek – Flynn miał to gdzieś – nic nie dusiło go tak bardzo jak świadomość tego, że Zenek mógł już nie żyć. To nie było sprawiedliwe. Rok za rokiem, dzień za dniem, tracił ludzi, dla których chciało mu się jeszcze podnosić z łóżka. Okropne, obrzydliwe wspomnienie martwego ciała spoczywającego w trumnie podpisanej nazwiskiem kogoś z kim chciał spędzić resztę życia omal nie zaprowadziło go do tego, żeby ostatecznie ze sobą skończyć, a teraz to miałoby się powtórzyć? Nie wierzył w żadnych bogów, ale być może istniało faktycznie jakieś fatum sprawiające, że każdy do kogo wracał w nadziei na odbudowanie ruin i spalonych mostów, wkrótce umierał.
Jechał więc i szukał, bez większych sukcesów próbując ignorować narastające w nim napięcie. Londyn był spowitą dymem ruiną, gorąco bijące od niektórych budynków stawało się coraz bardziej nieznośne. Mokra szmata przewieszona przez twarz nie radziła już sobie z tym jak wyglądały coraz mocniej zniszczone okolice. Powinien pewnie martwić się o samego siebie, ale nie potrafił. Natrafiwszy na wyrwane rury blokujące dalszy przejazd, chciał wpierw fuknąć z frustracji, ale wydał z siebie jedynie zduszony jęk na widok męskiej dłoni wystającej spomiędzy kupy śmieci i szkła. Jego głowa od razu podpowiedziała mu najgorszy scenariusz, ale po kilku sekundach ogarnął się – to nie były te same, smukłe palce, w które wpatrywał się tak natrętnie jeszcze wczoraj. Jeszcze raz spróbował odetchnąć głęboko, ale to przecież przynosiło jedynie duchotę. Napiął się więc, uderzył butem w deskorolkę żeby postawić ją do pionu i podniósł ją, żeby schować do kieszeni i zrobić coś, co właściwie każdy poza nim uznałby za cholerną głupotę i brak rozwagi – dotknął ręką fasady budynku żeby ocenić jego temperaturę i wspiął się na górę. Nie powinien oceniać tego swoimi zepsutymi oczyma, ale był niemalże pewien tego, że ciężko będzie dostrzec go w tych warunkach, on zaś mógł z tej pozycji rozejrzeć się lepiej w poszukiwaniu czyjejkolwiek obecności. Bez problemu przeskoczył na dach kolejnej z kamienic i kolejnej i tak też, chociaż nie do końca chciał to do siebie dopuścić, powoli akceptował fakt, że odnalezienie jednej, konkretnej osoby nie było łatwe. Z góry odrzucił to, aby w pierwszej kolejności przeszukiwać te wszystkie cholerne gruzowiska. Nie mógł też sprawdzić, czy Zenek nie ukrywał się w którymś z zabarykadowanych lokali, bo nie dało się przewidzieć które z drzwi wpuszczą legendę ze Ścieżek do środka, a zza których poczęstują go smugą zielonego światła. Tym, co mógł zrobić, było rozeznanie się w tym jak wyglądała okolica i przewidzenie dróg, jakimi Zenek mógł uciekać. Biegł więc dalej, skakał kiedy musiał, przechodził inaczej kiedy miał taką możliwość. Aż wreszcie, w nieco nieoczekiwanym miejscu natrafił na dwójkę postaci w czarnych płaszczach i maskach rozglądających się za kimś przy jednoczesnym stwarzaniu na ulicy ogromnego zamieszania.
Postanowił ich śledzić, zza cienia i dymu przysłuchując się rozmowie, od której robiło mu się niedobrze.
– Pierdolony Śmierciożerca zostawił nad z tym gównem, a sam poszedł gdzie? Typ ukrywa się jak szczur od kilku kurwa godzin, pewnie od dawna jest na Ścieżkach, więc przestańmy robić z siebie idiotów.
– Ooooh nie, nie pozwolę na to, żeby tak po prostu sobie uciekł. Za to co odpierdolił obedrę go żywcem ze skóry i powyrywam pazn… – urwał, słysząc coś za swoimi plecami, a Flynn kucnął szybko, dla pewności, że jest dobrze ukryty za ceglanym kominem. A potem coś w jego głowie zaświtało. Jeśli śledzili oboje tego samego człowieka, to w pewnym sensie odjebali już za niego część roboty. Musiał ich teraz wyprzedzić, zanim minie czas. Chwycił więc jedną z poluzowanych dachówek i nie do końca ostrożnie, ale w swojej głowie panując nad sytuacją, zakurwił nią z mocnym impetem w jedną z bocznych alejek jakie minął. Zgodnie z jego przewidywaniem, oboje poszli to sprawdzić, on natomiast przesunął się za tym kominem tak, aby pozostać niezauważonym, a następnie rzucił się pędem przed siebie, mając resztki nadziei na to, że ta dramatyczna rozmowa została napisana pod jego szczęśliwą gwiazdą.
Jak się okazało – była.
To, co zastał na krańcu jednej z alejek sprawiło jednak, że zawahał się, czy nie powinien jednak cofnąć się i poderżnąć im ich niewdzięcznych gardeł. Na dole, pomiędzy kubłami na śmieci i zabitą deskami witryną jakiegoś dziwnego sklepu, na osyfionym i paskudnym bruku, siedział mężczyzna wystukujący palcami rytm na obdartych kolanach. Flynn zadrżał. Czy chciał w ogóle wiedzieć jak długo Kozioł ukrywał się tutaj i liczył sekundy oddzielające go od śmierci?
Zacisnął pięć i zazgrzytał zębami, ale wiedział też, że nie może pozwolić sobie na takie emocje w chwili, kiedy ociąganie się mogło doprowadzić do musu podjęcia się bitki z dwójką typów, o których nie wiedział absolutnie nic. Upewniwszy się o dobrym zabezpieczeniu łańcucha przy swoich spodniach, tak żeby nic nie zabrzęczało przy zsuwaniu się po rynnie, spuścił się w dół i uniósł ręce w geście kapitulacji.
– Z? To ja, Crow. Nie mów nic głośno – wyszeptał. Najlepiej to nie mów nic.
A jeśli Zenek zechciał krzyknąć, wierzgać się lub zaatakować, zatkał mu usta lub unieruchomił dłoń w mocnym uścisku.
Czy to na jego twarzy to była krew?
@Zenon Kozioł
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.