A więc tak czuł się Adam, gdy wyjęto mu z piersi żebro.
— Hej, Boże.
Jim nie wiedział, gdzie się podziać. Nie umiał znaleźć sobie nigdzie miejsca. Nie wiedział, co ma z sobą zrobić. Zasiadł więc na szczycie dzwonnicy Katedry Westminsterskiej, oparł plecami o mur.
Znowu był tutaj, zdał sobie sprawę, mnąc w dłoniach list, którego treści zdążył już nauczyć się na pamięć. Znowu był tutaj, i patrzył, jak rozpada się świat.
"Tęsknię za tym, czym nigdy nie byliśmy."
Przesunął po skreślonych ręką Diany słowach samymi tylko opuszkami palców, dokładnie tak, jak przesunął nimi kiedyś po jej rozchylonych lekko ustach. Jej usta były miękkie, opuszki jego palców twarde; stwardniałe od poparzeń. Pocałowane przez ogień, śmiał się.
Nie śmiał się, gdy pocałował Dianę po raz pierwszy. Płonął.
"Twój ogień, choć palący, zawsze dawał mi ciepło."
Przywołał go. Przywołał ogień po imieniu, choć ten nigdy nie odstępował go dalej niż na krok. Wystarczył cichy szept. Prośba.
— Pokaż mi ją.
Z ognia tkać można było przedziwne obrazy. Potrafił tworzyć z niego kwiaty, o płatkach tak delikatnych, że niemal przezroczystych. Ludzkie twarze tak pełne ekspresji, że wydawały się niemal żywymi. Cały świat nieustannie stwarzający się i spalający w odblaskach płomieni. Diana była jak unosząca się nad pożogą łuna. Włosy miała białe jak rozżarzony do białości piec, a oczy ciemnobrązowe, niemal czarne, jak noc, którą ukochał. Światło kochało ciemność zaborczą miłością, bo wprzódy od niej oddzielone zostało boską prawicą, tak jak ziemia od bezkresu wody, kobieta od mężczyzny.
A teraz Diana tańczyła na jego dłoni.
— Zakochałem się — wyznał. — Zakochałem się w niewłaściwej kobiecie. — Pozwolił, żeby upleciona z płomieni postać obróciła się w powietrzu, gubiąc iskierki żaru. Języki ognia syczały cicho, wijąc się nieustannie w wężowych splotach. Czy to słyszała w swej głowie Diana? Przypatrywał się przez chwilę jej pląsom. — A może urodziłem się niewłaściwym mężczyzną. Myślę, że to drugie, Boże. Myślę, że to drugie. Zwieść dałem się swym własnym pokusom, a choć to jej duszy pragnąłem wprzódy dotknąć, poddałem się wpływowi cielesności. — Uśmiechnął się słabo. — To nie jest jej wina. Pan ją obdarzył wielkim pięknem, ale to piękno nigdy nie przeznaczone było dla mnie. Powinienem o tym wiedzieć… Nie powinienem po nie sięgać. Ewa też nie znała konsekwencji swego grzechu, ale Adam wiedział. — Pozwolił, aby płomienie rozwiał podmuch wiatru. Aby płomienna Diana odpłynęła od niego w smużkach dymu.
Nie był gotowy na pożegnanie.
— A jednak — szepnął. — A jednak nie czułem się tak, jak gdybym robił coś złego. Widzisz, gdyby to było złe, poszedłbym się wyspowiadać. Ale to nie mogło być złe. Nie, to nie było złe.
Być może tym byli dla siebie w życiu trwającym krócej niż moment, pomyślał. Kolekcją momentów. Momentem przed upadkiem z wysokości. Momentem przed zderzeniem z innym autem. Momentem przed wybuchem pożaru.
Jim na przemian to zaciskał to rozluźniał pięść, bezmyślnie krzesząc wokół siebie iskry. Odtwarzał w myślach codzienną rutynę, wyuczone ruchy utrwalone przez pamięć mięśniową, próbując schwycić poczucie kontroli jak drążek latającego trapezu. Diana była pędem powietrza, który czuł w uszach, kiedy spadał. Diana była każdym kieliszkiem wódki, który palił podniebienie. Kochał to uczucie i nienawidził go zarazem z taką samą pasją. Diana była każdym limitem prędkości, jaki przekroczył, wszystkimi kilometrami na godzinę powyżej bezpiecznego wskazania licznika. Diana była wiatrem, który dziko rozwiewał mu włosy, wpadając przez opuszczone szyby kradzionych aut. Rozpędzał się nimi na pustych szosach, podczas bezsennych nocy, kiedy wyruszał na poszukiwanie Boga. Gdyby go znalazł, pomyślał, mógłby poprosić, żeby wybaczył Dianie wszystkie grzechy, jakie mu wyjawiła, nieważne, czy były prawdziwymi, czy urojonymi.
Gdyby znalazł jego, może przy okazji znalazłby i ją.
— Hej, Boże — odezwał się chryplawie, odchyliwszy głowę do tyłu, jak gdyby mógł jeszcze pochwycić wzrokiem dym, który uleciał do nieba wraz z Dianą. Odpalił papierosa, nie pozwolił jednak ulecieć dobywającemu się z niego dymowi. Zaciągnął się nim pełną piersią, jak gdyby chciał zatrzymać ją w sobie na zawsze.
— Hej, Boże, smutno mi.
— Hej, Boże.
Jim nie wiedział, gdzie się podziać. Nie umiał znaleźć sobie nigdzie miejsca. Nie wiedział, co ma z sobą zrobić. Zasiadł więc na szczycie dzwonnicy Katedry Westminsterskiej, oparł plecami o mur.
Znowu był tutaj, zdał sobie sprawę, mnąc w dłoniach list, którego treści zdążył już nauczyć się na pamięć. Znowu był tutaj, i patrzył, jak rozpada się świat.
"Tęsknię za tym, czym nigdy nie byliśmy."
Przesunął po skreślonych ręką Diany słowach samymi tylko opuszkami palców, dokładnie tak, jak przesunął nimi kiedyś po jej rozchylonych lekko ustach. Jej usta były miękkie, opuszki jego palców twarde; stwardniałe od poparzeń. Pocałowane przez ogień, śmiał się.
Nie śmiał się, gdy pocałował Dianę po raz pierwszy. Płonął.
"Twój ogień, choć palący, zawsze dawał mi ciepło."
Przywołał go. Przywołał ogień po imieniu, choć ten nigdy nie odstępował go dalej niż na krok. Wystarczył cichy szept. Prośba.
— Pokaż mi ją.
Z ognia tkać można było przedziwne obrazy. Potrafił tworzyć z niego kwiaty, o płatkach tak delikatnych, że niemal przezroczystych. Ludzkie twarze tak pełne ekspresji, że wydawały się niemal żywymi. Cały świat nieustannie stwarzający się i spalający w odblaskach płomieni. Diana była jak unosząca się nad pożogą łuna. Włosy miała białe jak rozżarzony do białości piec, a oczy ciemnobrązowe, niemal czarne, jak noc, którą ukochał. Światło kochało ciemność zaborczą miłością, bo wprzódy od niej oddzielone zostało boską prawicą, tak jak ziemia od bezkresu wody, kobieta od mężczyzny.
A teraz Diana tańczyła na jego dłoni.
— Zakochałem się — wyznał. — Zakochałem się w niewłaściwej kobiecie. — Pozwolił, żeby upleciona z płomieni postać obróciła się w powietrzu, gubiąc iskierki żaru. Języki ognia syczały cicho, wijąc się nieustannie w wężowych splotach. Czy to słyszała w swej głowie Diana? Przypatrywał się przez chwilę jej pląsom. — A może urodziłem się niewłaściwym mężczyzną. Myślę, że to drugie, Boże. Myślę, że to drugie. Zwieść dałem się swym własnym pokusom, a choć to jej duszy pragnąłem wprzódy dotknąć, poddałem się wpływowi cielesności. — Uśmiechnął się słabo. — To nie jest jej wina. Pan ją obdarzył wielkim pięknem, ale to piękno nigdy nie przeznaczone było dla mnie. Powinienem o tym wiedzieć… Nie powinienem po nie sięgać. Ewa też nie znała konsekwencji swego grzechu, ale Adam wiedział. — Pozwolił, aby płomienie rozwiał podmuch wiatru. Aby płomienna Diana odpłynęła od niego w smużkach dymu.
Nie był gotowy na pożegnanie.
— A jednak — szepnął. — A jednak nie czułem się tak, jak gdybym robił coś złego. Widzisz, gdyby to było złe, poszedłbym się wyspowiadać. Ale to nie mogło być złe. Nie, to nie było złe.
Być może tym byli dla siebie w życiu trwającym krócej niż moment, pomyślał. Kolekcją momentów. Momentem przed upadkiem z wysokości. Momentem przed zderzeniem z innym autem. Momentem przed wybuchem pożaru.
Jim na przemian to zaciskał to rozluźniał pięść, bezmyślnie krzesząc wokół siebie iskry. Odtwarzał w myślach codzienną rutynę, wyuczone ruchy utrwalone przez pamięć mięśniową, próbując schwycić poczucie kontroli jak drążek latającego trapezu. Diana była pędem powietrza, który czuł w uszach, kiedy spadał. Diana była każdym kieliszkiem wódki, który palił podniebienie. Kochał to uczucie i nienawidził go zarazem z taką samą pasją. Diana była każdym limitem prędkości, jaki przekroczył, wszystkimi kilometrami na godzinę powyżej bezpiecznego wskazania licznika. Diana była wiatrem, który dziko rozwiewał mu włosy, wpadając przez opuszczone szyby kradzionych aut. Rozpędzał się nimi na pustych szosach, podczas bezsennych nocy, kiedy wyruszał na poszukiwanie Boga. Gdyby go znalazł, pomyślał, mógłby poprosić, żeby wybaczył Dianie wszystkie grzechy, jakie mu wyjawiła, nieważne, czy były prawdziwymi, czy urojonymi.
Gdyby znalazł jego, może przy okazji znalazłby i ją.
— Hej, Boże — odezwał się chryplawie, odchyliwszy głowę do tyłu, jak gdyby mógł jeszcze pochwycić wzrokiem dym, który uleciał do nieba wraz z Dianą. Odpalił papierosa, nie pozwolił jednak ulecieć dobywającemu się z niego dymowi. Zaciągnął się nim pełną piersią, jak gdyby chciał zatrzymać ją w sobie na zawsze.
— Hej, Boże, smutno mi.
Koniec sesji
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić