• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[3 IX 1972, Wrota Muspelheimu] Ku chwale Matki | Hjalmar & Lorraine

[3 IX 1972, Wrota Muspelheimu] Ku chwale Matki | Hjalmar & Lorraine
Ulfhednar
a wolf will never be a pet
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Hjalmar mierzy koło metra osiemdziesięciu ośmiu wzrostu i jest dobrze zbudowany dzięki ciężkiej harówce w kuźni. Przeważnie nosi swoje jasne włosy spięte w wikiński warkocz z wygolonymi lub krótko obciętymi bokami. Ma zadbany zarost w postaci wąsa i brody, chyba że akurat złapie go chęć na powrót do Islandzkich korzeni i pozwoli mu żyć własnym życiem. Jak na nordyckiego człowieka przystało - ma niebieskie oczy. Mówi w sposób spokojny i powolny z północnym akcentem - jego głos jest dosyć donośny. Na pierwszy rzut oka wydaje się być przyjemnym rozmówcą, który nie wykazuje agresywnych zachowań chociaż jego aparycja może niektórych pomylić.

Hjalmar Nordgersim
#1
18.02.2025, 20:28  ✶  
3 września 1972, Wrota Muspelheimu
Hjalmar Nordgersim & Lorraine Malfoy

Od wydarzeń podczas święta Lithy minęło kilka dobrych tygodni. Hjalmar zdążył już odrobinę zapomnieć o tamtych wydarzeniach, ponieważ miał natłok roboty. Zlecenia się piętrzyły, a zamysł Dagura, która mówił, że będzie wracał na Islandię, wcale nie pomagał w realizacji zamówień. Nie zmieniało to jednak faktu, że w głębi duszy pamiętał o tym, co zostało im niejako zapisane i zlecone - spełnienie prośby Wielebnej. W końcu to oni - Ci, którzy widzieli - byli świadkami tego wszystkiego i to właśnie oni mieli wypełnić jej wolę.

Nic więc dziwnego, że Nordgersim ucieszył się co nie miara, kiedy otrzymał list od tajemniczej damy, która przedstawiła się jako "Lorraine Malfoy". Hjalmar, jako osoba spoza Wielkiej Brytanii, nie znał nazwiska Malfoy. Nie znał też żadnej Lorraine ale jako osoba dobrze wychowana i kulturalna, odpisał na jej wiadomość, wdając się w krótką wymianę listów z tą tajemniczą Brytyjką.

Okazało się, że jest to dobra dusza, która również pragnie dobra Matki. Pragnie spełnienia jej woli - Islandczyk nie został sam z tym zadaniem.

Klamka zapadła - początek września. To była ustalona data na spotkanie, które miało rozstrzygnąć o przyszłości tego planu, a także rozwiać wszelkiej wątpliwość. Zegar tykał, a z każdym kolejnym dniem było coraz bliżej do ich spotkania.


~*~*~


To był dzień jak każdy inny. Hjalmar wstał, zjadł szybkie śniadanie i czym prędzej dorzucił do wielkiego pieca w warsztacie, ponieważ nie miał prawa on zgasnąć, co według legend z jego ojczyzny świadczyło tylko o jednym - upadku danej kuźni, a "Wrota Muspelheimu" trzymały się całkiem solidnie. Było trochę zleceń - idealnie, aby się utrzymać i jeszcze trochę zarobić. Nordgersim nie biedował.

Wchodząc w podwórze posesji, dało się słyszeć huk metalu, który był skrzętnie formowany przy pomocy ciężkiego młota. Drugim elementem, który rzucał się w oczy była kombinacja skwierczącego węgla, wszechobecnego żaru czy opiłek żelaza. Bez większego trudu dało się dostrzec kowadło, które grało główne skrzypce i odpowiadało za całą melodie tego miejsca.

Jako, że pracownia była na w pół otwarta, nie trzeba było się gimnastykować, aby zobaczyć tuziny narzędzi, które były poustawiane w zachodniej części przybytku. Nie dało się też ominąć wielkiej hałdy węgla, która była usypana nieopodal wejścia i samego pieca. We wschodniej części znajdował się pokaźny stos sztab żelaza czekających na to, aż zostaną przetworzone na produkt końcowy. Z innych, równie ciekawych przedmiotów, dało się dostrzec kilka stołków, wielką beczkę z wodą oraz jakieś skończone zamówienia, które czekały na odbiór. Ot, taka zwykła kuźnia.

W środku warsztatu kręcił się wysoki mężczyzna. Ubrany był w fartuch kowalski i rękawice ochronne. Dzierżył również młot, którym wystukiwał rytm i nucił coś pod nosem, co by czas mijał przyjemniej.

Hjalmar zdawał się nie przejmować otaczającym go światem, ponieważ znajdował się w swoim własnym - świecie kowalstwa. Z pieczołowitością wykuwał podkowy dla jakiegoś zapalonego jeźdźca, dbając o najmniejsze szczegóły. W końcu szczycił się tym, że jego produkty to dzieła ludzkich rąk i nie ma w nich za grosz magii, a na pewno nie w samym przedmiocie, wszak Dagur potrafił zakląć odpowiednio takie narzędzie, aby otrzymało nowych właściwości.

Kilka uderzeń w to miejsce. Kilka w inne. O! Gość... zreflektował się szybko, odkładając swoje narzędzie pracy na bok. Nastała cisza.

- Zgubiła się pani? Może mógłbym jakoś pomóc? - zapytał łagodnie, pozwalając sobie na lekki uśmiech. Dało się dostrzec, że jest zaaferowany próbą pomocy dla nowego przybysza - Jeżeli szuka pani jednego z lokalnych przybytków, tudzież zwanych karczmą... - wskazał otwartą dłonią gdzieś we wschodnim kierunku - Musi się pani udać w tamtym kierunku. Nie jest jakoś szczególnie daleko. Kilkaset metrów co najwyżej - dodał, odkładając rękawice na bok, a następnie podszedł bliżej kobiety, która zjawiła się w jego warsztacie.

Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#2
02.08.2025, 18:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.08.2025, 19:25 przez Lorraine Malfoy.)  
Ostatnie dni były... Wyczerpujące. Najpierw spotkanie z Elliottem, jak zawsze wypełnione dywagacjami na temat przyszłości rodu, potem zaś – wieczorek hazardowy w posiadłości Agnes Delacour, który Lorraine spędziła u boku Eden. Następnego dnia koncert z ramienia Muzy, do którego przygotowywała się przecież tak długo. Wybrzmiał wreszcie Ravel: występ, w który włożyła tak wiele pracy, wypadł doskonale na tle wydarzenia, ale Lorraine wciąż wracała myślami do zasłyszanych przypadkiem pogardliwych słów pod swoim adresem. "Już dawno powinni cię wydziedziczyć", szeptały jej nad uchem stare siostry Parkinson, z twarzami rozszarpanymi przez szczurze pazury, trzygłowy potwór z łonem przeżartym przez robactwo. Lorraine budziła się z tych snów z płaczem. Tylko Maeve potrafiła odegnać złe sny, składając pocałunki na jej zmęczonych powiekach. Bo Lorraine była zmęczona, zmęczona zmęczeniem, na które nie mógł nic poradzić sen. Nie spodziewała się bowiem, że równie wiele przygotowań, co koncert pianistyczny, kosztować ją będzie pogrzeb Roberta Mulcibera. Nadwyrężone pracą siły, nerwy nadszarpnięte przez rozmowę, jaką odbyli z Baldwinem... Nie chciała wracać do tej rozmowy, a jednak wciąż do niej wracała, i wiedziała, że Baldwin też wraca. Był ostrożniejszy w gestach, tak jak i ona była czulsza w słowach. Wydawał cieszyć się razem z nią, gdy wróciła do codziennych ćwiczeń na zaczarowanej planszy, będącej imitacją pianina, choć widział, że złamany bark wciąż pobolewa ją lekko, gdy wykonywała zbyt gwałtowe ruchy w osi stawu. Nie potrafiła tego ukryć przed jego czujnym spojrzeniem. A jednak, jakoś się trzymała, jak zawsze: plecy nosiła wyprostowane, a na jej twarzy widniał uśmiech, bo wszystko zaczynało wracać do normy – a przynajmniej do tego, co półwila zwykła nazywać normą – dopóki nie rozmowa z Anthonym.

Powiedzieć, że rozmowa z przyjacielem nią wstrząsnęła, byłoby niedopowiedzeniem. Lorraine przechorowała wizytę w Little Hangleton. Po powrocie do domu zaszyła się w biurze, składając na poduszce głowę pulsującą od bólu, który nie dawał o sobie zapomnieć nawet po zażyciu eliksiru nasennego. Nie podnosiła się wczoraj z łóżka. Zwlokła się tylko po to, aby zadbać o Fridę, a resztę dnia spędziła odpisując na wiadomości od swych pająków, zasnąwszy dopiero nad ranem, z dzieckiem w ramionach. Do obsługi zakładu pogrzebowego zrekrutowała wcześniej Alhazreda, którego dopadła, gdy wychodził z kuchni z kolekcją starych zlewek laboratoryjnych, wypełnionych kawą. Zawsze wiedziała, jak wziąć starego na litość, ale tym razem nie musiała się wcale starać: wyglądała na zwyczajnie chorą. Wciąż tak wyglądała. Cienie pod oczami zdawały się wyraźniejsze niż zwykle, bo Lorraine była jakby bledsza, bardziej wymizerowana. Nie dała rady nic jeść, więc policzki znowu jej się zapadły, nadając twarzy nieprzyjemnej ostrości. Potrzebowała dłuższej chwili, aby dojść do siebie po teleportacji, a po drodze do warsztatu Nordgersimów przystawała kilka razy, aby nie złapać zadyszki.

Wrota Muspelheimu przywitały ją szczękiem metalu o metal, wesołym skwierczeniem paleniska i błyskiem iskier, krzesanych pod uderzeniami kowalskiego młota. Pierś jej wciąż wznosiła się i opadała, gdy przechodziła obok schludnie poustawianych narzędzi, których przeznaczenia mogła się tylko domyślać. Zagarnęła białe suknie bliżej siebie, aby nie osmoliły się przypadkiem, gdy wymijała kolejne sterty węgla, podtrzymującego płomień kuźni przy życiu. Nie chciała przeszkadzać właścicielowi warsztatu, który wydawał się pochłonięty pracą. Nie odezwała się więc, wiedząc, że nie zdołałaby przekrzyczeć ani huczenia ognia, ani walenia młotem o kowadło. Wykorzystała okazję, aby móc lepiej przyjrzeć się temu, który przyobiecał jej pomoc w realizacji próśb Matki, podzieliwszy się z nią własnymi doswiadczeniami z pamiętnego święta Lithy. Wysoki, postawny mężczyzna o skandynawskiej urodzie, którego twarz przecież mgliście kojarzyła, a której widok wydawał się na nowo budzić do życia wspomnienia z sabatu. Wtedy była zbyt przejęta obecnością Maeve u swojego boku, aby patrzeć na obce twarze, a późniejszy wybuch Sarah skutecznie odwrócił jej uwagę od reszty zgromadzonych w kamiennym kręgu wyznawców bogini. Potem przeżywała doświadczenie boskości, jaka stała się jej udziałem, groźbę ministerialnych przesłuchań wiszącą nad jej głową, i wreszcie malutki, maciupeńki, trwający pół lata niemal kryzys wiary... A jednak, gdy patrzyła teraz w twarz Hjalmara czuła wyłącznie spokój. Przypominał jej natchnionego zapałem twórcę, gdy pochylał się z przejęciem nad kowadłem. Może dlatego uśmiechnęła się, gdy podniósł głowę.

Zdziwiła się jednak, gdy dotarł do niej sens słów mężczyzny. Nie szukała przecież karczmy, przyszła tutaj porozmawiać o ołtarzu dla Matki... Och, nie, zrozumiała nagle, więc Nordgersim nie był świadom, że zjawi się u niego dzisiaj? Stropiła się, nieświadomie zaczynając zabawę srebrnym pierścionkiem z emblematem rodu Malfoy, który zdobił jej dłoń: przekładała błyskotkę z palca na palec, ważąc przez chwilę w ciszy słowa mężczyzny. Przecież wysyłała wczoraj wszystkie listy, jak mogła przeoczyć ten do Hjalmara? W głowie nie mieściło się jej, że zapomniała potwierdzić terminu swojej wizyty w Dolinie Godryka... O czym jeszcze zapomniała? Ostatnie dni zdecydowanie dały jej w kość. Musiała przeprosić za swoją niedyspozycję.

– Szukam rycerza, który deklarował mi się, że gotowy jest służyć chwale Matki – zaśmiała się serdecznie, choć "rycerz", którego znalazła, nie dzierżył przecież w dłoni miecza, tylko młot, a zamiast kolczugi miał na sobie strój kowala. Ale właśnie tego było jej trzeba! Bo serce, pracujące tak równo, jak pracowały miechy w kuźni, Hjalmar zdawał się mieć we właściwym miejscu. Żarliwość, jaka biła z jego listów, dorównywała żarowi buchającemu z rozstawionych wokół pieców. – Lorraine. Lorraine Malfoy. Najmocniej przepraszam za najście – odezwała się, pokrywając zakłopotanie pewnością siebie. – Korespondowaliśmy ze sobą w sprawie... Wydarzeń, które miały miejsce w trakcie czerwcowego sabatu. Byłam przekonana, że posłałam sowę z potwierdzeniem wizyty, ale musiałam się pomylić przy adresowaniu listu. Doprawdy, nie znajduję na to innego wytłumaczenia niż własne niedbalstwo. Proszę o wybaczenie, panie Nordgersim. To znaczy, Hjalmarze. Powinnam domyślić się swej pomyłki, po tym jak nie dostałam zwrotnej sowy.


Yes, I am a master
Little love caster
Ulfhednar
a wolf will never be a pet
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Hjalmar mierzy koło metra osiemdziesięciu ośmiu wzrostu i jest dobrze zbudowany dzięki ciężkiej harówce w kuźni. Przeważnie nosi swoje jasne włosy spięte w wikiński warkocz z wygolonymi lub krótko obciętymi bokami. Ma zadbany zarost w postaci wąsa i brody, chyba że akurat złapie go chęć na powrót do Islandzkich korzeni i pozwoli mu żyć własnym życiem. Jak na nordyckiego człowieka przystało - ma niebieskie oczy. Mówi w sposób spokojny i powolny z północnym akcentem - jego głos jest dosyć donośny. Na pierwszy rzut oka wydaje się być przyjemnym rozmówcą, który nie wykazuje agresywnych zachowań chociaż jego aparycja może niektórych pomylić.

Hjalmar Nordgersim
#3
20.08.2025, 17:55  ✶  

Kucie metalu było dla Hjalmara niemal całym światem i życiem. Robił to zawodowo, czerpał z tego garściami - zarówno satysfakcji, spełnienia i dumy. Pieniądze, chociaż ważne, nie stanowiły dla niego wielkiej rzeczy. Nigdy nie zależało mu na zbieraniu jakiś gór ze złota, drogich błyskotek czy miliona drogich przedmiotów, co tylko wskazywało na jedno - daleko mu było do tego przysłowiowego smoka z legend. Nordgersim preferował proste życie blisko natury - domek przy lesie, mały warsztat, zagroda ze zwierzętami, a do tego rodzina i przyjaciele. Nic więcej, nic mniej.

Był pewien minus tego fachu, który wynikał z podejścia Islandczyka. Hjalmar wpadał po prostu w trans, który trwał i nic nie było go w stanie wyrwać. Tak też było tym razem. Nic więc dziwnego, że Lorraine miała wystarczająco dużo czasu na to, aby przyjrzeć się całemu zakładowi czy pracy Nordgersima. Prawdę mówiąc, mogłaby nawet dokonać kradzieży, próby zasztyletowania rzemieślnika czy kręcenia się po zakładzie, ponieważ nie zwróciłby na nią uwagi. Z drugiej strony może i lepiej, że jej nie zauważył, wszak mógłby się tylko rozproszyć i zrobić sobie krzywdę. I to też nie było tak, że ignorował Malfoyównę. O nie, nic z tych rzeczy!

- Rycerza...? - powtórzył pod nosem, a jego twarzy zagościło zdziwienie. Hjalmar nie widział rycerzy od dobrych lat. Nie był pewien czy nawet jego ojciec pamiętał takie czasy. Skąd mieliby wziąć takiego bohatera, który pomógłby ich sprawie? Było parę zleceń na miecze, czy inne ozdobne ostrza, ale kiedy to było - lata temu.

Kiedy Lorraine się przedstawiła, Nordgersim zaśmiał się nerwowo, całkowicie zmieniając swoją postawę na lekko spiętą. Trochę jakby zrobił coś złego lub jakby coś go zaskoczyło... bo w sumie tak było.

- No tak! - uniósł dłonie do góry, zupełnie jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. To przecież musiała być Lorraine Malfoy, a nie ktokolwiek inny - Jak mogłem panienki nie rozpoznać - opuścił dłonie, śmiejąc się nerwowo. Jak mógł jej nie rozpoznać? A pewnie dlatego, że widział ją raz w życiu i nie pamiętał jak wygląda. Pech, a może los chciał, że Hjalmar już tak miał, więc sprawiło mu to niemałe zakłopotanie. Nie chciał w żadnym stopniu urazić panienki Lorraine, a wszystko wskazywało, że to właśnie niechcący zrobił.

Słysząc kolejne słowa, pokiwał głową na potwierdzenie. Jak mógłby zapomnieć o tym, że korespondował z ów damą? W życiu by to nie przeszło jego uwadze.

- Oczywiście, że tak. Pamiętam. Czekałem - zapewniał, brzmiąc już odrobinę pewniej - Nie, nie. Spokojnie. Musiał gdzieś tutaj ten list być... Może gdzieś go schowałem? - podrapał się po głowie w zastanowieniu - Proszę chwilę poczekać. Już no zerkam tutaj... - ruszył czym prędzej w kierunku sterty dokumentów i listów, które leżały na stoliku nieopodal. Nie czekając zbyt długo, przystąpił do poszukiwań. Sprawnie sortował kartki papieru na te mniej i bardziej ważne.

- Zamówienie numer 314... Zestawienie opłat miesięcznych... - wertował, czytając pod nosem - List od Lorrindy... - podniósł głowę, aby przyjrzeć się Lorraine - Nie. To nie to - odłożył go na bok do stosu z mniej ważnymi rzeczami - Lorraine Malfoy. Mam! - uniósł wiadomość w dumie ku górze. Zupełnie jakby odkryli wszelkie sekrety odnośnie Matki, a może wręcz samego Merlina.

Nordgersim otworzył go czym prędzej i mina mu zrzedła. Ciężko westchnął, wszak był to jeden z poprzednich listów, a nie ten, który miałby mówić o dacie przybycia damy do jego skromnych włości.

- Przepraszam. Fałszywa wiadomość - przyznał z lekkim smutkiem w głosie, odkładając go na stertę ważnych rzeczy - No nic, chyba go dzisiaj nie znajdziemy - dodał, kładąc dłoń na blacie - Nie ma co się jednak martwić. Bardzo się cieszę, że jesteś... - umilkł na chwilę, zastanawiając nad formą zwrotu, którym powinien się zwrócić do Malfoyówny. Z jednej strony sama mówiła do niego na "Ty", a z drugiej strony czuł nieodpartą chęć, aby zwracać się do niej na "pani" czy innym, tego typu zwrotem grzecznościowym.

- P-p-pa... Pani... - przetarł dłonie w stresie - W sensie... Lorraine. Tak, tak. Lorraine. Właśnie tak. Lorraine - mówił szybko, pokonując samego siebie w tym całym stresie, który nie miał żadnego źródła, niż sam Hjalmar.

Nordgersim podstawił zaraz stołek dla swojej towarzyszki, wskazując go dłonią, a sam przestawił kilka rzeczy co by zrobić miejsca dla ich dwójki.

- Proszę mi powiedzieć - zwrócił się do Lorraine - Czy życzysz sobie coś do picia? Herbaty, kawy, a może czegoś mocniejszego? - wyliczał na palcach, nie chcąc niczego zapomnieć - A może maślanki? Bardzo dobra, chłodna - zachęcał, zupełnie jakby był jakimś kelnerem w restauracji - A może panienka chce coś zjeść? - przymknął oczy, ciężko wzdychając - W sensie... Czy Ty chcesz coś zjeść, Lorraine... - poprawił się szybko, chociaż twarz mu się odrobinę zaczerwieniła od tej pomyłki.

- Nie mniej jednak, powiedz mi proszę, jak Ty to wszystko widzisz? Od czego powinniśmy zacząć? - zapytał, oddając jej pełnię swojej uwagi.

Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#4
17.11.2025, 08:49  ✶  
– Lorraine – powtórzyła łagodnie, nie chcąc powodować u Hjalmara zakłopotania. Nie przeszkadzało jej, że mężczyzna zwracał się do niej po imieniu, sama zaoferowała mu przecież przejście na "ty". Gdyby Hjalmar był siwym starcem z brodą równie potężną co i jego młot, Lorraine sama z szacunku zachowałaby formę grzecznościową, ale wydawało jej się, że muszą być w zbliżonym wieku. Nie widziała więc powodu, dla którego mieliby zachowywać przesadny formalizm. Bogini nie faworyzowała żadnego ze swych dzieci, wszystkich i każdego z osobna przygarniając do swego życzliwego łona. Kimże byli, jeżeli nie braćmi i siostrami w wierze? A w wierze wszyscy byli równymi. Hjalmar zawsze zwracał się do niej z szacunkiem, dlatego na to samo mógł liczyć w zamian ze strony Lorraine. No i jakby nie dość tego wszystkiego, tak uroczo się przy tych "paniach" i "panienkach" rumienił! Musiałaby chyba nie mieć serca, żeby dłużej tak nieszczęsnego zawstydzać. Chociaż uśmiech sam wprosił się na jej twarz, gdy zobaczyła, jak się przy niej zaczerwienił. Może i dobrze, że nie skojarzył, że to jego odwołała dumnym mianem rycerza. Byłby bardziej rumiany niż późne odmiany jabłek porastające sady, które mijała w drodze do Doliny.

Ostatni już raz Lorraine przeprosiła za zamieszanie z listami, skruszeniem usprawiedliwiając swoje niedbalstwo.

– Jeżeli nie sprawi to problemu, czy mogłabym prosić o herbatę? – odpowiedziała z na rzuconą przez Hjalmara propozycję, zasiadłszy na wskazanym jej stołku. Z gracją zagarnęła najpierw suknie, aby się nie pogniotły, widać było jednak, że spoczynek sprawił jej ulgę. Nie była przyzwyczajona do wysiłku, a przez kilka ostatnich dni czuła się naprawdę podle. Miała jednak nadzieję, że ożywcze powietrze Doliny Godryka pozwoli jej podreperować nadwyrężone nieco siły. Może taka przebieżka wcale dobrze jej zrobi na samopoczucie? – Najzwyczajniejszą jaką masz, nie kłopocz się mną zanadto, proszę. Potrzebuję tylko odsapnąć, zwilżyć nieco gardło... Nigdy tutaj nie byłam, więc teleportowałam się bliżej centrum, niepotrzebnie nadłożywszy drogi. Ale ty, Hjalmarze, musisz się koniecznie napić razem ze mną. Widziałam, jak ciężko pracujesz. – Brodą wskazała na warsztat, gdzie jeszcze przed chwilą krzątał się, pochłonięty pracą. – Kiedy ostatnio zrobiłeś sobie przerwę, hm? – spytała w tonie życzliwej troski, z lekkim uśmiechem wykwitłym na ustach. Widziała przecież, z jakim przejęciem pochylał się nad kowadłem. Każdy ruch kowala, wprawnego w swym rzemiośle, zdawał się nosić znamię celu. Lorraine szczerze była zainteresowana jego robotą, bo nie miała kompletnie o niej pojęcia.

– Myślałam, żeby zacząć od projektu – zaczęła poważnie, z namysłem, zapytana o zdanie. – Z tego, co rozumiem, bogini poleciła nam wykonanie ołtarza na jej cześć i na chwałę jej imienia. Ja... Przyznam, że nie mam pojęcia, jak się robi ołtarze, choć ołtarzy widziałam wiele. Najprostsze składają się z postumentu i płyty, na której odprawia się właściwe obrzędy. Te bardziej strojne zaopatrzone są również w nastawę ołtarzową z rzeźbami lub malowidłami. Mój brat stryjeczny, Baldwin... Malował kiedyś taki ołtarz – pochwaliła się, momentalnie się rozpogadzając. Rzeczywiście, miała to szczęście przypatrywać się Baldwinowi przy pracy. Często mu w końcu pozowała. – Wiem, jak wiele zajęło mu to czasu. Myślałam więc o czymś prostym... Zwłaszcza, że nie wiem, jak wiele pieniędzy będę w stanie zebrać, żeby pokryć taki wydatek. Jeżeli powiesz mi, jak byś to wszystko widział, napiszę do jego ekscelencji Arcykapłana, może wspomoże naszą misję nie tylko dobrym słowem... Nie chciałam jednak nic robić bez uprzedniej konsultacji z tobą – pospieszyła z wyjaśnieniami Lorraine. – Bo jeżeli mówić mam szczerze, nie wiem, od czego zacząć, Hjalmarze. Więc przepraszam, jeżeli zaczęłam źle. Ale wzięłam ze sobą parę rysunków poglądowych, które na moją prośbę skreślił Baldwin.


Yes, I am a master
Little love caster
Ulfhednar
a wolf will never be a pet
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Hjalmar mierzy koło metra osiemdziesięciu ośmiu wzrostu i jest dobrze zbudowany dzięki ciężkiej harówce w kuźni. Przeważnie nosi swoje jasne włosy spięte w wikiński warkocz z wygolonymi lub krótko obciętymi bokami. Ma zadbany zarost w postaci wąsa i brody, chyba że akurat złapie go chęć na powrót do Islandzkich korzeni i pozwoli mu żyć własnym życiem. Jak na nordyckiego człowieka przystało - ma niebieskie oczy. Mówi w sposób spokojny i powolny z północnym akcentem - jego głos jest dosyć donośny. Na pierwszy rzut oka wydaje się być przyjemnym rozmówcą, który nie wykazuje agresywnych zachowań chociaż jego aparycja może niektórych pomylić.

Hjalmar Nordgersim
#5
01.12.2025, 19:11  ✶  
Hjalmar nie potrafił wyjaśnić, skąd wynikało to całe zmieszanie i wręcz lekki wstyd, który przejął nad nim kontrolę. Lorraine - bo tak miała na imię jego towarzyszka i tak prosiła, aby się do niej zwracać - bez trudu mogłaby być jedną z kapłanek, bo biła od niej aura dobroci, a przynajmniej Nordgersim nie widział w niej ani grama zła. A może właśnie ta aura była czynnikiem, który onieśmielał Islandczyka?
Mimo wszystko zerwał się ze swojego miejsca, słysząc prośbę Malfoyówny. Gość w dom, Bóg w dom. W imię tej zasady musiał - a przede wszystkim chciał - ugościć ją najlepiej, jak tylko potrafił.
Sprawnym ruchem pochwycił czajnik z wodą i czym prędzej ustawił go na palenisku, aby ten mógł zacząć się ogrzewać. Mimo że z kuźni buchał żar, pogoda była jesienna, więc zdarzały się pojedyncze zrywy wiatru, które jeżyły włos na ciele.
- Ale to żaden kłopot. Naprawdę - zapewniał ją, krzątając się między półkami. Na chwilę umknął nawet na zaplecze, choć zapewniał, że dalej jej słuchał - co oczywiście było prawdą.
- Możesz odpoczywać tutaj tak długo, jak tylko zechcesz. To będzie dla mnie czysta przyjemność - zakomunikował, wyłaniając się z paczką herbatników - Nie chcę wyjść na kogoś, kto obraża waszą kulturę, tradycję i jestestwo, ale chyba lubicie pić herbatę z małą przekąską - przyznał, odsuwając pudełko bliżej Lorraine - Z przyjemnością - pokiwał głową na zgodę i sam rozejrzał się po warsztacie, podążając za jej spojrzeniem.
- Wiesz, kto tak mi mówi? - zaśmiał się, podchodząc do niewielkiej komódki - Pandora - odpowiedział, wyciągając zdjęcie z Prewettówną, na którym stali we dwójkę gdzieś pośród Islandii. Kobieta - o ile czytała różne gazety - mogła rozpoznać najbardziej uroczą czarownicę według tygodnika "Czarownica".
- Eh... Piękna osoba z niej. Dusza nieskazitelna, hojna, wspaniała i uroda jakich mało... Brak mi słów, aby opisać jej majestat, bo mógłbym cały wieczór głosić superlatywy na jej temat - ciężko westchnął. Jego głos był lekko rozmyty, zupełnie jakby Hjalmar topniał w oczach. Dało się dostrzec uśmiech na jego twarzy i ruch dłoni, która przejechała po zdjęciu - delikatnie, z gracją i wyczuciem - jakby próbował musnąć jej policzek.
Przez chwilę przyglądał się jeszcze swojej wybrance zamkniętej w ramce, po czym odłożył fotografię i powrócił spojrzeniem do Lorraine, oddając jej pełnię swojego skupienia.
- Projekt... - powtórzył po niej, stukając melodycznie w blat. Nordgersim słuchał uważnie, analizując jej słowa. Mieli wspólną misję, a Islandczyk miał zamiar dać z siebie 110%.
- Nie przepraszaj, Lorraine, bo niczym nie zawiniłaś. Twoja dusza jest wielka, a wiara jeszcze większa. Damy radę wspólnymi siłami - zapewnił ją.
- Nie wiem, jak to wygląda tutaj. Wiesz, u Was. U nas na Islandii ołtarze najczęściej były z kamienia, a na nich rysowaliśmy runy, które miały nas chronić. Składaliśmy tam też kwiaty i różne dary - przedstawił, jak to wygląda w jego rodzinnych stronach - Powiedzmy, że każda rodzina miała swój ulubiony ołtarzyk, przy którym się zbierali. Oczywiście nie były to miejsca jakkolwiek prywatne, a ogólnodostępne. Bardzo często całe wioski zbierały się i wspólnie celebrowały święta. Wszyscy dbali o takie miejsce. W końcu w jedności jest siła - dodał z przekonaniem, po czym odwrócił się w kierunku czajnika, który zaczął powoli dawać o sobie znać.
- Może moglibyśmy postawić również na taki kamień? A Twój serdeczny brat stryjeczny mógłby dopomóc swoimi umiejętnościami? To w końcu sprawa godna i słuszna, więc pomoc artysty z pewnością by się przydała. Ja mógłbym zająć się runami, a samo przygotowanie kamienia mogłoby być naszą wspólną pracą. Z chęcią wytłumaczę Wam, jak taki kamień można przygotować. A mówię Wam, bo liczę na moc sprawczą mości Baldwina i jego chęć pomocy w tej sprawie - uśmiechnął się od ucha do ucha, po czym wyciągnął dwa kubki.
Chwilę później nasypał do nich mieszankę ziół, która nie była zwyczajną herbatą. Składała się z roślin, może nawet korzonków, które pochodziły z jego ojczyzny. Kiedy wszystko było gotowe, a z kubków unosiła się gorąca para, Hjalmar powrócił do Lorraine.
- Przyjrzyjmy się może tym projektom? Na pewno będzie tam coś dobrego. Coś, co zadowoli wszystkich - dodał z optymizmem w głosie. Nordgersim był gotów do działania.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#6
26.01.2026, 22:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.01.2026, 22:32 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine delikatnie ujęła między palce podsunięte jej zdjęcie, chcąc przyjrzeć mu się z bliska. Przypatrywała się przez chwilę parze zakochanych uwiecznionych w kadrze, w otoczeniu natury.

– Jest piękna... – powtórzyła za Hjalmarem. Powoli, rozkoszując się brzmieniem tego słowa na języku, jak i sposobem, w jaki je wypowiadał. A wypowiadał je tak, jak gdyby miłował.

W świecie Lorraine nikt nie robił nic z miłości. Małżeństwa były aranżowane przez rodziców, a podążyć za porywem serca znaczyło zaciągnąć niemożliwy do spłacenia dług. Gdy oddało się w zastaw to, co najcenniejsze, pozostawało żyć z lichwy. Mało to było żon, które szły ślubnym kobiercem przystrojone w pożyczone uczucia? Mężów, którzy wstępowali w związek małżeński z obowiązku? Miłość była śmiercią obowiązku. Obowiązku wobec rodziny, wobec świata. W świecie Lorraine miłość sprowadzała na człowieka tylko nieszczęście i ruinę.
Jej ojciec kochał wilę, której wspomnienie prześladowało go wciąż mimo upływu lat. Pochował ją tymi samymi rękoma, którymi pisywał dla niej wiersze, a potem zszedł w głąb Podziemnych Ścieżek. Zszedł jako Armand, ale spod ziemi wyszedł jako Orfeusz. Orfeusz kochał nimfę Eurydykę, ale nie potrafił wyzwolić jej z okowów śmierci, pozwolił więc rozerwać się na strzępy pijanym menadom. Wody rzeki Hebros spłynęły tamtego dnia krwią. Baldwin kochał Calanthe tak bardzo, że gotów byłby się dla niej wykrwawić, ogarnięty okrutną obsesją posiadania. Samson kochał Dalilę równie okrutnie, równie nieprzytomnie. W imię tej miłości poświęcił wszystko, nawet samego siebie. Wznosząc się ponad ślepotę i upokorzenie zburzył wrogą świątynię, zabierając ze sobą do grobu więcej ludzi niż zdołał zabić w trakcie całego swojego wypełnionego wojnami życia. Z jakiegoś powodu cena za miłość zawsze podawana była w trupach, jak gdyby świat nie uznawał innej waluty dla uczucia.
Może właśnie dlatego Lorraine pracowała w zakładzie pogrzebowym. Było coś niesłychanie czułego w śmierci. W tradycji grzebania zwłok, nawiedzania mogił dawno zmarłych bliskich. "Dopóki śmierć nas nie rozłączy", czy nie tak przysięgano sobie w małżeńskich ślubach? Ale przecież miłość nie kończyła się po śmierci. Prawdziwa miłość trwała aż po grób.
Niechby więc przyniosła z sobą ruinę. Niechby przyniosła nieszczęście! Miłość jest tego wszystkiego wartą, pomyślała Lorraine, odwzajemniając uśmiech uwiecznionej na zdjęciu kobiety. Wszystko co robiła Lorraine, robiła przecież z miłości. Nie zawsze była to miłość właściwa, nie zawsze bezinteresowna. A jednak wiedziała, że kocha, i jest kochaną. Lorraine kochała Maeve. Czy dało się wyrazić jej miłość w uncjach opium? Przeliczyć wszystkie pocałunki, jakie wymieniły? Wszystkie momenty, kiedy serce zatrzymywało się w piersi, a potem zrywało do biegu, jak gdyby słysząc kroki Maeve na schodach prowadzących do prosektorium chciało wyskoczyć jej z piersi na powitanie? "Dla mnie miłość nie jest transakcją", twierdziła twardo ukochana. Maeve nigdy nie była zmuszona rozpatrywać miłości w kategoriach długu i zastawu, Lorraine dokonywała natomiast wyceny z wyprzedzeniem.
Mimo to decydowała się kochać dalej. Nawet jeżeli świadoma była, że każde prawdziwe uczucie przybliża ją nie do szczęścia, lecz do kolejnego grobu, przy którym będzie trwać. "Moja miłość ma kształt trumny", wyznała Baldwinowi. Lorraine kochała Baldwina. Czy potrafiłaby powiedzieć ile kropel krwi uronił, malując swój przeklęty fresk? Nie, ale gotowa była przecież otworzyć dla niego własne żyły, żeby pokrwawić ścianę. Być może było to wszystko prostszym niż sądziła. Patrząc na Hjalmara, którego miłość zdawała się nieobciążoną kalkulacją zrozumiała, że miłość jest wyborem.
Zrozumiała, że już wybrała.

– ...A twoje słowa utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że jest tak samo piękna na wewnątrz, jak i na zewnątrz. – Lorraine uśmiechnęła się miękko do Hjalmara, ostatni raz przesunąwszy spojrzeniem po twarzy jego wybranki, zanim zwróciła zdjęcie. Więc byli ze sobą po słowie? Trudno było sobie wyobrazić, że bogata panna Prewett zamiast grzać się w blichtrze rodowych kasyn wolała proste życie u boku kowala. Z dala od zgiełku, z dala od błysku flesza. Równie uważnie co zdjęciu, Lorraine przyjrzała się twarzy Hjalmara, gdy ten mówił o swej ukochanej. Zachwycał blask bijący od jego szczerego oblicza. Hjalmar był jak piec buchający ciepłym ogniem. Cokolwiek podsycało jego płomień, spalało się jasno i pewnie, nie pozwalając, aby przygasł choćby na chwilę. Podobnie ognistym zdawało się spojrzenie Pandory. Choć uroda panny Prewett była zniewalającą, to ciepło jej uśmiechu czyniło ją prawdziwie piękną. Lorraine potrafiła zrozumieć, co przyciągnęło do siebie tych dwojga. Nie interes, nie koneksje rodziców, lecz uczucie.
– Jak się zapoznaliście? – spytała z czystej ciekawości Lorraine. – Wykułeś jej już pierścionek zaręczynowy? – dodała ciszej, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. Nie znała przecież natury łączącej ich relacji, ale miłym było przypomnieć sobie, że miłość może prosperować nawet wtedy, gdy majaczy nad nią widmo wojny. Oboje należeli do rodów czystej krwi, więc nie powinni napotkać jednak żadnych przeciwności na swej drodze, prawda?
Być może pytania o pierścionek i zaręczyny brzmiały nieco płytko. Brzmiały jak odległe echo życia, które Lorraine wciąż potrafiła sobie wyobrazić, choć nigdy nie miało stać się jej udziałem. Wybrała przecież miłość ponad obowiązek.

Umilkła, gdy Hjalmar zaczął opowiadać o swoich rodzinnych stronach. Przysłuchiwała się uważnie, nie chcąc uronić choćby jednego słowa. Ołtarz rosnący w przestrzeni jej wyobraźni nie był wyłącznie dziełem człowieka. Stanowił cząstkę świata, która od zawsze czekała, aż ktoś nazwie ją świętą. Ołtarz nie miał być gładki ani posłuszny dłutom. Miał być skałą pamiętającą ciężar lodu, napór wiatru i ogień skryty głęboko pod powierzchnią ziemią. Skałą, która pękła tam, gdzie musiała pęknąć. W zagłębieniach, w których Hjalmar pozwoliłby kamieniowi pozostać sobą, światło zbierałoby się inaczej. W drobnych dołkach, rysach i naturalnych spękaniach, które Lorraine odruchowo porównała do nieba. Latem zawsze lubiła kryć się między korzeniami rosnącej w ogrodzie jabłoni. Opierała kark o jej wygrzany słońcem pień i patrzyła w gwiazdy. Wśród setek drobnych puncików światła rozświetlających mroki dzieciństwa szukała tego najjaśniejszego. Wpatrywała się w nie tak usilnie, że reszta świateł zaczynała aż rozmywać się w zaszłych łzami oczach. Ale wtedy, przez krótką chwilę, na niebie istniała wtedy tylko ta jedna gwiazda. Większa, jaśniejsza od pozostałych. Jeżeli bogowie rzeczywiście patrzą na ludzi, myślała Lorraine, muszą czynić to właśnie w ten sposób. Takim powinien być ich ołtarz. Gwiazdy zaklęte w pęknięciach, noc uwięziona w skale. Gdy padnie na nią ogień świec albo blade światło księżyca, wszelkie niedoskonałości zaczną migotać niczym gwiazdy osadzone w kamiennym firmamencie. Jak gdyby skała pamiętała nocne niebo i próbowała je naśladować na swój ciężki, ziemski sposób. Czy przywiązany do gruntu kamień mógł pamiętać lekkość gwiezdnego pyłu, z którego się narodził? zapytywała się półwila. Ziemia zbyt była zajęta dźwiganiem ciężaru nieba, żeby jej odpowiedzieć.

– Bogini nie bez przyczyny zwróciła się o pomoc właśnie do ciebie – stwierdziła z rozmysłem Lorraine. – Sądzę, że powinniśmy podążyć za jej wskazaniem. Za przedstawioną przez ciebie wizją. Być może zbytnio zdystansowaliśmy się w Anglii od tego, co należało niegdyś i do naszej tradycji. Nasi przodkowie modlili się w świętych gajach, w otoczeniu kamiennych kręgów. Drzewa były nam świadkami, głazy ołtarzami. Zdążyliśmy zapomnieć, że łonem Matki jest ziemia. Nie potrzeba jej innych ozdób nad te, którymi sama się przystraja. Niech więc kamień pokryje się kwietnym kobiercem. Co prawda, nie znam się na kamieniach, ale mam rękę do kwiatów. – Lorraine uśmiechnęła się lekko do Hjalmara, gotowa wysłuchać jego sugestii.


Yes, I am a master
Little love caster
Ulfhednar
a wolf will never be a pet
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Hjalmar mierzy koło metra osiemdziesięciu ośmiu wzrostu i jest dobrze zbudowany dzięki ciężkiej harówce w kuźni. Przeważnie nosi swoje jasne włosy spięte w wikiński warkocz z wygolonymi lub krótko obciętymi bokami. Ma zadbany zarost w postaci wąsa i brody, chyba że akurat złapie go chęć na powrót do Islandzkich korzeni i pozwoli mu żyć własnym życiem. Jak na nordyckiego człowieka przystało - ma niebieskie oczy. Mówi w sposób spokojny i powolny z północnym akcentem - jego głos jest dosyć donośny. Na pierwszy rzut oka wydaje się być przyjemnym rozmówcą, który nie wykazuje agresywnych zachowań chociaż jego aparycja może niektórych pomylić.

Hjalmar Nordgersim
#7
27.01.2026, 22:41  ✶  
Uśmiechnął się słysząc słowa Lorraine odnośnie swojej wybranki, bo cieszył się niezmiernie, że inni też tak odbierali Pandorę. Radował go fakt, że osoby postronne również widziały dobro i ciepło, które biło od jej osoby. To oznaczało tylko jedno - nie oszalał (całkowicie) na jej punkcie do końca i niczego nie kolorował, a nie miał słów aby opisać uczucie, którym do niej pałał.
- Jak się poznaliśmy? Hmm... - zastukał w podróbek w zastanowieniu, a dobry humor go nie opuszczał. Z perspektywy czasu uważał to za bardzo śmieszną przypadłość losu, chociaż lata temu uważał co innego. Teraz jednak czasy się zmieniły, tak jak i jego podejście do Prewettówny, więc mógł otwarciej o tym mówić.
- W zasadzie to przypadkiem. Natrafiłem na nią podczas przechadzki po lesie na Islandie... Znaczy spadłem jej z nieba... To znaczy... E-e-e... - podrapał się nerwowo po szyi, bo bardzo mu zależało na dokładnym opowiedzenoi tej historii. Bez żadnych zmyśleń czy przekrętów - To znaczy wdrapałem się na drzewo aby rozejrzeć się po okolicy i niestety się potknąłem, spadając w zaspę śnieżną, a ona akurat była niedaleko i mi pomogła... - dalej się drapał, chociaż odrobinę mniej nerwowo - Z początku miałem ochotę, aby jej się pozbyć i zakopać w którejś ze śnieżnych zasp, bo po prostu była zbyt... Inna? Jakby wiesz, pochodzi z Turcji, a tam mają całkowicie inne podejście do życia, niż na Islandii. U nas ludzie są bardziej zamknięci, a u nich otwartość jest na porządku dziennym. Pandora bardzo dużo mówiła i zadawała jeszcze więcej pytań, a ja po prostu chciałem zapolować... Skończyło się na tym, że tylko pokazałem jej stado wilków z młodymi, bo przecież nie szło z taką gadułą niczego podejść, żadnej zdobyczy. No myśliwy z niej jest żaden - zaśmiał się, trochę rozluźniając mięśnie, bo było to bardzo miłe wspomnienie, które teraz przywoływał.
- I w zasadzie mieliśmy już się nie spotkać ale okazało się, że postanowiła w tym samym roku spędzić Lithę na Islandii i to nieopodal mojej wioski - tłumaczył dalej, a spokój zagościł w jego myślach. W końcu rozmawiał z panienką Lorraine - Musisz wiedzieć, że Pandora zawsze lubiła wyzwania i nie istniało dla niej niemożliwe. Jeżeli dało się postawić na swoim czy komuś coś udowodnić, ona była pierwsza aby to zrobić. Mówię to dlatego, że podczas tej Lithy przeszła samą siebie. Moi koledzy mnie podpuszczali, że powinienem coś zrobić i zagadać do Pandory, bo widzieli, że się kojarzymy. Ja nie chciałem ulec tym ich dziecinnym gierkom ale Pandora miała inny plan - parsknął śmiechem pod nosem, a następnie pokręcił głową z niedowierzaniem. Zupełnie jakby to wydarzyło się ponownie i chwilę temu - I mnie wzięła po prostu i pocałowała, a później już jakoś poszło z górki. Od spotkania do spotkania, aż mój ojciec zaczął nazywać ją moją dziewczyną i to szybciej, niż ja sam. Argumentował to tym, że on swoje wie i jeszcze zobaczę... No i zobaczyłem - nabrał powietrza do płuc, spoglądając w kierunku szafki gdzie było schowane zdjęcie. Kąciki ust poszybowały do góry na sam widok tej komódki.
Prawdę mówiąc to Hjalmar bardzo długo nie wiedział o majątku, który dzierżyła rodzina Pandory i faktu, że miała zostać dziedzicem tego wszystkiego. Dla niego ciemnowłosa była po prostu kobietą, która urzekła jego duszę i skradła jego serce. Była prostą dziewczyną, bo w prostocie nie było niczego złego, a wręcz istniało nieodparte piękno. Oczywiście nie były to słowa, które miały ją zranić czy ująć majestatu, ponieważ Prewettówna była ponad to - ona nie potrzebowała wielkich gestów, serenad czy widnienia na pierwszych stronach gazet. Ona była inna. Od początku przykazywała przywiązanie do rzeczy przyziemnych, których nie wypadało robić damom na salonach - ona łamała zasady, które jej postawiono i liczono, że będzie ich przestrzegała. W końcu czy damie z bogatego domu wypadało wdrapywać się na drzewo czy skakać pośród potoków Islandii? No raczej nie, chociaż Hjalmar nie posiadał na ten temat wiedzy, a Pandora właśnie to robiła - była sobą. Nie nosiła głowy wyżej, niż powinna i to było wspaniałe.
Ona była materiałem na przyjaciółkę, żonę i życiową partnerkę - osobę przy której chciało się dożyć kresu swojego żywota. Hjalmar upewniał się o tym przy każdym kolejnym "śniadaniowym napadzie", który Prewettówna lubiła urządzać - przychodziła rano do kuźni i wymuszała na nim chwilę przerwy, co by mogli zjeść wspólny posiłek. She's a keeper.
I o ile to pierwsze pytanie było dobrym punktem zaczepienia, który powodował wiele szczęścia na twarzy Nordergisma i lawinę pięknych wspomnień... Tak to drugie sprawiło, że blask trochę przygasł, a on posmutniał. Temat był ciężki i zawiły, chociaż Hjalmar nie miał zamiaru odpuścić - chciał jej przedstawić swój pogląd. Zasługiwała by wiedzieć.
O ile nie znał szczególnie dobrze Lorraine, tak czuł ciepło, które od niej biło. On widział to dobro i jej piękną duszę - jakby rozkładała ręce, zapraszając dzieci w swoim kierunku, aby je ochronić. Ona była niczym Matka, która połączyła ich we wspólnej misji i Hjalmar wiedział, że było to słuszne. Była kimś godnym zaufania.
- No z zaręczynami to trochę gorzej... - opuścił głowę, smutniejąc na kilka dobrych sekund. Zamilkł również, próbując ułożyć odpowiednie słowa - Eh... - ciężko westchnął, bo nie był to dla niego prosty temat - Bez zgody jej ojca nie mogę nić zrobić. Nie mógłbym prosić jej o rękę bez błogosławieństwa jej rodziców, a ja... A ja to co? Jestem tylko prostym kowalem, nie mam milionów na koncie. Nie mogę jej obiecać willi z basenem czy dwunastu domków letniskowych rozsianych po całym świecie, bo mnie po prostu na to nie stać... - mimo, że robił wszystko aby nie dało się zauważyć zmian na jego twarzy, nie do końca to mu się udawało i dało się dostrzec pewnego rodzaju ból - I ja wiem, że Pandora jest inna, bo ona nie potrzebuje tego całego majestatu i majątku. Ona by chciała po prostu mieć kawałek ziemi, zagrodę ze zwierzętami i święty spokój. Jest normalna...? - pokręcił głową na swoją patową sytuację - Zrozumiem decyzje jej rodziców jeżeli mnie nie zaakceptują, bo ja... Trochę nie pasuję do ich świata, a na pewno chcą dla swojej córki jak najlepiej - zawiesił wzrok gdzieś na palenisku, które nieśmiało wprawiało żar w swój taniec - Serce by mi chyba pękło w tej chwili. To tak jakby ktoś wygasił ten ogień, który musi się palić tak długo jak działa warsztat - a Nordgersimowie nigdy nie gasili ognia w swoich kuźniach, które buchały żarem od dnia ich powstania, aż do zamknięcia - Tak samo by było ze mną, ktoś by zgasił moją duszę, tak jak duszę tej kuźni... - bo ludzkie serce było niczym piec. Tak długo jak tkwił w nim jakiś płomień, tak można było się nazwać człowiekiem. Kiedy to jednak gasło - człowiek tracił swoje barwy i zatracał się w samym sobie, a następnie popadał w ruinę. Dokładnie tak samo jak zamknięty warsztat i może tego właśnie się bali Nordgersimowie.
Hjalmar przejechał dłonią po swojej twarzy, zastygając gdzieś na wysokości ust i brody. Tkwił tak przez krótką chwilę, dalej wpatrując się w sam środek niszczącego żywiołu.
- Smutek jest ceną, jaką płacimy za miłość... - a miał serce pełne miłości do Pandory.
Nie spotkali się tu jednak aby słuchać o problemach niebieskookiego, a aby przedyskutować rzeczy ważniejsze. Matka potrzebowała ich pomocy i oni byli skłonni jej udzielić. Oni chcieli jej udzielić.
- Przepraszam. Nie chciałem aby to zabrzmiało jakoś smutno. Po prostu tak się sprawy mają... - dodał, a następnie przejechał ponownie po twarzy, chcąc przywrócić się do jakichś ustawień fabrycznych.
- Zaiste. Łonem Matki jest ziemia, więc nie szedłbym w kierunku jakichś marmurów i grafitów, a raczej postawiłbym na zwykły kamień, który można odnaleźć wszędzie. W końcu Matka kocha wszystkie swoje dzieci tak samo, a więc najprostszy kamień, który nie wyróżnia się niczym mógłby reprezentować każdego z nas - mnie, Ciebie, wszystkich innych. Dzięki temu nikt nie czułby się gorszy podchodząc do takiego ołtarza, bo nie powstał on po to aby kogoś przyćmić swoim majestatem, a aby pomóc i wysłuchać, być dobrym znakiem i wsparciem, ostoją - przyznał - Trzeba by tylko znaleźć jakiś większy kamień, który odpowiadałby skali naszego przedsięwzięcia. W zasadzie to mógłby być z dna rzeki, ponieważ miałby świetną powierzchnię, która została wygładzona wraz z kolejnymi ziarnami piasku i kamyczkami przemykającymi po jego krawędziach. Trochę jak ludzka dusza, która musiała przeżyć swoje aby zrozumieć pewne rzeczy, a może wręcz je docenić - objął kubek dłońmi - Wydaje mi się, że wśród Szkockich gór można by znaleźć odpowiednią skałę, a następnie przetransportować ją tutaj. Mógłbym się podjąć tego zadania. Mała wyprawa nikogo jeszcze nie zabiła - a mam wprawę w wędrówkach...
- Wtedy pozostanie tylko znaleźć odpowiedni zagajnik, dostarczyć tak kamień i zasadzić kwiaty - upił łyk - No chyba, że o czymś zapomniałem?
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#8
18.03.2026, 14:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.03.2026, 15:11 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine przechyliła delikatnie głowę, z uwagą przysłuchając się słowom Hjalmara. Nie spodziewała się takiej otwartości, a jednak... Była jej miłą. Przypominała czasy, gdy częściej odwiedzała samotne ciotki, których tak wiele odeszło na przestrzeni ostatnich lat. Przechowywała pamięć o nich, kiedy wszyscy inni zdawali się zapominać. Towarzyszyła im, gdy nikt inny nie chciał im towarzyszyć. Młodość jej pozostawała przyjemną dystrakcją wobec ich sędziwego wieku, prowokując do opowieści o czasach dawno minionych. Lorraine słuchała tych opowieści, bo Lorraine umiała słuchać. Może dlaczego ludzie tak chętnie powierzali jej swoje tajemnice. Głęboko skrywane w sercu wypływały na powierzchnię i bez wpływu legilimencji. Wystarczyło, że słuchała ich historii. Słuchała zwierzeń. A czasem słuchała też i spowiedzi. Przyjmowała je wszystkie z tą samą spokojną powagą, z jaką inni przyjmowali kondolencje. Nie dlatego, że były potrzebne, ale dlatego, że miały znaczenie dla tych, którzy je składali. Lorraine wierzyła przecież, że wszyscy zasługują na to, żeby być wysłuchanymi.

Upiła nieco z trzymanego w rękach kubka, nie przerywając opowieści Hjalmara. Nie dopytując więcej. Po prostu... Słuchając.

– Tak jak żyły nasze, krwią wypełnione, zbiegają się w sercu... Tak żyła złota wydobytego z kopalni musi się wytopić wprzódy w ogniu twej kuźni. – Ogień żarzący się powoli pod warsztatem buchnął nagle żywszym płomieniem, aż odbicie jego blasku zaskrzyło w zimnych jak lód oczach półwili. – Piec nie gaśnie. Serce nie przestaje bić. Krew i złoto. Złoto i krew. – Lorraine uśmiechnęła się lekko, uśmiechem tym kwitując rozważania Hjalmara na temat różnic majątkowych między rodziną jego, a rodziną Pandory. – Nie musisz martwić się o krew. Szczęśliwie urodziłeś się we właściwej rodzinie, z właściwym nazwiskiem i tarczą herbową. Martwisz się jednak o złoto. Jak gdybyś nie wiedział, że naturalne samorodki szlachetnego metalu są warte więcej niż ów metal po obróbce...! Nawet blask galeonów w skrytkach Prewettów nie może się równać w swej intensywności z błyskiem żyły surowca drążącej ziemię. A ty... – westchnęła, brodą wskazawszy na stos gotowych do odebrania zamówień, pośród których znalazło się też kilka cieszących oko świecidełek. Nordgesim nie był przecież ubogim, i nie powinien o tym zapominać. – Ty zmieniasz złoto w złoto, Hjalmarze – zauważyła delikatnie Lorraine, która nigdy przecież nie mówiła o rzeczach wprost. A już zwłaszcza, jeżeli były to rzeczy ważne. Nie oferowała Hjalmarowi pochlebstwa, lecz chłodno konstatowała fakt, że miejsce w hierarchii symbolicznej zostało mu już przypisane i nie było ono wcale niższe, niż sam zdawał się sądzić. Nie, Lorraine przemawiała językiem kogoś, kto wychowany został w świecie heraldyki. Kogoś, kto nauczony został sprawnie kluczyć pośród genealogicznych zawiłości, pośród rodowych zależności i wpływów. Nie zamierzała zaprzeczać istnieniu hierarchii krwi. Nie zamierzała udawać przed Hjalmarem, że majątek nie ma znaczenia. Całym swoim życiem mogła przecież dać przykład tego, że pieniądze znaczenie mają, i to duże. Odmawiała jednak wiary w to, że wartość pieniądza jest czymś danym raz na zawsze: to, co niewypracowane, choć mogło olśniewać blaskiem, zawsze było przecież w istocie wtórnym wobec tego, co rodziło się z wysiłku i umiejętności. Oto była przedziwna alchemia sztuki. "Ty zmieniasz złoto w złoto". Podniesienie pracy Hjalmara do rangi aktu twórczego, w którym wartość nie jest tylko zachowana, lecz odnawiana, oczyszczana, i potwierdzana wciąż na nowo.

– Spytaj Pandorę, czy będzie ci przychylna. Choć trudno w jej przychylność wątpić, skoro przekonany jesteś, że zależy jej na wspólnym życiu z tobą. Poproś, żeby wstawiła się za tobą u rodziców. Jeżeli chcą dla swojej córki jak najlepiej, zobaczą, że starasz się zabiegać o jej względy. Być może nie takiego kawalera sobie dla niej wymarzyli. A jednak wierzę, że mamy pewną decyzyjność co do tego, w kim pokładamy swoje uczucia. Pandora wydaje się... Wydaje się być obdarzona nie tylko wielką siłą charakteru, ale i pociągiem ku niezależności. – Co Lorraine niespecjalnie pochwalała, ale znów, urodziła się, żeby być hipokrytką. Sama nie wyobrażała sobie sprzeciwić się decyzji rodziców, gdyby ojciec zdecydował o jej zamążpójściu... Ale znów, jej ojciec instytucji małżeństwa nie pochwalał, więc decyzję o wstąpieniu w takowe zostawił w uznaniu córki. Znaczyło to, że Lorraine rozporządzać swoją ręką mogła jak żywnie jej się podobało. Znaczyło to, że za mąż wychodzić nie musiała wcale. Nie przeszkadzało jej to patrzeć powątpiewająco na perypetie uczuciowe innych szlachetnie urodzonych panien. – Skoro nie jest zamężna w tym wieku – nie mogłaś się powstrzymać, prawda, Lorraine? – rodzice jej muszą na tę niezależność udzielać przyzwolenia. Zapewne wiedzą, że czeka na wyjątkowego mężczyznę. Pomyśl, jak wielu względy zdążyła odrzucić! Widać żaden nie zawrócił jej w głowie tak jak zrobiłeś to ty, mój drogi – zakończyła lekkim tonem Lorraine, starając się mimo wszystko dodać Hjalmarowi otuchy.

A jeżeli o ołtarz chodziło...

– Kwiatami się zajmę z ochotą, na tym znam się dobrze, poproszę zresztą o pomoc moją najdroższą przyjaciółkę, Maeve. A może jeszcze i moją kuzynkę, Helloise, która mieszka nieopodal, na obrzeżach Kniei! Niesłychanie bogobojna z niej dama. W przeciwieństwie do mnie posiada również cenne zdolności manualne, bo pięknie rzeźbi w drewnie. Wcześniej mówiłeś bowiem, że przygotowanie kamienia mogłoby być naszą wspólną pracą, ale obawiam się, że akurat że mnie marna będzie w tym polu pomocnica. Ale Baldwin z pewnością pomoże z budową ołtarza! Z nakreśleniem właściwych run, wydobyciem wizerunku bóstwa z nieociosanego kamienia. Baldwin jest mistrzem. Sama bogini prowadzi jego rękę. Obrazy, które maluje są... – urwała, choć nie dlatego, że brakowało jej słów. Urwała dlatego, bo miała ich tak wiele. Jak wybrać jedno, które w pełni odda naturę dzieł brata? – Żywe – powiedziała w końcu. – Na wszystkie moje pochwały zasłużył. Byłabym więc grzeszyła, przeceniając własne możliwości. I nie jest to fałszywa skromność, wiem bowiem dobrze, że sztuka wymaga poświęcenia. Ciężkiej pracy, żeby osiągnąć mistrzostwo. Tak jak wszystko, co jest coś warte w tym życiu. Nie mów więc o smutku jako o cenie za miłość, bo obnażasz tym gorszą biedę. Biedę duchową! – dodała żywo, nawiazując do wcześniejszych, tchnących smutkiem słów mężczyzny. Uśmiechnęła się do niego życzliwie. – Nie będziesz żałował chyba pracy włożonej w przygotowanie ołtarza ku chwale Matki, gdy przyjdzie ci zachwycać się jego pięknem, prawda? Czemu więc żałować chwil smutku, skoro służą, aby przypominać nam o tym, jak szczęśliwą może być miłość?


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Hjalmar Nordgersim (3536), Lorraine Malfoy (3646)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa