25.03.2026, 21:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2026, 21:38 przez Astoria Avery.)
Spalona noc 8/9.09.1972
zadanie
zadanie
Renigald odprowadził ją z powrotem pod galerię, a kiedy zniknął, ruszyła dalej sama. Boczne wejście znajdowało się w cieniu, niemal ukryte przed wzrokiem postronnych. Znała je na pamięć, a jednak tym razem, gdy przekręciła gałkę, nic się nie wydarzyło. Zamarła z zaskoczenia, ale i strachu. Spróbowała użyć zaklęcia, ale odbiło się jedynie od drzwi, jakby napotkało niewidzialną barierę, twardą i nieprzeniknioną. Zabezpieczenia? No tak, ojciec. Zrozumienie przyszło nagle, zimne i ostre. Zamknął galerię. Całkowicie, dla bezpieczeństwa. Nie wiedział, że nie ma jej w środku? Może myślał, że teleportowała się prosto do domu? Tak właśnie do cholery powinna zrobić. Zamiast tego niepotrzebnie się naraziła. Poczuła, jak coś zaciska się w jej klatce piersiowej. Spróbowała zaczerpnąć oddechu, lecz powietrze było zbyt ciężkie, zbyt gęste. Kaszel wyrwał się nagle, brutalnie, zginając ją wpół. Oparła dłoń o chłodny mur, próbując utrzymać równowagę. Kaszlała długo, spazmatycznie, aż oczy zaszły jej łzami, a świat zaczął rozmywać się na krawędziach. Czuła smak dymu na języku, w gardle, w samym środku siebie, jakby ogień, którego uniknęła, znalazł inny sposób, by się do niej dostać. Oparła czoło o drzwi, czując chłód drewna przez warstwę dymu i zmęczenia. Przez chwilę miała ochotę uderzyć w nie pięścią, wymusić dostęp, przypomnieć, kim jest. Ale siły nie wystarczało nawet na to.
Kaszel wciąż targał jej ciałem, gdy nagły szelest wyrwał ją z półprzytomnego skupienia. Ktoś nadbiegał. Szybko. Zbyt szybko. Astoria uniosła głowę, odruchowo cofając się o krok, plecami niemal dotykając chłodnego muru bocznej alejki. Przestrzeń wokół niej była wąska, przytłaczająca, odcięta od głównego nurtu ulicy - dokładnie taka, w której nikt nie widzi, co się dzieje. Palce zacisnęły się na różdżce ukrytej w rękawie, choć wiedziała, że w obecnym stanie nie byłaby w stanie wyprowadzić precyzyjnego zaklęcia. Cień wyrwał się z dymu i niemal wpadł na nią. Zobaczyła maskę, zanim zdążyła dostrzec cokolwiek więcej. Serce uderzyło gwałtownie, aż zakręciło jej się w głowie. Instynkt krzyczał, żeby uciekała. Ale nie miała dokąd.
Śmierciożerca zatrzymał się tak blisko, że czuła bijące od niego ciepło i zapach dymu zmieszany z... krwią. Jego oddech był ciężki, urywany, niemal tak nierówny jak jej własny. Przez krótką chwilę stał nieruchomo, jakby sam nie był pewien, czy nie rzuci się na nią pierwszy. Nie powinna być jego celem, a jednak ogarnął ją strach. Nie chciała umierać w bocznej uliczce, wcale nie chciała umierać. Zadrżała, ale wtedy się odezwał. Męski głos przytłumiony przez maskę, w którym nie było groźby, jedynie napięcie i pośpiech. Wydukał kilka urwanych słów - o aurorach, o pościgu, o tym, że nie ma czasu. Że zaraz tu będą. Że jeśli teraz nie zniknie, nie będzie już dokąd uciekać. Brunetka patrzyła na niego przez chwilę z niedowierzaniem.
Za jego plecami rozbłysło światło, gdzieś dalej rozległ się krzyk, a potem odgłos biegu. Jej myśli przyspieszyły, splatając się w jeden, chaotyczny ciąg. Po której stronie stała? Zawahała się, choć wybór był przecież oczywisty. Uniosła dłoń, wskazując wąską, boczną alejkę odchodzącą jeszcze głębiej w cień. Śmierciożerca nie czekał. Skinął głową i ruszył natychmiast, znikając w mroku, jakby nigdy go tu nie było. Astoria zamknęła oczy na krótką chwilę, jakby porządkowała myśli. Musiała kupić mu trochę czasu. Zrobiła krok w tył i pozwoliła, by nogi się pod nią ugięły. Kolana uderzyły o bruk, dłonie opadły na ziemię, a palce zacisnęły się na chropowatej powierzchni. Pochyliła się do przodu, opierając ciężar ciała na jednej ręce, drugą przyciskając do klatki piersiowej. Powietrze paliło ją od środka, jakby wciąż było w nim więcej ognia niż tlenu. Każdy wdech kończył się kolejnym spazmem. Wyglądała źle. A aurorzy byli coraz bliżej. Czarodzieje, którzy przyszli ratować. Czarodzieje, którzy nie przechodzą obojętnie obok kogoś w potrzebie. Zatrzymają się. Ta myśl była jednocześnie kalkulacją i nadzieją. Kolejny kaszel wyrwał się z jej gardła, zmuszając ją do pochylenia się jeszcze niżej.
learn the rules
then break some
then break some