mieszkanie Prudence
Od dnia wesela nosiła w sobie ciekawość, która tylko narastała z każdym mijającym dniem. Benjy. Nowy chłopak Pru. Nie widywały się aż tak często, ale nie pamiętała, kiedy ostatni raz widziała ją z jakimś mężczyzną. Może była zbyt pochłonięta pracą? Ostatnie tygodnie były dla niej gęste, pełne niekończących się obowiązków, długich godzin w galerii, analizy kolejnych obrazów, nieustającej korespondencji z klientami. Ale nie chciała zaniedbywać relacji, które w jakimś stopniu pozwalały jej wyrwać się od rzeczywistości; chciała wiedzieć więcej. O tym, jak się poznali. O tym, w jaki sposób ją uratował. O tym, co właściwie łączyło ich w tak krótkim czasie.
Zapowiedziała się wcześniej, żeby obie mogły zarezerwować sobie odpowiednią ilość czasu. Brakowało jej takich zwykłych wieczorów, by mogła się odprężyć i być sobą.
Stała przed lustrem w łazience, pochylona lekko, by złapać lepsze światło odbijające się od marmurowego blatu. Jej makijaż był już noszony od kilku godzin, więc postanowiła go odświeżyć. Włosy rozczesała powoli, pozwalając im opaść swobodnie na ramiona. Miała na sobie czarną sukienkę - prostą, wygodną, ale wciąż elegancką, o miękkim materiale, który przy każdym ruchu łagodnie układał się wokół sylwetki. Przez krótką chwilę obserwowała swoje odbicie: neutralny wyraz twarzy, równy oddech, lekko opuszczone powieki.
Na komodzie czekała już butelka czerwonego wina, wybrana z przesadną wręcz starannością. Nie piła dużo alkoholu, więc jeśli już raz na jakiś czas sobie pozwalała, to dbała, by był najwyższej jakości. W końcu nie ma to jak plotkowanie z koleżanką przy lampce wina.
Astoria poprawiła płaszcz na ramionach, zacisnęła palce na torbie i zmaterializowała się na chodniku przed wejściem do kamienicy na Alei Horyzontalnej. Powietrze było chłodniejsze niż się spodziewała - ostry wiatr omiótł jej twarzy i od razu wpadła do środka.
- Brakowało mi ostatnio babskich wieczorów - westchnęła, przekraczając próg, gdy Prudence otworzyła drzwi. Na wejściu cmoknęła kobietę w policzek i ruszyła wgłąb mieszkania. Czuła coś między ciepłym rozluźnieniem w mostku a lekkim ukłuciem ulgi, jakby po tygodniach biegania i zgryzania się wreszcie pozwolono jej usiąść, zdjąć buty i zaczerpnąć długiego, prawdziwego oddechu. Machnęła różdżką, pozwalając, by płaszcz samodzielnie odsunął się na wieszak, a potem zapadła się w kanapę, tak miękko, jakby od tygodni marzyła o tej jednej chwili zanurzenia się w miękkich poduszkach i spokoju w sprzyjającym środowisku, gdzie nie musiała ukrywać się za maską zimnej profesjonalistki. - Mam wrażenie, że minęły wieki od ostatniego razu. Ostatnio mam tyle pracy, że nie wiem, w co ręce włożyć. Jeszcze ten pożar...