Uniosła dłoń do dekoltu, poprawiając materiał sukni. Jedwab zaszeleścił cicho, kiedy wygładziła go na biodrach, jakby chciała zetrzeć z niego napięcie minionych minut. Wsunęła kosmyk włosów za ucho i pozwoliła, by chłód nocy dotknął odsłoniętej skóry szyi. Nie odeszła daleko. Zaledwie kilka kroków w bok, w cień rozłożystego cisu, którego gałęzie tworzyły naturalną zasłonę. Stąd wciąż widziała taras i przeszklone drzwi, za którymi przemykały sylwetki. Maski migały w półmroku ogrodu jak egzotyczne motyle: pióra, rogi, połyskliwa emalia. Ktoś roześmiał się ciszej, ktoś inny szeptał zbyt blisko czyjegoś ucha. Kroki na żwirowej ścieżce chrzęściły rytmicznie, lecz żaden z tych dźwięków nie był nachalny. Ogród przyjmował je wszystkie i wygładzał, jakby noc miała własną manierę uciszania ludzi. Astoria oparła dłoń o chłodny kamień balustrady. Przymknęła oczy.
Wdech. Wydech.
Na moment pozwoliła sobie na bezruch. Nie potrzebowała wielkiej ucieczki. Wystarczyło kilka kroków od sali, kilka głębokich oddechów w cieniu cisu, by odzyskać równowagę.
W półkolu żwirowej ścieżki stała kamienna ławka, nieco wilgotna od nocnego chłodu. Zrobiła kilka kroków i poprawiła suknię jeszcze raz, unosząc delikatnie materiał, by nie zahaczyć go o szorstką krawędź, i usiadła ostrożnie, z wyprostowanymi plecami, jakby nawet w samotności obowiązywały ją niewidzialne zasady etykiety. Uniosła twarz ku niebu. Gwiazdy rozsypane były gęsto, wyraźniej niż w mieście. Przez moment próbowała odnaleźć znajome konstelacje, te, których uczono ich w Hogwarcie. Pamiętała chłód wieży, zapach pergaminu, cichy głos profesora. Ale czytanie z gwiazd nigdy nie było jej mocną stroną.
Pogrążona w swoich myślach, nie usłyszała od razu tego cichego, urwanego dźwięku, który nie pasował do nocnego ogrodu. Nie był to śmiech ani szept. Był zbyt nierówny, zbyt drżący. Szloch. Zamarła, unosząc lekko głowę, jakby sam ruch mógł go spłoszyć. Może się przesłyszała. Może to wiatr przeciął gałązki w taki sposób, że zabrzmiało to jak czyjeś westchnienie. Przez chwilę trwała w bezruchu, wsłuchując się. Dźwięk powtórzył się, cichszy, jakby ktoś próbował go zdusić w dłoniach.
To nie jej sprawa - przemknęło jej przez myśl niemal automatycznie. Bale rządziły się swoimi prawami. Maski dawały anonimowość nie tylko flirtom i intrygom, ale też słabościom. Każdy miał prawo do własnego kąta w cieniu. Wtrącanie się mogło być nietaktem. A jednak coś w tym brzmieniu było znajome.
Astoria wstała powoli z ławki. To mogła być pomyłka. Mogła narazić się na czyjąś irytację i niepotrzebne nieprzyjemności. Ruszyła w stronę, z której dochodził dźwięk. Kroki stawiała ostrożnie, by żwir nie zdradził jej obecności zbyt szybko. Minęła krzewy róż, których ciemne pąki odcinały się od srebrzystego światła księżyca, i skręciła w węższą alejkę, gdzie cienie były gęstsze. Szloch zabrzmiał wyraźniej.
- Przepraszam. Nie chcę się narzucać, ale czy wszystko w porządku? - zapytała, widząc jedynie cień kobiety.