Wybór był prosty, albo ona, albo on. Nie wydawało się Ger, żeby ugryzienie gąsiora zrobiło Benjy'emu, aż taką różnicę, być może boląca dłoń będzie skutecznie odciągać jego uwagę od bólu w innych częściach ciała? Robiła to dla jego dobra, oczywiście, że dla jego dobra. Zresztą gdyby tyle nie wychlał to pewnie mógłby do niej dołączyć na czas, a tak został na tej drodze jak pizda i dał się ugryźć. No życie.
Próbowała zasugerować mu, że to był wyjątkowo głupi pomysł, że nie powinien brać się za polowanie na tego wyrośniętego ptaka, że to naprawdę nie mogło się udać, ale zobaczyła w jego spojrzeniu determinację, decyzja została podjęta i nic nie mogła z tym zrobić. Przez moment zastanawiała się, czy nie powinna właśnie zacząć modłów do Matki, bo tylko ta mogła im pomóc, tylko, czy zareagowałaby od razu? Pewnie miała ciekawsze rzeczy do roboty niż pilnowanie najebanych osobników, którzy sami prosili się o to, żeby ich coś zabolało.
Nie spodziewała się tego, co miało się wydarzyć. Nie było łatwo, gąsior był bestią, która nie zamierzała się poddać, ale Benjy jak się okazało był większą bestią, nawet najebany.
Złapał tego wielkiego ptaka, trzymał go teraz w ręku, demonstrował niczym trofeum, no, udało mu się to, było to całkiem spektakularne, na pewno szybko nie zapomni tego widoku, co to to nie.
Mężczyzna poszedł wręczyć dziewuszkom ich własność, widziała, że spoglądały na niego z podziwem, stał się ich bohaterem, nie kwestionowały tego mimo, że Benjy nie prezentował się najlepiej, i tak patrzyły na niego, jak na ósmy cud świata. Zasłużył sobie, nie ma co.
Zaczęli dyskutować, widziała, że spoglądają to na niego, to na nią. Pamiętała rozmowę o tym, że jak gęś upierdoli to oznacza miłość, bo to udało jej się wychwycić z wcześniejszej rozmowy. Niemalże się zakrztusiła, jak dotarło do niej, że pomyślały sobie, że ona i on, nie, skrzywiła się, nie, jak mogły w ogóle tak pomyśleć. Dramat, to był dramat.
Na szczęście Benjy zaczął jakoś pokracznie tłumaczyć im, że byli rodziną. Oby to do nich dotarło.
Albo jej się wydawało, albo wspominał coś o jej mężu, skłoniło to Geraldine do tego, aby pomachać ręką w powietrzu, właściwie to dłonią, na której błyszczała obrączka, Benjy takiej nie miał, więc mogły skumać, że to nie to, chociaż i bez tego chyba załapały o co chodziło, bo kontynuowały dalej suszenie głowy Fenwickowi.
Najwyraźniej nawet ten opętany gąsior coś mu sugerował, był to czas, żeby otworzył oczy. Może nie wierzyła we wróżby, w te wszystkie pierdolenia, ale noo kiedy znaki były aż tak sugestywne? Ciężko było je ignorować.
Zeskoczyła w końcu z płotu, by dołączyć do swojego towarzysza. Dziewczęta ruszyły przed siebie z gąsiorem na rękach, dzięki czemu znowu robiło się ciszej, jakże wspaniałe to było uczucie. - Ta, upierdolił Cię ten wielki ptaszor, już teraz nie uciekniesz przed przeznaczeniem. - Próbowała się nie zaśmiać, ale bardzo trudno jej było udawać poważną, ta cała sytuacja była tak kurewsko absurdalna, ale jakoś ją przetrwali.
- Zważałabym na słowa, bo tutaj dzieją się cuda. - Zgadzała się jednak z tym, że powinni ruszyć dalej, czas stąd spierdalać.