07.04.2026, 22:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.04.2026, 11:27 przez Lorraine Malfoy.)
Kaplicę Necronomiconu oświetlał ciepły blask płomieni świec.
Lorraine zapalała je dla swych bliskich, szepcząc błogosławieństwa. Zapalała po jednej dla każdego. Dla matki, i dla kobiety, którą całe życie nazywała matką. Dla ojca, i dla mężczyzny, który nie był jej ojcem, ale któremu pozwalała nazywać się córką. Dla ukochanej, dla Maeve, która rozświetlała mrok jej życia i mrok jej serca, ale i dla Otto, bo jego też za to kiedyś pokochała. Zapaliła świecę dla siebie i dla Baldwina. Zapaliłaby jedną dla Fridy, pomagając małym, dziecięcym rączkom zapalić drugą, gdyby ghoulka była obok, ale Baldwin zabrał ją dzisiaj ze sobą do Eurydyki, więc Lorraine od razu zapaliła dwie: jedną dla bogów życia, drugą dla bogów śmierci. Nie wiedziała, którzy czuwają nad dobrem nieumarłej dzieciny, nie wiedział tego Peregrinus, choć pokazał jej, jak patrzeć, aby nie zagubić się pomiędzy jednym a drugim. Nie wiedział tego także Delaney, który umarł z trzy wieki temu, tylko po to, aby narodzić się na nowo jako wampir. Ale Lorraine nie musiała wiedzieć. Wystarczyło, że wiedziała, że była matką Fridy w każdym tego słowa znaczeniu, tylko nie w dosłownym. Zapaliłaby wszystkie świece w kaplicy, żeby zobaczyć, jak ich blask odbija się w zielonych oczach jej malutkiej córeczki.
– Ostatnio modliłem się, gdy wlekli mnie na stos. Wyrokiem tego samego Boga, do którego się modliłem.
Rozwalony na podłodze kaplicy wampir odpalił papierosa końcówką różdżki, krzywiąc się, gdy nagły przeciąg rozwiał płomień, tak, że ten niemal sięgnął jego twarzy.
Delaney bał się ognia.
Lorraine wiedziała, jak narodziły się dręczące go demony. Pokazał jej, gdy wiedziony desperacją zjawił się w środku nocy na progu Necronomiconu. Szukał pomocy Alhazreda, ale to Lorraine mu jej udzieliła. Pomogła mu w ujarzmieniu wspomnień o stosach. Przygasiła legilimencją ich intensywność, spychając je na peryferie umysłu wampira, który nie chciał poddać się hipnozie. Nie chciał zapomnieć ognia, bo wtedy musiałby też zapomnieć twarz tej, która zginęła pośród płomieni. A czasem wspomnienie twarzy dawnej jego miłości była jedynym, co trzymało go przy życiu. Może zdarzało mu się być nieco autodestruktywnym, ale wciąż chciał żyć. Obiecał ukochanej, że będzie żyć, żeby odnaleźć ją, gdy narodzi się na nowo. Nie wiedział, dlaczego zaufał właśnie Lorraine. Być może gdyby zetknął się wcześniej z jakąś wilą, miałby pewne pojęcie na temat ich mocy. Nie pozwoliłby jej zajrzeć do wnętrza swej głowy. Potrafiłby oprzeć się hipnotyzującym zapewnieniom, że oddali od niego wszelki ból i cierpienie... Nie żałował jednak, że jej wtedy zaufał. Wciąż reagował gwałtownie na widok ognia, ale przynajmniej nie musiał unikać osiedli ludzkich.
– Być może modliłeś się za słabo – odpowiedziała Lorraine z wesołością w oczach, którą można byłoby pomylić z odblaskiem płomieni świec, gdy nie znało się jej dobrze. – Może do złego boga zanosiłeś swe modlitwy.
Ich spotkania zawsze wyglądały podobnie. Wymieniali się uzyskanymi informacjami, dyskutowali, komu warto zaufać, kogo wykluczyć. Porównywali strategie, dyskutowali, ile warte jest to, czego się dowiedzieli. Cenny transport odczynników do eliksirów, które mogłaby przechwycić Sfora. Potencjalny interes dla Borginów, zainteresowanych artefaktami magicznymi. Eksport nieznaczonych mioteł za granicę... Wszystko sprowadzało się do tego, komu warto było sprzedać odpowiednie informacje. Ale gdy już omówili to, co było do omówienia, wtedy po prostu siadywali wspólnie, gadając... Właściwie to o byle czym.
– Jak poszło spotkanie z Lestrangem? – zmienił temat Delaney. – Długo to się z nim nie zabawiałaś. Nie, żebym podsłuchiwał pod drzwiami, ale Abernathy już na pewno. "Pan Lestrange niełatwo znosi odmowę. Zbyt wiele razy ją ode mnie otrzymał." – Delaney powtórzył słowa, jakie Lorraine skierowała w stronę barmana z Danse Macabre, gdy Rodolphus opuścił karczmę. Półwila nie zapytała go, skąd zna dokładny przebieg ich rozmowy. Zdawała się być zadowoloną, że przywołuje jego słowa z taką precyzją, jak gdyhy deklamował sonet. Zmieniła się jednak na twarzy, gdy pociągnął temat dalej. Najpierw ledwo zauważalnie, a jednak... – Demelza z tego starego kantorka naprzeciwko powiedziała mi, że twój chłoptaś wyszedł z Danse Macabre jak niepyszny. Odrzuciłaś jego oświadczyny, czy co?
Wiedział, że przesadził, gdy Lorraine przechyliła głowę w ten charakterystyczny sposób, w jaki zawsze markowała zamyślenie. Wiele razy widział, jak to robiła. Gest z pozoru tylko tchnący naturalnością, a jednak wyuczony, żeby nie powiedzieć, że wystudiowany. Gest, który maskował gniew.
Delaney tylko żartował, mówiąc, że mogłaby uwieść Lestrange'a. Wszystkie rody czystej krwi jebały się przecież ze sobą, czyż nie? Na widok miny półwili wiedział już jednak, że pozwolił sobie na zbyt wiele. Nie było bowiem nic uwodzicielskiego w Lorraine, gdy ta zbliżyła się do niego, wciąż trzymając w ręku świecę, od której odpaliła pozostałe. Wyciągnęła rękę, aby czule przesunąć palcem wzdłuż jednej z żył meandrujących po grzbiecie jego dłoni. Nie było jednak w jej geście nic czułego. Nic, co mogłoby obiecywać, że pieszczocie towarzyszą jakieś cieplejsze uczucia. Nie, Lorraine była zimna w dotyku, jej oczy też były lodowate. Pod wpływem jej spojrzenia czuł wyłącznie odrętwienie, jak wtedy, gdy pijany wlókł się ciemną nocą do domu, a na zewnątrz trzaskał mróz. Wtedy na języku czuł upajający smak gorzałki, ale wila gorzej mieszała mu w głowie. Blask jej aury, którą ostatnio przestała niemal kompletnie przygaszać w obecności innych ludzi, zdawał się wampirowi szalenie rozpraszającym. Patrzył na nią, bo skupiała na sobie pełnię jego uwagi, ale nie był w stanie przeniknąć jej intencji. Nie gdy bombardowała Delaneya, zdawałoby się, niewyczerpanymi pokładami swej wilej magii, przytępiającej jego zdolność do zdroworozsądkowej oceny sytuacji. Gdy patrzył na jej zapadłą, bladą twarz, oświetloną wyłącznie nikłym blaskiem świec, czuł... Grozę. Tak, grozę. Miał ochotę przymrużyć powieki, bo porażał go sam widok, przerażający blask okalającej wilę bieli, zbyt intensywnej dla jego oczu. Biała była jej suknia, jej włosy, jej twarz. Nie mógł znieść Lorraine, gdy była taka. Była jak straszliwe słońce, wschodzące po to, aby nieść śmierć jemu, i jemu podobnym istotom. Nieść śmierć wampirom. Dzieciom nocy, które ukorzyć musiały się przed majestatem wstającej jutrzenki. Nie mrocznej, ale jasnej jasnością poranka, pięknej, lecz oślepiającej. A jednak Delaney nie mógł oderwać od niej oczu.
Nagle zdał sobie sprawę, że nie widział słońca od 288 lat.
Nie było nic kokieteryjnego w tym jak Lorraine zbliżyła się do niego, nie, coś drapieżnego, zwierzęcego niemal czaiło się w jej uśmiechu, gdy przesuwała palcami po powierzchni jego skóry. Nagle przytrzymała go bowiem, z nadspodziewaną brutalnością wpijając paznokcie w ciało, jak gdyby chciała sprawdzić, czy krew naprawdę już nie krąży w jego żyłach. Nie spuszczając wzroku z twarzy Delaneya, przechyliła trzymaną w ręku świecę, oblewając dłoń wampira gorącym woskiem.
– Kurwa mać – wydusił z siebie zaskoczony, wyrywając dłoń z uścisku wili, która nie próbowała go jednak powstrzymywać.
Odpowiedział mu jej śmiech.
Lorraine zaniosła się cichym śmiechem, osuwając z szelestem sukien na wysadzaną kamiennymi płytami posadzkę obok Delaneya, który próbował odczołgać się od niej gwałtownie.
Wiedział, że kilka kropel gorącego wosku nie może mu zrobić mu krzywdy. A jednak przed oczami widział już płonący stos, słyszał trzask płomieni, zawodzenie, gdy ogień trawił na węgiel uwiązane do pala ciało.
Mógł mieć siłę wampira, ale pozostawał bezradnym wobec wspomnień, które wciąż go prześladowały.
Gdy Lorraine ujęła jego dłoń, nawet siła go jednak opuściła.
Na palcu półwili nie świeciła się żadna zaręczynowa błyskotka, jaką można było zdobyć u jubilera, jeżeli miało się tyle pieniędzy, co znudzeni kawalerowie czystej krwi pokroju Rodolphusa Lestrange. Nie, na jej dłoni było miejsce na tylko jeden pierścień. Pierścień z emblematem rodu Malfoy, noszony przez wszystkich członków ich rodu. Nie sposób było z niczym innym pomylić tego błyszczącego "M" wtopionego między srebrzyste wiwerny pokryte połyskliwą łuską, które zamiast oczu miały brylanty. Odbijały światło świec tak samo jak oczy Lorraine. Gdyby przycisnęła swój pierścień do gorącego wosku, który skroplił się na dłoni Delaneya, zostawiłaby na nim odcisk jedynego herbu, jaki miał do niej należeć. Czy naprawdę zamierzał kwestionować, gdzie leżała lojalność Lorraine? Przecież wiedział, że miała na punkcie swego pochodzenia obsesję. Malfoy, Malfoy, Malfoy. Wszystko zawsze sprowadzało się do tego, że była Malfoy. A jednak dotyk jej zimnej dłoni przyniósł mu ulgę. Przypomniał sobie, jak objął ją wbrew sobie, gdy wyszeptała mu do ucha, że nie ma czego się bać. Jej szept był tak wszechogarniającym, że wspomnienie trzaskającego ognia, które wyciągnęła na wierzch legilimencją, zdawały się odchodzić w niebyt. Trwały, ale nie mogły wyrządzić mu krzywdy.
– Przecież żartowałem.
– Ja też.
Ukarała go za jego żart. Takie żarty możesz zachować dla swoich koleżanek, pomyślała, nieumarłych kurewek z Kościanego, dokąd chadzał, aby rozmawiać z jedną taką rudą ghoulką, która przypominała mu o zmarłej przed laty miłości. Lorraine nie zwykła kupczyć swymi wdziękami podczas pertraktacji biznesowych. Musiała dbać o swoją reputację, i nie pozwalała na podobny despekt nawet w żartach. Czy zachowała się właśnie jak okrutna, rozkapryszona gówniara? Owszem. Czy Delaney zachowywał się jak na wulgarnego ulicznika z pogardą do świata przystało? Owszem. Wszyscy dobrze wiedzieli, że na Nokturnie nie ma miejsca na sentymenty. A jednak Lorraine podniosła leżącego na posadzce papierosa, który wcześniej wypadł Delaneyowi z gęby. Wampir znieruchomiał, tym razem Lorraine delikatnie wsadziła mu jednak tlący się niedopałek między wargi. Wiedziała, że normalnie zgniótł by go już w popielniczce, bo zbyt mało zostało wolnej przestrzeni między bibułką a filtrem, a lubił dopalać papierosy do końca. Skinął jej ceremonialnie głową w podzięce.
– Czy to ważne, czy mi się oświadczył? – zaśmiała się Lorraine, powracając jak gdyby nigdy nic do przerwanej rozmowy na temat Rodolphusa. – Wystarczyło, że pojawił się osobiście w Danse Macabre. Pojawił się z pochlebstwem na ustach i z podarkiem w ręku. Z czarną różą jego rodu otoczoną kloszem...
– Z nazwiskiem "Lestrange" wytłoczonym na podeszwie butów. – Delaney przewrócił oczami. – Mam nadzieję, że wdepnął w jakie gówno na ulicy.
– Wszyscy go widzieli, bo chciałam, żeby widzieli. Wiesz, że ludzie zlatują się, gdy widzą w tym dla siebie potencjalną korzyść. – Zorganizowanie jadłodajni było projektem, o którym myślała od pewnego czasu, ale potrzebowała do tego wsparcia przedsiębiorców z Nokturnu. – Trudno oprzeć się pokusie oskubania czyściucha, którego twarz i nazwisko znasz z gazet, zwłaszcza pod pozorem legalności, skoro...
– Tak, tak. Wiem, do czego zmierzasz, Lorraine, nie jestem głupi. Wystarczy odcisnąć w gównianym błocie kałuży nazwisko czyściucha, żeby ludzie zaczęli gadać o właściwościach zdrowotnych kąpieli błotnych. Czytuję "Czarownicę", wyobraź sobie...
Nagle wycelował w nią oskarżycielsko palcem.
– Jak spytasz "to ty umiesz czytać?", to przysięgam... – pogroził.
– ...Więc chciałeś po prostu rozwiązać ze mną te quizy matrymonialne z ostatniego wydania? – odparowała półwila. – "Z którego czystokrwistego rodu będzie pochodził twój mąż i żona?". Może to tobie wyszedł Lestrange, i byłeś zazdrosny? – zakpiła Lorraine, urwała jednak w pół zdania, bo zza ciężkich drzwi kaplicy dobiegł nagle głośny huk.
Zadrżały płomienie świec.
Do wnętrza kaplicy wtargnął ledwie wyczuwalny przeciąg, niosąc ze sobą coś, czego nie sposób było pomylić z niczym innym. Wątły swąd dymu. Smród spalenizny.
Kaplica pozostawała cicha, nieruchoma. Za drzwiami dało się słyszeć poruszenie, przytłumione krzyki, odległy rumor biegnący gdzieś ulicą, ale grube mury Necronomiconu tłumiły wszystkie odgłosy. Lorraine podniosła się na nogi, aby wyjrzeć przez drzwi kaplicy do głównej sali zakładu pogrzebowego. Przez moment trzymając dłoń na klamce, jak gdyby sama obecność chłodnego mosiądzu miała ją uziemić, przypomnieć, że wszystko, co znajdowało się po tej stronie drzwi, wciąż pozostawało nienaruszonym. Pchnęła drzwi powoli, ostrożnie. Główna sala Necronomiconu była niemal pusta, a jednak nie taka sama, jak jeszcze chwilę temu.
Szyba w witrynie pękła.
Nie rozprysła się całkowicie. Przecięła ją nieregularna pajęczyna pęknięć, rozchodzących się od kilku punktów, jak gdyby coś ciężkiego uderzyło w nią z zewnątrz, nie przebijając jednak szła do końca. Przez szczeliny wciskało się powietrze, gorące, parne niemal, niosące ze sobą zapach dymu.
Za rozbitą witryną nie zobaczyła jednak ognia.
Zobaczyła popiół.
Opadał powoli, niemal miękko, jak śnieg, którego nikt nie oczekiwał o tej porze roku. Drobne, szare płatki wirowały w powietrzu, osiadając na parapetach, na framugach okien, elewacjach domów, pokrywając bruk zadymionej ulicy, która nagle wydała się dziwnie pusta.
Nie potrzebowała więcej, aby zrozumieć. Popiół wygarniała przecież niemal codziennie z dna krematoryjnego pieca.
Odwróciła się bez słowa, powróciwszy do kaplicy, w której czekał na nią Delaney. Siedział tam, gdzie go zostawiła, lecz jego ciało zdradzało to, czego nie próbował już nawet ukrywać. Napięcie, które wpełzło w niego wraz ze swądem dymu, sparaliżowało go niemal całkowicie. Palce miał zaciśnięte tak mocno, że gdyby krew jeszcze w nich krążyła, zbielałyby na kościach, a spojrzenie utkwione gdzieś w przestrzeni, jak gdyby widział coś, czego w kaplicy nie było. Lorraine bez słowa usiadła obok niego. Nie wiedziała jeszcze, że Londyn naprawdę płonął. Nie wiedziała, że ogień rozlewa się już po ulicach, że krzyki ludzi niosą się dalej. Pożoga nie dotarła do Necronomiconu, nie ogarnęła wnętrza starego zakładu pogrzebowego, osłoniętego przed katastrofą ręką Śmierciożercy... O tym Lorraine miała się dowiedzieć później. Teraz siedziała bowiem na zimnej posadzce kaplicy, powtarzając na głos słowa modlitwy, dopóki Delaney nie uspokoił się na tyle, że zaczął powtarzać za nią. Tutaj jesteśmy bezpieczni, szeptała. Od morowego powietrza, ognia, i grozy wojny, broń nas, o Pani. Nie wierzyła, że ogień może wyrządzić jej krzywdę. Choć tak po prawdzie, Lorraine nie wierzyła, aby cokolwiek tutaj mogłoby wyrządzić jej krzywdę. Nie, kiedy nosiła nazwisko swojego ojca. Gdy się bała, obstawała, oczywiście, przy dziecinnej wierze, że Matka ją obroni. Nawet żywioły musiały się podporządkować jej nakazom. Ale jeżeli nie usłuchałyby bogini, z pewnością usłychałyby jej ojca, którego głos był przecież w stanie osłonić ją przed całym złem tego świata.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Lorraine zapalała je dla swych bliskich, szepcząc błogosławieństwa. Zapalała po jednej dla każdego. Dla matki, i dla kobiety, którą całe życie nazywała matką. Dla ojca, i dla mężczyzny, który nie był jej ojcem, ale któremu pozwalała nazywać się córką. Dla ukochanej, dla Maeve, która rozświetlała mrok jej życia i mrok jej serca, ale i dla Otto, bo jego też za to kiedyś pokochała. Zapaliła świecę dla siebie i dla Baldwina. Zapaliłaby jedną dla Fridy, pomagając małym, dziecięcym rączkom zapalić drugą, gdyby ghoulka była obok, ale Baldwin zabrał ją dzisiaj ze sobą do Eurydyki, więc Lorraine od razu zapaliła dwie: jedną dla bogów życia, drugą dla bogów śmierci. Nie wiedziała, którzy czuwają nad dobrem nieumarłej dzieciny, nie wiedział tego Peregrinus, choć pokazał jej, jak patrzeć, aby nie zagubić się pomiędzy jednym a drugim. Nie wiedział tego także Delaney, który umarł z trzy wieki temu, tylko po to, aby narodzić się na nowo jako wampir. Ale Lorraine nie musiała wiedzieć. Wystarczyło, że wiedziała, że była matką Fridy w każdym tego słowa znaczeniu, tylko nie w dosłownym. Zapaliłaby wszystkie świece w kaplicy, żeby zobaczyć, jak ich blask odbija się w zielonych oczach jej malutkiej córeczki.
– Ostatnio modliłem się, gdy wlekli mnie na stos. Wyrokiem tego samego Boga, do którego się modliłem.
Rozwalony na podłodze kaplicy wampir odpalił papierosa końcówką różdżki, krzywiąc się, gdy nagły przeciąg rozwiał płomień, tak, że ten niemal sięgnął jego twarzy.
Delaney bał się ognia.
Lorraine wiedziała, jak narodziły się dręczące go demony. Pokazał jej, gdy wiedziony desperacją zjawił się w środku nocy na progu Necronomiconu. Szukał pomocy Alhazreda, ale to Lorraine mu jej udzieliła. Pomogła mu w ujarzmieniu wspomnień o stosach. Przygasiła legilimencją ich intensywność, spychając je na peryferie umysłu wampira, który nie chciał poddać się hipnozie. Nie chciał zapomnieć ognia, bo wtedy musiałby też zapomnieć twarz tej, która zginęła pośród płomieni. A czasem wspomnienie twarzy dawnej jego miłości była jedynym, co trzymało go przy życiu. Może zdarzało mu się być nieco autodestruktywnym, ale wciąż chciał żyć. Obiecał ukochanej, że będzie żyć, żeby odnaleźć ją, gdy narodzi się na nowo. Nie wiedział, dlaczego zaufał właśnie Lorraine. Być może gdyby zetknął się wcześniej z jakąś wilą, miałby pewne pojęcie na temat ich mocy. Nie pozwoliłby jej zajrzeć do wnętrza swej głowy. Potrafiłby oprzeć się hipnotyzującym zapewnieniom, że oddali od niego wszelki ból i cierpienie... Nie żałował jednak, że jej wtedy zaufał. Wciąż reagował gwałtownie na widok ognia, ale przynajmniej nie musiał unikać osiedli ludzkich.
– Być może modliłeś się za słabo – odpowiedziała Lorraine z wesołością w oczach, którą można byłoby pomylić z odblaskiem płomieni świec, gdy nie znało się jej dobrze. – Może do złego boga zanosiłeś swe modlitwy.
Ich spotkania zawsze wyglądały podobnie. Wymieniali się uzyskanymi informacjami, dyskutowali, komu warto zaufać, kogo wykluczyć. Porównywali strategie, dyskutowali, ile warte jest to, czego się dowiedzieli. Cenny transport odczynników do eliksirów, które mogłaby przechwycić Sfora. Potencjalny interes dla Borginów, zainteresowanych artefaktami magicznymi. Eksport nieznaczonych mioteł za granicę... Wszystko sprowadzało się do tego, komu warto było sprzedać odpowiednie informacje. Ale gdy już omówili to, co było do omówienia, wtedy po prostu siadywali wspólnie, gadając... Właściwie to o byle czym.
– Jak poszło spotkanie z Lestrangem? – zmienił temat Delaney. – Długo to się z nim nie zabawiałaś. Nie, żebym podsłuchiwał pod drzwiami, ale Abernathy już na pewno. "Pan Lestrange niełatwo znosi odmowę. Zbyt wiele razy ją ode mnie otrzymał." – Delaney powtórzył słowa, jakie Lorraine skierowała w stronę barmana z Danse Macabre, gdy Rodolphus opuścił karczmę. Półwila nie zapytała go, skąd zna dokładny przebieg ich rozmowy. Zdawała się być zadowoloną, że przywołuje jego słowa z taką precyzją, jak gdyhy deklamował sonet. Zmieniła się jednak na twarzy, gdy pociągnął temat dalej. Najpierw ledwo zauważalnie, a jednak... – Demelza z tego starego kantorka naprzeciwko powiedziała mi, że twój chłoptaś wyszedł z Danse Macabre jak niepyszny. Odrzuciłaś jego oświadczyny, czy co?
Wiedział, że przesadził, gdy Lorraine przechyliła głowę w ten charakterystyczny sposób, w jaki zawsze markowała zamyślenie. Wiele razy widział, jak to robiła. Gest z pozoru tylko tchnący naturalnością, a jednak wyuczony, żeby nie powiedzieć, że wystudiowany. Gest, który maskował gniew.
Delaney tylko żartował, mówiąc, że mogłaby uwieść Lestrange'a. Wszystkie rody czystej krwi jebały się przecież ze sobą, czyż nie? Na widok miny półwili wiedział już jednak, że pozwolił sobie na zbyt wiele. Nie było bowiem nic uwodzicielskiego w Lorraine, gdy ta zbliżyła się do niego, wciąż trzymając w ręku świecę, od której odpaliła pozostałe. Wyciągnęła rękę, aby czule przesunąć palcem wzdłuż jednej z żył meandrujących po grzbiecie jego dłoni. Nie było jednak w jej geście nic czułego. Nic, co mogłoby obiecywać, że pieszczocie towarzyszą jakieś cieplejsze uczucia. Nie, Lorraine była zimna w dotyku, jej oczy też były lodowate. Pod wpływem jej spojrzenia czuł wyłącznie odrętwienie, jak wtedy, gdy pijany wlókł się ciemną nocą do domu, a na zewnątrz trzaskał mróz. Wtedy na języku czuł upajający smak gorzałki, ale wila gorzej mieszała mu w głowie. Blask jej aury, którą ostatnio przestała niemal kompletnie przygaszać w obecności innych ludzi, zdawał się wampirowi szalenie rozpraszającym. Patrzył na nią, bo skupiała na sobie pełnię jego uwagi, ale nie był w stanie przeniknąć jej intencji. Nie gdy bombardowała Delaneya, zdawałoby się, niewyczerpanymi pokładami swej wilej magii, przytępiającej jego zdolność do zdroworozsądkowej oceny sytuacji. Gdy patrzył na jej zapadłą, bladą twarz, oświetloną wyłącznie nikłym blaskiem świec, czuł... Grozę. Tak, grozę. Miał ochotę przymrużyć powieki, bo porażał go sam widok, przerażający blask okalającej wilę bieli, zbyt intensywnej dla jego oczu. Biała była jej suknia, jej włosy, jej twarz. Nie mógł znieść Lorraine, gdy była taka. Była jak straszliwe słońce, wschodzące po to, aby nieść śmierć jemu, i jemu podobnym istotom. Nieść śmierć wampirom. Dzieciom nocy, które ukorzyć musiały się przed majestatem wstającej jutrzenki. Nie mrocznej, ale jasnej jasnością poranka, pięknej, lecz oślepiającej. A jednak Delaney nie mógł oderwać od niej oczu.
Nagle zdał sobie sprawę, że nie widział słońca od 288 lat.
Nie było nic kokieteryjnego w tym jak Lorraine zbliżyła się do niego, nie, coś drapieżnego, zwierzęcego niemal czaiło się w jej uśmiechu, gdy przesuwała palcami po powierzchni jego skóry. Nagle przytrzymała go bowiem, z nadspodziewaną brutalnością wpijając paznokcie w ciało, jak gdyby chciała sprawdzić, czy krew naprawdę już nie krąży w jego żyłach. Nie spuszczając wzroku z twarzy Delaneya, przechyliła trzymaną w ręku świecę, oblewając dłoń wampira gorącym woskiem.
– Kurwa mać – wydusił z siebie zaskoczony, wyrywając dłoń z uścisku wili, która nie próbowała go jednak powstrzymywać.
Odpowiedział mu jej śmiech.
Lorraine zaniosła się cichym śmiechem, osuwając z szelestem sukien na wysadzaną kamiennymi płytami posadzkę obok Delaneya, który próbował odczołgać się od niej gwałtownie.
Wiedział, że kilka kropel gorącego wosku nie może mu zrobić mu krzywdy. A jednak przed oczami widział już płonący stos, słyszał trzask płomieni, zawodzenie, gdy ogień trawił na węgiel uwiązane do pala ciało.
Mógł mieć siłę wampira, ale pozostawał bezradnym wobec wspomnień, które wciąż go prześladowały.
Gdy Lorraine ujęła jego dłoń, nawet siła go jednak opuściła.
Na palcu półwili nie świeciła się żadna zaręczynowa błyskotka, jaką można było zdobyć u jubilera, jeżeli miało się tyle pieniędzy, co znudzeni kawalerowie czystej krwi pokroju Rodolphusa Lestrange. Nie, na jej dłoni było miejsce na tylko jeden pierścień. Pierścień z emblematem rodu Malfoy, noszony przez wszystkich członków ich rodu. Nie sposób było z niczym innym pomylić tego błyszczącego "M" wtopionego między srebrzyste wiwerny pokryte połyskliwą łuską, które zamiast oczu miały brylanty. Odbijały światło świec tak samo jak oczy Lorraine. Gdyby przycisnęła swój pierścień do gorącego wosku, który skroplił się na dłoni Delaneya, zostawiłaby na nim odcisk jedynego herbu, jaki miał do niej należeć. Czy naprawdę zamierzał kwestionować, gdzie leżała lojalność Lorraine? Przecież wiedział, że miała na punkcie swego pochodzenia obsesję. Malfoy, Malfoy, Malfoy. Wszystko zawsze sprowadzało się do tego, że była Malfoy. A jednak dotyk jej zimnej dłoni przyniósł mu ulgę. Przypomniał sobie, jak objął ją wbrew sobie, gdy wyszeptała mu do ucha, że nie ma czego się bać. Jej szept był tak wszechogarniającym, że wspomnienie trzaskającego ognia, które wyciągnęła na wierzch legilimencją, zdawały się odchodzić w niebyt. Trwały, ale nie mogły wyrządzić mu krzywdy.
– Przecież żartowałem.
– Ja też.
Ukarała go za jego żart. Takie żarty możesz zachować dla swoich koleżanek, pomyślała, nieumarłych kurewek z Kościanego, dokąd chadzał, aby rozmawiać z jedną taką rudą ghoulką, która przypominała mu o zmarłej przed laty miłości. Lorraine nie zwykła kupczyć swymi wdziękami podczas pertraktacji biznesowych. Musiała dbać o swoją reputację, i nie pozwalała na podobny despekt nawet w żartach. Czy zachowała się właśnie jak okrutna, rozkapryszona gówniara? Owszem. Czy Delaney zachowywał się jak na wulgarnego ulicznika z pogardą do świata przystało? Owszem. Wszyscy dobrze wiedzieli, że na Nokturnie nie ma miejsca na sentymenty. A jednak Lorraine podniosła leżącego na posadzce papierosa, który wcześniej wypadł Delaneyowi z gęby. Wampir znieruchomiał, tym razem Lorraine delikatnie wsadziła mu jednak tlący się niedopałek między wargi. Wiedziała, że normalnie zgniótł by go już w popielniczce, bo zbyt mało zostało wolnej przestrzeni między bibułką a filtrem, a lubił dopalać papierosy do końca. Skinął jej ceremonialnie głową w podzięce.
– Czy to ważne, czy mi się oświadczył? – zaśmiała się Lorraine, powracając jak gdyby nigdy nic do przerwanej rozmowy na temat Rodolphusa. – Wystarczyło, że pojawił się osobiście w Danse Macabre. Pojawił się z pochlebstwem na ustach i z podarkiem w ręku. Z czarną różą jego rodu otoczoną kloszem...
– Z nazwiskiem "Lestrange" wytłoczonym na podeszwie butów. – Delaney przewrócił oczami. – Mam nadzieję, że wdepnął w jakie gówno na ulicy.
– Wszyscy go widzieli, bo chciałam, żeby widzieli. Wiesz, że ludzie zlatują się, gdy widzą w tym dla siebie potencjalną korzyść. – Zorganizowanie jadłodajni było projektem, o którym myślała od pewnego czasu, ale potrzebowała do tego wsparcia przedsiębiorców z Nokturnu. – Trudno oprzeć się pokusie oskubania czyściucha, którego twarz i nazwisko znasz z gazet, zwłaszcza pod pozorem legalności, skoro...
– Tak, tak. Wiem, do czego zmierzasz, Lorraine, nie jestem głupi. Wystarczy odcisnąć w gównianym błocie kałuży nazwisko czyściucha, żeby ludzie zaczęli gadać o właściwościach zdrowotnych kąpieli błotnych. Czytuję "Czarownicę", wyobraź sobie...
Nagle wycelował w nią oskarżycielsko palcem.
– Jak spytasz "to ty umiesz czytać?", to przysięgam... – pogroził.
– ...Więc chciałeś po prostu rozwiązać ze mną te quizy matrymonialne z ostatniego wydania? – odparowała półwila. – "Z którego czystokrwistego rodu będzie pochodził twój mąż i żona?". Może to tobie wyszedł Lestrange, i byłeś zazdrosny? – zakpiła Lorraine, urwała jednak w pół zdania, bo zza ciężkich drzwi kaplicy dobiegł nagle głośny huk.
Zadrżały płomienie świec.
Do wnętrza kaplicy wtargnął ledwie wyczuwalny przeciąg, niosąc ze sobą coś, czego nie sposób było pomylić z niczym innym. Wątły swąd dymu. Smród spalenizny.
Kaplica pozostawała cicha, nieruchoma. Za drzwiami dało się słyszeć poruszenie, przytłumione krzyki, odległy rumor biegnący gdzieś ulicą, ale grube mury Necronomiconu tłumiły wszystkie odgłosy. Lorraine podniosła się na nogi, aby wyjrzeć przez drzwi kaplicy do głównej sali zakładu pogrzebowego. Przez moment trzymając dłoń na klamce, jak gdyby sama obecność chłodnego mosiądzu miała ją uziemić, przypomnieć, że wszystko, co znajdowało się po tej stronie drzwi, wciąż pozostawało nienaruszonym. Pchnęła drzwi powoli, ostrożnie. Główna sala Necronomiconu była niemal pusta, a jednak nie taka sama, jak jeszcze chwilę temu.
Szyba w witrynie pękła.
Nie rozprysła się całkowicie. Przecięła ją nieregularna pajęczyna pęknięć, rozchodzących się od kilku punktów, jak gdyby coś ciężkiego uderzyło w nią z zewnątrz, nie przebijając jednak szła do końca. Przez szczeliny wciskało się powietrze, gorące, parne niemal, niosące ze sobą zapach dymu.
Za rozbitą witryną nie zobaczyła jednak ognia.
Zobaczyła popiół.
Opadał powoli, niemal miękko, jak śnieg, którego nikt nie oczekiwał o tej porze roku. Drobne, szare płatki wirowały w powietrzu, osiadając na parapetach, na framugach okien, elewacjach domów, pokrywając bruk zadymionej ulicy, która nagle wydała się dziwnie pusta.
Nie potrzebowała więcej, aby zrozumieć. Popiół wygarniała przecież niemal codziennie z dna krematoryjnego pieca.
Odwróciła się bez słowa, powróciwszy do kaplicy, w której czekał na nią Delaney. Siedział tam, gdzie go zostawiła, lecz jego ciało zdradzało to, czego nie próbował już nawet ukrywać. Napięcie, które wpełzło w niego wraz ze swądem dymu, sparaliżowało go niemal całkowicie. Palce miał zaciśnięte tak mocno, że gdyby krew jeszcze w nich krążyła, zbielałyby na kościach, a spojrzenie utkwione gdzieś w przestrzeni, jak gdyby widział coś, czego w kaplicy nie było. Lorraine bez słowa usiadła obok niego. Nie wiedziała jeszcze, że Londyn naprawdę płonął. Nie wiedziała, że ogień rozlewa się już po ulicach, że krzyki ludzi niosą się dalej. Pożoga nie dotarła do Necronomiconu, nie ogarnęła wnętrza starego zakładu pogrzebowego, osłoniętego przed katastrofą ręką Śmierciożercy... O tym Lorraine miała się dowiedzieć później. Teraz siedziała bowiem na zimnej posadzce kaplicy, powtarzając na głos słowa modlitwy, dopóki Delaney nie uspokoił się na tyle, że zaczął powtarzać za nią. Tutaj jesteśmy bezpieczni, szeptała. Od morowego powietrza, ognia, i grozy wojny, broń nas, o Pani. Nie wierzyła, że ogień może wyrządzić jej krzywdę. Choć tak po prawdzie, Lorraine nie wierzyła, aby cokolwiek tutaj mogłoby wyrządzić jej krzywdę. Nie, kiedy nosiła nazwisko swojego ojca. Gdy się bała, obstawała, oczywiście, przy dziecinnej wierze, że Matka ją obroni. Nawet żywioły musiały się podporządkować jej nakazom. Ale jeżeli nie usłuchałyby bogini, z pewnością usłychałyby jej ojca, którego głos był przecież w stanie osłonić ją przed całym złem tego świata.
Koniec sesji
PRZEWAGI: Cała sesja skupiona wokół przewagi Znajomość półświatka 2 oraz rodowej przewagi Blondynom się nie podskakuje. Delaney, młody wampir, jest szefem jednej komórek informacyjnych w sieci Lorraine na Nokturnie. Lorraine zyskała sobie jego przychylność korzystając z przewagi Legilimencja 3 (opisałam, jak pomagała mu oswoić się z traumą ognia sprzed lat, oglądając wspólnie z nim traumatyczne wspomnienia). Lorraine korzysta ponadto z umiejętności półwili: Ulubieniec tłumu 2, Niezwykła uroda 1. Poza tym Popularność 0 (napominam o wielu ludziach z Nokturnu, których Lorraine zna, i z którymi robi interesy, ze względu na szerokie znajomości), Występowanie 1 (jest jak zawsze bardzo teatralna w swoim zachowaniu), Kłamstwo 1 (w dobrym celu, chce upewnić Delaneya, że na pewno będzie bezpieczny na Podziemnych Ścieżkach, żeby poczuł się lepiej).
ZAWADY: Primadonna 1 – Lorraine bardzo oburza się, gdy ze strony Delaneya pada niesmaczny żart, i dobitnie daje mu to do zrozumienia.
ZACHOWANIE CIĄGŁOŚCI FABULARNEJ: w plotkach z Delaneyem wspominam o wcześniejszej sesji z Rodolphusem, która odbyła się tego samego dnia. Nawiązuję do planów projektu jadłodajni na Nokturnie, która początkowo miała funkcjonować z okazji Mabon (projekt pojawił się w liście do Woody'ego), a potem wspomóc osób poszkodowanych w pożarach, który to temat kontynuuję w tej sesji z Anthonym.
ZAWADY: Primadonna 1 – Lorraine bardzo oburza się, gdy ze strony Delaneya pada niesmaczny żart, i dobitnie daje mu to do zrozumienia.
ZACHOWANIE CIĄGŁOŚCI FABULARNEJ: w plotkach z Delaneyem wspominam o wcześniejszej sesji z Rodolphusem, która odbyła się tego samego dnia. Nawiązuję do planów projektu jadłodajni na Nokturnie, która początkowo miała funkcjonować z okazji Mabon (projekt pojawił się w liście do Woody'ego), a potem wspomóc osób poszkodowanych w pożarach, który to temat kontynuuję w tej sesji z Anthonym.