• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[05.09.72] Wieża radości wieża samotności || Garrick i Septima

[05.09.72] Wieża radości wieża samotności || Garrick i Septima
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#1
19.05.2026, 01:27  ✶  
Septima wychodziła z założenia, że wszystko co nieodkryte i niezrozumiałe, należało poznać i zbadać. Było to oczywiście myślenie wyjątkowo hiperboliczne, bo zdecydowana większość wszystkiego niewarta była poznawania, a już na pewno marowania jej drogocennego czasu. Więc to co zasługiwało na miarę wszystkiego i potencjalnie wartościowego, tak naprawdę  oceniane było w kategoriach wyłącznie subiektywnych, a w najgorszym przypadku bezpodstawnym, do czego, rzecz jasna, raczej nie byłaby skłonna się przyznać.
Tym oto osądem potraktowała wiele tematów niegodnych zgłębienia. Quidditch i jego historia. Gargułki. Hierarchia społeczna wilii. Wytwórstwo mioteł. Ceramika organiczna. I wśród tych niezwykle ciekawych tematów znalazły się jakoś rytuały magiczne Macmillanów. Brakiem ekscytacji Quidditchem jako chuderlawa panna w długich spódnicach nikogo raczej nie bulwersowała, ale same motywy religijne i wykazywania wobec nich sceptyzmu, było niewątpliwie grząskim tematem. Takim którego się raczej publicznie, w nieznanym gronie nie tykało.
Było to może podejście nieco nietypowe zważywszy na jej pochodzenie, a raczej pochodzenie jej matki, ale czy aż tak nietypowe biorąc pod uwagę nazwisko jej ojca? Przecież urodziła się w rodzinie dumnych różdżkarzy i snycerzy!
...
Tego lata musiała w końcu skonfrontować się z własną niewiedzą i ignorancją. Litha wyeksponowała pytania najbardziej ją nurtujące, oraz tylko utwierdziła w przekonaniu, że Ollivander wciąż coś nieustannie omija, przegapia i przez to kompletnie nie rozumie. Tuż po ślubie Perseusa Blacka, oznajmiła raptownie ojcu, iż wybiera się do ciotki Cece, siostry jej babki od strony Macmillan, która na stałę osiadła w Libanie. O ile destynacja nie musiała wzbudzać wielu podejrzeń, bo Timmy nierzadko ciotkę odwiedziała, to fakt wybrania się w nagłą i dłuższą podróż samotnie, wydawał się być już nietypowy. Zwłaszcza, iż jeszcze miesiąc temu była we Włoszech z Morpheusem Longbottomem i była to wycieczka równie nieoczekiwana i wcześniej niezaplanowana.
Ale za sklepem i ojcem jak najbardziej tęskniła. Zawsze.
Sklep przywitał ją znajomym zapachem duszącego lakieru i czegoś bez nazwy — czegoś, co przez lata wsiąkło głęboko w ściany; jak słoneczne ciepło do kamienia, jak zapach duszącego dymu do włosów. Powietrze miało tu swoją własną gęstość drewno, żywica i ta cisza, której nie umiałaby nikomu w słowach wytłumaczyć. Cisza ta mogłaby się wydawać niepokojąca biorąc pod uwagę lokalizację sklepu, ale Ollivanderowy sklep i warsztat, z reguły bywały wyciszane odpowiednimi zaklęciami. Septimie w ciszy martwych przedmiotów najlepiej się pracowało. Chociaż, czy różdżki w istocie należały do przedmiotów martwych, uchodziło już za kwestią sporną. Bo wydawało jej się, że czasem naprawdę słyszy ich szepty.
Odstawiła walizeczkę za ladą, nie rozpakowawszy od razu. Minął tydzień zanim w ogóle ją otworzyła, bo przecież od razu musiała rzucić się w wir pracy. Pracy, którą przecież impulsywnie wstrzymała i to bez naglącego powodu. Na pewno nie rozsądnego i takiego o którym mogłaby komukolwiek powiedzieć.
Inwentaryzacja zaległości zabrała jej trzy dni. Korespondencja – kolejny jeden, może dwa. Kilka zamówień czekało od tygodnia, kilka przesyłek było opóźnionych. Przepraszała i pracowała bez zająknięcia, tak jakby nigdy nie wyjechała.
Ale zdarzało się, że gdy tylko Garrick unosił wzrok znad warsztatu i skradał dyskretne spojrzenia, to widział ją z piórem dramatycznie zawieszonym w powietrzu, wzrokiem gdzieś daleko za horyzontem okna; wzrokiem oderwanym od wszystkiego co konkretne i namacalne. Potrafiła trwać tak przez chwilę chwytając ewidentnie myślami coś, co wirowało gdzieś w nieuporządkowanych głębinach jej świadomości. Potem wracała. Mrugała jakby wybudzona z sekundowej hipnozy, pochylała się nad papierem i pisała dalej.
Dziś w warsztacie pracowali razem. O najzwyklejszej porze popołudniowej, z kawą zaparzoną zbyt mocno, bo zanim zdążyła policzyć miarki myśl oraz cel odleciały gdzieś i niestety nie powróciły na czas. O herbatę taty jednak potrafiła zadbać i nawet obyło się bez wrzątkowych tragedii.
— Miałam tej nocy sen, że zaprosiliśmy Gregorovitchów na niedzielny obiad — powiedziała z grobową miną, chociaż Garrick z całą pewnością mógł wyczuć, że za wszelką cenę próbuje się nie uśmiechnąć. Łyknęła tej swojej kawy o smaku węgla i stu petów i aż ją poraziło od tej kofeinowej porażki, ale usta ani drgnęły. — a może to nie był sen i pod moją nieobecność się tu stołował?
Żarty żartami, ale może pod jej nieobecność ktoś faktycznie tu zagościł i Septima bardzo by chciała o tym wiedzieć. Sama dobrze wiedziała, że letnie noce, o ile krótkie, to potrafią być wyjątkowo samotne.
orphic
sky above
earth below
and peace within
wiek
58
sława
—
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
snycerz
Jest już stary i ubiera się, jakby był z innej epoki, na pewno nie dasz mu mniej lat, niż ma w rzeczywistości, a może nawet dodasz mu kilka, bo siwiejące czupryna i broda Garricka twardo przypominają o nieuchronnym upływie czasu. Zadbany, ale nie w sposób przesadny - czuć od niego luz i swobodę. Widać, że w swoich ubraniach czuje się dobrze i jest mu wygodnie. Ciężko wyobrazić go sobie w innym wydaniu. Ma metr siedemdziesiąt wzrostu i obawiam się, że już nie urośnie.

Garrick Ollivander
#2
23.05.2026, 07:18  ✶  
Im starszy się robił, im częściej zatrzymując się przy lustrze dostrzegał nowe, siwe włosy, do Garricka tym mocniej docierało jak bardzo jego wizja dorosłości rozmijała się z tym, co ostatecznie oferowało ludziom życie.

Z perspektywy jego biografii, dojrzewanie było tak naprawdę serią powrotów, podczas których zauważało się, że miejsc wartych powrotu ubywało, a nie przybywało wraz z wiekiem. I kiedy do człowieka docierało powoli, że jego wersja z przeszłości była na dobrym tropie, a my niepotrzebnie uciekaliśmy w przeciwnym kierunku, coś za czym tak bardzo tęskniliśmy znikało bezpowrotnie.

Nie piekli już takich ciast jak przy Pokątnej 43.

Mieszkała tam i pracowała taka starsza pani, co jej prawdziwe imię przykrył czas. Wydawało mu się za to, że pamięta jej twarz, chociaż wiedział dobrze jak złudne to było – pamiętał raczej jakieś jej swoje wyobrażenie, wyolbrzymione przez tęsknotę za własną młodością i za ludźmi jakich miał wtedy przy sobie. Ojciec mu tam zawsze kupował placki z rabarbarem i kruszonką. Nikt już takich nie robił i nie zrobi, bo najwięcej smaku dodawał do tego wszystkiego fakt, że Papa żył wtedy jeszcze i nie był cieniem dawnego siebie, któremu Garrick musiał pomagać wstać z łóżka. Mijał czas, zmieniał się świat, a on już tych placków nie chciał, bo po wojnie pojawiło się tak wiele nowych rzeczy. W porównaniu do nich, wtedy przynajmniej, te placki wydawały się nijakie. Wszystko po to, żeby dzisiaj stojąc przy heblarce przeszło mu przez myśl, że prawdopodobnie nigdy już tak dobrych słodkości nie zje. Nic nie mogło równać się z czymś, co mu kupił starszy Ollivander jeszcze zanim przerastało go wyliczenie odpowiedniej liczby knutów z tuzina monet wysypanych na pomarszczoną dłoń.

Najcięższą rzeczą związaną z dorosłością miało być właśnie to, że się jak on traciło władzę nad własnym ciałem i umysłem, a jednak Garrick twierdził, że najcięższym było to, co wszyscy próbowali przemilczeć. Każda staruszka narzekająca na to, że wszystko ją boli i nikt jej nie odwiedza, a później zachowywująca się jakby wcale tego wszystkiego nie potrzebowała, wydawała mu się tego namacalnym dowodem, a nie brakowało ich przecież. Ludzie pamiętający śmierć własnych rodziców i związane z tym emocje napinali się na myśl o zrobieniu krzywdy swoim dzieciom. Nie powinny przecież czuć się uwiązane ani ograniczone przez życie, które nie należało do nich, a jednak – pamiętali ból i wiedzieli po sobie, jak czuło się poszukując własnej drogi, kiedy wszystko wokół nich przemijało.

Przyjdzie kiedyś dzień, kiedy oprócz wspomnień Septimie pozostanie tylko ten warsztat, a ona będzie musiała zastanowić się, czy zostać w nim tak jak jej ojciec, ojciec jego ojca i każdy inny ojciec setki pokoleń wstecz, albo sprzedać go i porzucić rodzinne dziedzictwo, uciekając przed tym wszystkim z sakiewką galeonów. To nie był łatwy wybór i Garrick pakując się z każdym innym ojcem w pętlę strategicznego przemilczania wszystkiego co najważniejsze, nie chciał narzucać jej swojej woli, tak jak i jemu nikt niczego nie narzucił, chociaż wydawało mu się, że decyzja i tak nie należała wyłącznie do niego.

– Złotowłosa – różdżkarz uśmiechnął się znad swojej herbaty, mierząc córkę spojrzeniem – denerwuje cię, że ktoś jadł z twojej miseczki? – Ewidentnie nie założył nawet, że mogła sugerować tutaj obecność kogokolwiek innego, niż skromnego ucznia przyjętego przez Garricka do pracy. A może raczej… skromnego misia. Nie bez powodu przecież wywrócił tę bajkę do góry nogami. – Jeśli kiedyś będzie mi się nudziło, może faktycznie zaproszę ich na obiad, żeby posłuchać dobrze wysmażonego steku bzdur, jaki zechce tym razem sprzedać wszystkim Gregorowicz.


no rain,
no flowers
.
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#3
27.05.2026, 14:55  ✶  
Ona z kolei nie była pewna czy wierzyła w przemijanie.
Nie w takim sensie w jakim rozumiał je każdy z działającą piątą klepką. W serii powrotów do miejsc których już nie ma i arytmetyce ubytków narastających z wiekiem, było coś nierealnego. Większość ludzi liczyła straty i wiedziała co straciła, i zaakceptowanie takiej rzeczywistości można było uznać za swój rodzaj odwagi, może nawet większej niż się zdawało. Septima natomiast miała głęboko podszyte podejrzenie, graniczące z absurdalną wręcz pewnością, że ona po prostu nie umiała tracić — nie dlatego że obdarowano ją przywilejem bycia wolnym od strat, ale dlatego że wszyscy którzy odeszli, zostawiali w niej swoje światełko; może trochę przygaszone i przesunięte w głąb, ale widoczne, jak żarówki zostawione w oknach opustoszałego domu. Pewne rzeczy nie kończą się naprawdę, tylko zmieniają adres.
Oczywiście, wiedziała, że nawet najgorętsza herbata stygnie, najwścieklejsze barwy blakną i najjędrniejsza skóra się łuszczy i marszczy. Źrenice matowieją, tracą blask, a mięśnie wiotczeją bezpowrotnie. Wiedziała że empiryczne obserwacje nie są jedynie wymysłem jej umysłu. Wiedziała też, że taki rodzaj myślenia, który wielu nazwałoby delikatnie strategicznym przemilczaniem, a mniej delikatnie — ucieczką. Ale dopóki w jej głowie przy stole siedział ktoś znajomy i dopóki sklepy cynamonowe świeciły światłem w oknach, dopóty nie musiała liczyć ubytków.
Nie chciała.
— Złotowłosa wraca i zastaje lepiej skręcony fotel niż zostawiła. — Uśmiechnęła się pojednawczo — nie mogę narzekać na gościa, który gości w chatce skrzypiącej na wszystkich zawiasach i ma zawodowy odruch żeby ją naprawić!
Poprawiła się na krześle tak jakby słowa ojca dotarły do niej gdzieś w okolicach tyłka kręgosłupa, który właśnie boleśnie dał o sobie znać.
— Niektórzy stek z bredni trawią po prostu lepiej. A tacy nie powinni się u nas stołować.— rzekła surowo (może nawet aż nazbyt poważnie), mając wrażenie, że brzmi teraz jak własny ojciec. Brakowało jej tylko zarostu, wytwornie siwych pasm, no i lepszego poczucia humoru.
Z początku jej myśli powędrowały do nieszczęsnego Savaša, bo choć z początku idea sztamy dwóch potężnych różdżkarzy wydawała się być nawet zabawna, to po dłuższej refleksji stała się najzwyczajniej w świecie niekomfortowa. Pewnie tak czuli się ich ojcowie na samą myśl, że ich potomstwo mogłoby znaleźć jakąkolwiek nić porozumienia, ale o ile uważała się za osobę o szerokich horyzontach, to nie miała zamiaru empatycznie bratać się z Mykewem.
Zamiast tego, skupiła się na postaci samego Samuela. Coś ewidentnie brzdęknęło w jej głowie i tym razem nie zamierzała udawać że nie usłyszała.
— Wiesz, czasem nie mogę wyzbyć się uczucia — odezwała się w końcu, nie odrywając oczu od naprawianej różdżki — że im więcej pracy w coś wkładasz, tym trudniej potem oddać. Nawet jeśli nigdy nie było… nie miało być twoje.
Mówiła o różdżce. Przynajmniej w połowie.
— To znaczy — poprawiła się, wywracając oczyma na własny brak doprecyzowania — wiem że to osobista emocja. Wiem że ta różdżka za godzinę wyjdzie za te drzwi i już jej nie zobaczę. Ale teraz, w tej chwili — urwała, szukając słowa które nie brzmiałoby dennie — czuję jakby była moja. Choć przez moment. I za jej kolejne poczynania czuję się odpowiedzialna. Jak mam się pozbyć tego uczucia?
orphic
sky above
earth below
and peace within
wiek
58
sława
—
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
snycerz
Jest już stary i ubiera się, jakby był z innej epoki, na pewno nie dasz mu mniej lat, niż ma w rzeczywistości, a może nawet dodasz mu kilka, bo siwiejące czupryna i broda Garricka twardo przypominają o nieuchronnym upływie czasu. Zadbany, ale nie w sposób przesadny - czuć od niego luz i swobodę. Widać, że w swoich ubraniach czuje się dobrze i jest mu wygodnie. Ciężko wyobrazić go sobie w innym wydaniu. Ma metr siedemdziesiąt wzrostu i obawiam się, że już nie urośnie.

Garrick Ollivander
#4
06.06.2026, 22:19  ✶  
Nie istniał nikt, kto potrafił przywołać na jego twarz uśmiech bardziej szczery i trwały niż ona. Nie chodziło tu o sam fakt, iż Septima była jego córką – chodziło o całokształt jej jestestwa, włącznie z tymi jego elementami, na które Garrick jako jej ojciec nie miał żadnego wpływu, a przynajmniej o tym nie wiedział.

– Przyznam, że przeoczyłem gdzieś ten dokładnie moment, w którym zrobiłaś się tak mądra, aby panować nad każdą rozmową z gracją godną tak wysokiego obycia w świecie, że mnie to czasami onieśmiela. Cóż za piękny sposób posługiwania się mową.

Dwadzieścia osiem lat.

Pamiętał jej pierwsze kroki, pierwszy nóż snycerski, pierwsze drewniane zwierzaki i pierwsze zamorskie wyprawy. Obecnie miała ich za sobą tyle, aby ze śmiałością porozumiewać się z innymi w językach znanych mu jedynie z tego, jak ćwiczyła przy nim wymowę. Panienka Ollivander myliła się co do opinii ojca względem znajomości z Savasem Gregorowiczem. Właściwie, to na przekór wszystkiemu i wszystkim byłby w stanie (nie tracąc przy tym na ostrożności) wygłosić, iż właśnie takie przyjaźnie stwarzały szanse na ratowanie dusz tych, których świat uwielbiał skazywać na porażkę już przy samym starcie. Nie uratuje ich przecież brak obcowania z ludźmi potrafiącymi robić rzeczy wielkie, a Septimę miał, patrząc na to nie do końca obiektywnym okiem tatusia, za kobietę zdolną do osiągnięcia wszystkiego co chciała osiągnąć.

– Zobaczysz ją. Może nie dziś i nie jutro, czasami trzeba poczekać na to kilka lat – chwycił za kubek z herbatą i przytulił go do siebie, ale jeszcze nie uniósł go do ust – ale kiedyś wróci do ciebie z tuzinem nowych opowieści, zupełnie odmieniona przez wszystko to, co spotkało ją za drzwiami zakładu. To uczucie – oczywistym było, że nie mówi już wcale o różdżkach – nie jest czymś, czego da się pozbyć, ani czego powinno się pozbywać. Zwyczajnie akceptujesz, że rzeczy które kochasz, są wolne. Zamknięte na cztery spusty w zakurzonej pracowni wyniszczeją i stracą swoją siłę w samotności, spędzając swoje chwile na bujaniu w obłokach o życiu, w którym mogły podjąć swoje decyzje i dowiedzieć się, jak to jest oddychać. – Zamilkł na moment, a później siorbiąc pierwszy łyk, opamiętał się. – Rzeczy które tworzysz. – Szybka korekta. Niedbała jak na kogoś tak ostrożnie dobierającego słowa.


no rain,
no flowers
.
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#5
09.06.2026, 17:48  ✶  
Ach, gdyby tylko widział ją stękającą i gubiącą się w słowach podczas targów rzemieślniczych, albo konferencji dla młodych badaczy naukowych…
Timmy na słowa ojca chciałaby nonszalancko machnąć ręką i wyszczerzyć się w celebryckim uśmiechu przypisywanym najczęściej młodzieńczej rezolutności. Ale zamiast tego wbiła stopy w podłogę i odchyliła się na krześle, palce wtapiając w gęścinę spiętego na czubku głowie koka.
Dla kochających rodziców dzieci zawsze są najpiękniejsze i najmądrzejsze, ale pomimo tego i tak wprawiło ją to w zakłopotanie.
Byłabym kompletnie nikim bez ciebie, tato i nie myślę tutaj o wydumanych abstraktach typu nazwisko i dziedzictwo moich przodków; nie mówię tutaj nawet o talentach i smykałkach, które nauka potwierdziła, że dziedziczymy po swoich rodzicach. Nie mówię nawet o wybitnych technikach, których mnie uczysz, a do których nikt poza Ollivanderami nie posiada dostępu. Bo choć za te wszystkie rzeczy jestem ogromnie wdzięczna, to przypisane byłyby mi od urodzenia i w każdej innej konfiguracji gwiazd i wymiarów, byłoby najprawdopodobniej tak samo.
Byłabym nikim bez twojego mentorowania, bez wsparcia, dobrego słowa i bezgranicznej otuchy. Byłabym nikim, gdybyś nie pokazał mi stosu drewnianych zabawek, które dla mnie tak chętnie tworzyłeś; zawsze miałam do wyboru gąszcz laleczek i zręcznych układanek na każdą porę i godzinę mojej zachcianki. Mój dom dla lalek miał trzy kondygnacje i przysięgam, za każdym razem, gdy do niego wracałam, znajdowałam w nim kolejny, nowy element.
Byłabym nikim, gdybyś nie poprawiał moich pierwszych struganek. Gdybyś nie czytał moich pierwszych szkiców publikacji i przy okazji nie naprostowywał mnie na słuszniejsze kierunki.
Pracuję u twojego boku i dla własnego imienia robię niewiele, a pomimo tego mogę podróżować po całym świecie, wbijać dłuto w drewno nie bojąc się o spartolone materiały na które nie możemy sobie pozwolić, spędzać noce na moich nieprowadzących donikąd badaniach  i nie martwić się nigdy o dno mojej portmonetki, a przecież co drugi badacz, którego spotykam żyje w nędzy, żywiąc się oparami własnych iluzji i przełomów, które zachodzą najwyżej raz na dekadę. A których i tak nikt nie zapisze na kartach historii, bo ktoś inny już to lepiej sformułował dawno temu, a był przy tym bardziej wpływowy i fajniejszy od ciebie.
Byłabym nikim, gdyby nie było cię przy mnie tamtego koszmarnego roku i choć wiem, że bycie dla drugiej osoby czymś na kształt filaru jest męczące i nie zawsze sprawiedliwe, to lubię myśleć, że moja obecność nie była dla ciebie wyłącznie ciężarem i że ja również mogłam nadać ci otuchy. Nie zostaliśmy sami, zostaliśmy razem i to na tym zawsze się skupiam.
Jeśli inne światy istnieją, jeśli inni bogowie i ich różnorakie wizje wieczności również, to mam nadzieję, że gdziekolwiek nie pójdę, to będziesz tam i ty, tato. Bo bez ciebie zgubię drogę.
No i… będę nikim.


— Miałam pod nosem najlepsze wzory — odpowiedziała w końcu, stukając kapciem o nogę stołu.
Wysłuchała go cierpliwie, przytakując od czasu do czasu, bardziej dla podtrzymania rytmu rozmowy niż dlatego, że naprawdę potrzebował potwierdzenia. Garrick nie wymagał od niej więcej.
— Nawet drewno nigdy nie rośnie po to, żeby zostać różdżką.— Mruknęła to na podsumowanie, może trochę bardziej do herbaty niż do ojca. Obróciła kubek w dłoniach i przesunęła kciukiem po nierównej krawędzi szkliwa, zatrzymując palec w miejscu, gdzie glina zapadła się odrobinę bardziej, niż przewidywał garncarz.
— Zjemy dziś na mieście? — zapytała jasnym tonem, nie wyjawiając, że doskonale pamięta o resztkach stojących od kilku dni i że od wczoraj prowadziła z nimi cichą negocjację, kto pierwszy uzna porażkę. Na ten moment wolała otoczyć je aurą wygodnego zapomnienia.
— Zapowiadają ładny wieczór — dodała po chwili, na wypadek, gdyby potrzebował zachęty.
A zachęta to była dobrze nakreślona, bo brak deszczu i wiatru nie był gwarantowany nawet na początku września. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien nazywać normalnym miasta, w którym dziki podmuch potrafił przesunąć człowieka o pół chodnika i wywrócić mniej stabilne dzieci.
— A w Dziurawym ma wejść dziś jesienne menu…


Kocham drewno i duże bicepsy.
orphic
sky above
earth below
and peace within
wiek
58
sława
—
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
snycerz
Jest już stary i ubiera się, jakby był z innej epoki, na pewno nie dasz mu mniej lat, niż ma w rzeczywistości, a może nawet dodasz mu kilka, bo siwiejące czupryna i broda Garricka twardo przypominają o nieuchronnym upływie czasu. Zadbany, ale nie w sposób przesadny - czuć od niego luz i swobodę. Widać, że w swoich ubraniach czuje się dobrze i jest mu wygodnie. Ciężko wyobrazić go sobie w innym wydaniu. Ma metr siedemdziesiąt wzrostu i obawiam się, że już nie urośnie.

Garrick Ollivander
#6
09.06.2026, 22:14  ✶  
Palce różdżkarza przesunęły się po krawędzi kubka, a on wreszcie podniósł go i wypił duży łyk herbaty.

W warsztacie o tej porze roku robiło się spokojnie. Różdżki dla młodych czarodziejów były już przecież rozdane, pociąg do Hogwartu odjechał prawie tydzień temu i Pokątna robiła się cicha. Sklep Ollivanderów pustoszał. Dzisiaj nikt już tu nie przyjdzie, jutro być może zjawi się ktoś, kto uszkodził rdzeń nieudolnie rozpalając kominek. Dopiero od przyszłego tygodnia zaczną napływać do nich listy z prośbami o naprawy złamań powstałych w wyniku pierwszych zajęć z Obrony Przed Czarną Magią.

Ta cisza potrafiła robić się nieznośna. Niech więc zaszaleją.

– Wiesz co? Tak.

Nie potrzebował właściwie żadnego namawiania, żeby postanowić zrobić dzisiaj coś innego niż zazwyczaj. Z życia trzeba było przecież korzystać, a w Kotle testować mieli wkrótce nowe, rozgrzewające napoje. Nie spodziewał się ujrzeć ich w karcie, ale zawsze mogli poplotkować o tym z Pinem.

– Ale jest coś, co chciałbym ci pokazać zanim wyjdziemy. Widzisz, jakiś czas temu kupiłem z Niemiec nowe dłuto…

Speszenie sprzed chwili zniknęło.

Wrzesień mógł nie być najlepszym miesiącem pod kątem sprzedaży, ale miał jedną, ważną zaletę – był najspokojniejszym z nich. Najważniejszą decyzją do podjęcia w tym tygodniu będzie to, w jakie dżemy zaopatrzą się na zimę.

Koniec sesji


no rain,
no flowers
.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Garrick Ollivander (1143), Septima Ollivander (1837)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa