Socjecie powinno być wszystko jedno, tak długo, jak kandydatka będzie wystarczająco wysoko urodzona. Erik rozmasował sobie czoło, czując nadchodzący ból głowy.
— Erik musiałby się przede wszystkim zaręczyć — poprawił Morfeusza, wbijając spojrzenie w bliżej nieokreślony punkt nad głową Godryka. — Media wykorzystają to przeciwko nam, jeśli zbyt szybko wprowadzimy w ruch całą machinę ślubną. Nagła ceremonia zasugeruje, że jeden artykuł potrafi popchnąć nas do tak… zdecydowanych działań. Co wówczas powstrzyma ich przed wyciąganiem naszego tematu co jakiś czas? I na co nam się to zda? Będziemy wysyłać pod ołtarz kolejne osoby z rodziny, żeby ugasić następny pożar? Nikogo to nie ominie, jak już się rozkręcimy.
Zerknął wymownie na wuja. Może nie uważał siebie za najlepszą partię, ale samo nazwisko i posada w Departamencie Tajemnic mogła sprowadzić do niego cały wianuszek potencjalnych kandydatek. A potem była jeszcze Brenna. Frank, kiedy akurat wróci do Warowni na ferie zimowe. Kto wie, może musieliby nawet zdecydować na wciągnięcie w to wszystko Danielle i Lucy? Trzeba było podejść do tego zdrowo-rozsądkowo, a nie robić wszystko jak najszybciej.
— Trzeba by było rozłożyć to jakoś w czasie — podsumował z rezygnacją w głosie, pozwalając sobie na ciężkie westchnienie. — Po części dla zachowania pozorów, po części, żeby te wszystkie pijawki, które chcą naszego upadku, mogły się nacieszyć tym, że mają nad nami przewagę.
Czuł się przyparty do muru i wybitnie nie pasowało mu to, w jakim położeniu się obecnie znalazł. Nie był do końca przeciwny idei małżeństwa: bądź co bądź, jako przyszły dziedzic rodu spodziewano się po nim, że na pewnym etapie faktycznie znajdzie sobie żonę. Problem był jeden: pozostawało to w sporej sprzeczności z nim samym.
— Chyba, że masz jakiś… alternatywny plan? — rzucił z wyraźną nutą nadziei w głosie, kierując spojrzenie zielonych oczu na Godryka.
Nie zamierzał tego ukrywać: liczył, że nestor rodu miał w rękawie jakiegoś asa, który mógłby ich wyratować z tego kryzysu, nie zmuszając jednocześnie nikogo do ślubu. Bądź co bądź, było to jedno z najprostszych rozwiązań, na jakie można było wpaść. Idea znalezienia samotnym Longbottomom drugiej połówki nie była w końcu niczym nowym. Sam mógłby na to wpaść. Brenna mogłaby na to wpaść. Ba, nawet Morfeusz na to wpadł. Godryk mógł mieć jakiś inny pomysł, na pewno miał jakieś pole do manewru.
Zawsze możecie mnie wydziedziczyć. Ukaranie dziedzica za opieszałość w szukaniu żony mogłoby nawet wywołać wrażenie w towarzystwie, pomyślał Erik, kręcąc powoli głową i zerkając w kierunku okna. Od Samhain dzieliło ich zaledwie kilka tygodni i wiele wskazywało na to, że mogła się tam odbyć powtórka z Beltane. Czy gdyby wtedy wykończył go jakiś Śmierciożerca albo szalony kapłan próbujący przebłagać Matkę, to reszcie rodziny by się upiekło? Longbottom wypuścił głośno powietrze przez usta.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞