19.05.2026, 01:27 ✶
Septima wychodziła z założenia, że wszystko co nieodkryte i niezrozumiałe, należało poznać i zbadać. Było to oczywiście myślenie wyjątkowo hiperboliczne, bo zdecydowana większość wszystkiego niewarta była poznawania, a już na pewno marowania jej drogocennego czasu. Więc to co zasługiwało na miarę wszystkiego i potencjalnie wartościowego, tak naprawdę oceniane było w kategoriach wyłącznie subiektywnych, a w najgorszym przypadku bezpodstawnym, do czego, rzecz jasna, raczej nie byłaby skłonna się przyznać.
Tym oto osądem potraktowała wiele tematów niegodnych zgłębienia. Quidditch i jego historia. Gargułki. Hierarchia społeczna wilii. Wytwórstwo mioteł. Ceramika organiczna. I wśród tych niezwykle ciekawych tematów znalazły się jakoś rytuały magiczne Macmillanów. Brakiem ekscytacji Quidditchem jako chuderlawa panna w długich spódnicach nikogo raczej nie bulwersowała, ale same motywy religijne i wykazywania wobec nich sceptyzmu, było niewątpliwie grząskim tematem. Takim którego się raczej publicznie, w nieznanym gronie nie tykało.
Było to może podejście nieco nietypowe zważywszy na jej pochodzenie, a raczej pochodzenie jej matki, ale czy aż tak nietypowe biorąc pod uwagę nazwisko jej ojca? Przecież urodziła się w rodzinie dumnych różdżkarzy i snycerzy!
...
Tego lata musiała w końcu skonfrontować się z własną niewiedzą i ignorancją. Litha wyeksponowała pytania najbardziej ją nurtujące, oraz tylko utwierdziła w przekonaniu, że Ollivander wciąż coś nieustannie omija, przegapia i przez to kompletnie nie rozumie. Tuż po ślubie Perseusa Blacka, oznajmiła raptownie ojcu, iż wybiera się do ciotki Cece, siostry jej babki od strony Macmillan, która na stałę osiadła w Libanie. O ile destynacja nie musiała wzbudzać wielu podejrzeń, bo Timmy nierzadko ciotkę odwiedziała, to fakt wybrania się w nagłą i dłuższą podróż samotnie, wydawał się być już nietypowy. Zwłaszcza, iż jeszcze miesiąc temu była we Włoszech z Morpheusem Longbottomem i była to wycieczka równie nieoczekiwana i wcześniej niezaplanowana.
Ale za sklepem i ojcem jak najbardziej tęskniła. Zawsze.
Sklep przywitał ją znajomym zapachem duszącego lakieru i czegoś bez nazwy — czegoś, co przez lata wsiąkło głęboko w ściany; jak słoneczne ciepło do kamienia, jak zapach duszącego dymu do włosów. Powietrze miało tu swoją własną gęstość drewno, żywica i ta cisza, której nie umiałaby nikomu w słowach wytłumaczyć. Cisza ta mogłaby się wydawać niepokojąca biorąc pod uwagę lokalizację sklepu, ale Ollivanderowy sklep i warsztat, z reguły bywały wyciszane odpowiednimi zaklęciami. Septimie w ciszy martwych przedmiotów najlepiej się pracowało. Chociaż, czy różdżki w istocie należały do przedmiotów martwych, uchodziło już za kwestią sporną. Bo wydawało jej się, że czasem naprawdę słyszy ich szepty.
Odstawiła walizeczkę za ladą, nie rozpakowawszy od razu. Minął tydzień zanim w ogóle ją otworzyła, bo przecież od razu musiała rzucić się w wir pracy. Pracy, którą przecież impulsywnie wstrzymała i to bez naglącego powodu. Na pewno nie rozsądnego i takiego o którym mogłaby komukolwiek powiedzieć.
Inwentaryzacja zaległości zabrała jej trzy dni. Korespondencja – kolejny jeden, może dwa. Kilka zamówień czekało od tygodnia, kilka przesyłek było opóźnionych. Przepraszała i pracowała bez zająknięcia, tak jakby nigdy nie wyjechała.
Ale zdarzało się, że gdy tylko Garrick unosił wzrok znad warsztatu i skradał dyskretne spojrzenia, to widział ją z piórem dramatycznie zawieszonym w powietrzu, wzrokiem gdzieś daleko za horyzontem okna; wzrokiem oderwanym od wszystkiego co konkretne i namacalne. Potrafiła trwać tak przez chwilę chwytając ewidentnie myślami coś, co wirowało gdzieś w nieuporządkowanych głębinach jej świadomości. Potem wracała. Mrugała jakby wybudzona z sekundowej hipnozy, pochylała się nad papierem i pisała dalej.
Dziś w warsztacie pracowali razem. O najzwyklejszej porze popołudniowej, z kawą zaparzoną zbyt mocno, bo zanim zdążyła policzyć miarki myśl oraz cel odleciały gdzieś i niestety nie powróciły na czas. O herbatę taty jednak potrafiła zadbać i nawet obyło się bez wrzątkowych tragedii.
— Miałam tej nocy sen, że zaprosiliśmy Gregorovitchów na niedzielny obiad — powiedziała z grobową miną, chociaż Garrick z całą pewnością mógł wyczuć, że za wszelką cenę próbuje się nie uśmiechnąć. Łyknęła tej swojej kawy o smaku węgla i stu petów i aż ją poraziło od tej kofeinowej porażki, ale usta ani drgnęły. — a może to nie był sen i pod moją nieobecność się tu stołował?
Żarty żartami, ale może pod jej nieobecność ktoś faktycznie tu zagościł i Septima bardzo by chciała o tym wiedzieć. Sama dobrze wiedziała, że letnie noce, o ile krótkie, to potrafią być wyjątkowo samotne.
Tym oto osądem potraktowała wiele tematów niegodnych zgłębienia. Quidditch i jego historia. Gargułki. Hierarchia społeczna wilii. Wytwórstwo mioteł. Ceramika organiczna. I wśród tych niezwykle ciekawych tematów znalazły się jakoś rytuały magiczne Macmillanów. Brakiem ekscytacji Quidditchem jako chuderlawa panna w długich spódnicach nikogo raczej nie bulwersowała, ale same motywy religijne i wykazywania wobec nich sceptyzmu, było niewątpliwie grząskim tematem. Takim którego się raczej publicznie, w nieznanym gronie nie tykało.
Było to może podejście nieco nietypowe zważywszy na jej pochodzenie, a raczej pochodzenie jej matki, ale czy aż tak nietypowe biorąc pod uwagę nazwisko jej ojca? Przecież urodziła się w rodzinie dumnych różdżkarzy i snycerzy!
...
Tego lata musiała w końcu skonfrontować się z własną niewiedzą i ignorancją. Litha wyeksponowała pytania najbardziej ją nurtujące, oraz tylko utwierdziła w przekonaniu, że Ollivander wciąż coś nieustannie omija, przegapia i przez to kompletnie nie rozumie. Tuż po ślubie Perseusa Blacka, oznajmiła raptownie ojcu, iż wybiera się do ciotki Cece, siostry jej babki od strony Macmillan, która na stałę osiadła w Libanie. O ile destynacja nie musiała wzbudzać wielu podejrzeń, bo Timmy nierzadko ciotkę odwiedziała, to fakt wybrania się w nagłą i dłuższą podróż samotnie, wydawał się być już nietypowy. Zwłaszcza, iż jeszcze miesiąc temu była we Włoszech z Morpheusem Longbottomem i była to wycieczka równie nieoczekiwana i wcześniej niezaplanowana.
Ale za sklepem i ojcem jak najbardziej tęskniła. Zawsze.
Sklep przywitał ją znajomym zapachem duszącego lakieru i czegoś bez nazwy — czegoś, co przez lata wsiąkło głęboko w ściany; jak słoneczne ciepło do kamienia, jak zapach duszącego dymu do włosów. Powietrze miało tu swoją własną gęstość drewno, żywica i ta cisza, której nie umiałaby nikomu w słowach wytłumaczyć. Cisza ta mogłaby się wydawać niepokojąca biorąc pod uwagę lokalizację sklepu, ale Ollivanderowy sklep i warsztat, z reguły bywały wyciszane odpowiednimi zaklęciami. Septimie w ciszy martwych przedmiotów najlepiej się pracowało. Chociaż, czy różdżki w istocie należały do przedmiotów martwych, uchodziło już za kwestią sporną. Bo wydawało jej się, że czasem naprawdę słyszy ich szepty.
Odstawiła walizeczkę za ladą, nie rozpakowawszy od razu. Minął tydzień zanim w ogóle ją otworzyła, bo przecież od razu musiała rzucić się w wir pracy. Pracy, którą przecież impulsywnie wstrzymała i to bez naglącego powodu. Na pewno nie rozsądnego i takiego o którym mogłaby komukolwiek powiedzieć.
Inwentaryzacja zaległości zabrała jej trzy dni. Korespondencja – kolejny jeden, może dwa. Kilka zamówień czekało od tygodnia, kilka przesyłek było opóźnionych. Przepraszała i pracowała bez zająknięcia, tak jakby nigdy nie wyjechała.
Ale zdarzało się, że gdy tylko Garrick unosił wzrok znad warsztatu i skradał dyskretne spojrzenia, to widział ją z piórem dramatycznie zawieszonym w powietrzu, wzrokiem gdzieś daleko za horyzontem okna; wzrokiem oderwanym od wszystkiego co konkretne i namacalne. Potrafiła trwać tak przez chwilę chwytając ewidentnie myślami coś, co wirowało gdzieś w nieuporządkowanych głębinach jej świadomości. Potem wracała. Mrugała jakby wybudzona z sekundowej hipnozy, pochylała się nad papierem i pisała dalej.
Dziś w warsztacie pracowali razem. O najzwyklejszej porze popołudniowej, z kawą zaparzoną zbyt mocno, bo zanim zdążyła policzyć miarki myśl oraz cel odleciały gdzieś i niestety nie powróciły na czas. O herbatę taty jednak potrafiła zadbać i nawet obyło się bez wrzątkowych tragedii.
— Miałam tej nocy sen, że zaprosiliśmy Gregorovitchów na niedzielny obiad — powiedziała z grobową miną, chociaż Garrick z całą pewnością mógł wyczuć, że za wszelką cenę próbuje się nie uśmiechnąć. Łyknęła tej swojej kawy o smaku węgla i stu petów i aż ją poraziło od tej kofeinowej porażki, ale usta ani drgnęły. — a może to nie był sen i pod moją nieobecność się tu stołował?
Żarty żartami, ale może pod jej nieobecność ktoś faktycznie tu zagościł i Septima bardzo by chciała o tym wiedzieć. Sama dobrze wiedziała, że letnie noce, o ile krótkie, to potrafią być wyjątkowo samotne.